Jadczak.net
Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka
-
No Comments
3 652 dni. A czuję, jakby to stało się 3 652 lata temu… Czyli dokładnie w roku 1641 p.n.e… Kiedy to w Mezopotamii do użytku weszły konne rydwany, do Anatolii przybyli Hetyci, a w Sumerze powstały pierwsze znane słowniki… Gdzie zatem poślubiłem swoją narzeczoną w tym czasie? W jednym z pałaców Knossos, czy może na terenie królestwa Górnej Mezopotamii? A może gdzieś w dolinie Indusu, na przykład w osadzie Harappa? Albo w Dolnym Egipcie… Czy w ogóle mogłem ją poślubić bez zgody jej rodziców, bez zapłacenia za to odpowiedniej ceny, bez posiadania mocarstwa albo choćby dwustu rydwanów?
Nie. Tak nie było. Porwałem swoją narzeczoną i uprowadziłem niczym Czeczen. Tyle, że do Pragi. Czeskiej Pragi, bo jak opowiedziałem później o tym fakcie kilku moim znajomym – myśleli, że wziąłem ślub na prawobrzeżnej Warszawie…
Właściwie to nigdy się nie zastanawiałem poważniej dlaczego akurat Praga. Był chłodny, październikowy poranek, kiedy wjechaliśmy czerwonym Seicento (pożyczonym od mojej matki na “wycieczkę do Pragi”) do samego centrum tego pięknego miasta położonego nad Wełtawą. Praga po prostu zawsze nam się podobała jako miasto, wyjątkowo stare i wyjątkowo ciekawe. Dlatego tam też wynajęliśmy mieszkanie w starej kamienicy nieopodal Vaclavskie Namesti na całe 4 dni. I tam postanowiliśmy się pobrać. Ot – taki długi weekend.
Wszystko było wcześniej umówione przez Internet, bo jak się okazało już wtedy, w 2001 roku, można było zorganizować ślub w polskiej ambasadzie zupełnie zdalnie. A zaczęło się od maila… Potem zaś skromna uroczystość została przygotowana bardzo sprawnie w ciągu dwóch tygodni przez kilku sympatycznych pracowników ambasady. Z szampanem i poczęstunkiem włącznie. Dlatego od razu po przybyciu do Pragi udaliśmy się „w miasto”, aby jak prawdziwi turyści-ateiści spacerować i zwiedzać zabytki do późnego wieczora. Nazajutrz 26 października braliśmy ślub, więc cały dzień spędziliśmy w plenerze na spacerach, choć było to również intensywne oczekiwanie na następny poranek – z odrobiną tremy.
Przez cały pobyt towarzyszyła nam piękna jesienna pogoda, co spowodowało, że wspominamy go nie tylko jako zawarcie aktu małżeństwa, ale również jako sympatyczny wyjazd do pięknego miasta, połączony ze zwiedzaniem i odpoczynkiem. I wyczerpującą wędrówką po klubach jazzowych w ramach nocy poślubnej. Już nigdy więcej absynt nie będzie tak smaczny i pożywny…
26 października 2001, w słoneczny i chłodny piątkowy poranek, wyszedłem z mieszkania i udałem się na okoliczny targ kwiatów, by kupić wiązankę ślubną. A sam ślub? Jak wyglądał? Niech opowiedzą zdjęcia.
Poniżej 10 fotografii z tamtego piątku – odkurzonych z albumu rodzinnego dokładnie w 10-tą rocznicę ślubu.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
2 Comments
Mój syn Antoni skończył 2,5 roku i ciągle mówi po swojemu… Używa tyle wyrazów ile liter ma polski alfabet. Czyli 26. Ciągle próbujemy z nim rozmawiać, ucząc się cierpliwości, ale widać musimy jeszcze trochę poczekać, nim w końcu zaczniemy się komunikować ze sobą za pomocą języka.
Nie znam się na mówieniu, ale ciekawi mnie dlaczego w języku mojego syna nie pojawiły się do tej pory wyrazy na “F”, “H”, “I”, “J”, “L”, “Ł”, “O”, “R”, “S”, no i wszystkie końcowe litery od “U” począwszy. Zapisywałem tylko jego kolejne słowa w porządku alfabetycznym, więc dziś wiem jedynie których wyrazów używa, choć pierwsze z wypowiedzianych to były mama, tata i mamba. Zresztą może tu wcale nie chodzi o litery… Może te wszystkie wyrazy pojawiły się nieprzypadkowo?
Pomimo tego ciągłego mówienia w swoim języku, zadziwia mnie jak dziecko sobie radzi w sytuacjach, kiedy jednak chce coś powiedzieć, skomunikować się z rodzicami czy otoczeniem, być zrozumianym. Przykładowo, gdy chce zaprotestować, że jeszcze śpimy nad ranem, budzi nas stwierdzeniem: “Mama, tata, nie aaa!” co oznacza: “Mama, tata, nie śpijcie (już)!”. “Ej, brym” – pada zawsze po tym, jak Nela, jego siostra, jedzie do szkoły. “Tata, kom!” to wezwanie abym usiadł z nim przy komputerze. A “Dije” to po prostu zaproszenie na spacer, któremu towarzyszy wyciąganie butów z szafy.
Poniżej zamieszczam słownik Antoniego :-)
A
a – jeść
aaa – spać; spanie
ał – otwierać, uwalniać (się)
B
be – bajka, film; oglądać
ba – upadek, upaść, grać w piłkę
bleee – śmieci, brud; brudne
boli – boli; rana
brym – auto, motocykl; jechać
C
cicie – picie; pić
cici – pociąg, tramwaj
D
da – daj!, dać, masz!
dije – gdzie; iść
E
eee – kupa, siku
ej – siostra, brat, dziecko
G
gulgul – basen; pływać
K
k – gorące
kom – komputer
M
mama – mama
mamba – babcia
me – krowa, koń
mniam – guma do żucia
N
nie – nie
P
papa – do widzenia
T
tata – tata
to – ktoś, ten
toto – kto to, co to
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Wszystkich ojców, którzy chcą się podzielić refleksjami z uroków i ciemnych stron tacierzyństwa – zapraszam do dyskusji na Forum tygodnika “Wprost” pod artykułem “Ojciec chciałby karmić piersią” autorstwa Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej.
Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze “Wprost” dostępnym w kioskach od wczoraj. Zachęcam do lektury artykułu i wymiany poglądów. Liczę szczególnie na głosy pokazujące ciemne strony tacierzyństwa, bo o nich pisze się i mówi stosunkowo mało. Nie żebyśmy sobie ponarzekali, drodzy Panowie, tylko raczej utworzyli grupę wsparcia.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Mamy pierwsze złoto w rodzinie! Chociaż była to bardziej spartakiada niż turniej tenisa ziemnego, o złotym medale dla drużyny, w której startowała moja córka (reprezentacja szkoły) przesądziła ostatnia dyscyplina: przerzucanie piłki nad siatką. Emocji było wiele – podobnie jak i dyscyplin: od sprintu, zwodów sprawnościowych, po hokej i piłkę nożną – oczywiście wszystko to działo się na korcie tenisowym Klubu Tenisowego Eurotenis.
Kiedy w jednej z rozgrywek drużyna mojej córki odpadła w ćwierćfinale – byłem ciekawy czy wpłynie to na ich dalsze zachowanie. Ale gdzie tam. Dzieci bawią się w najlepsze i chłoną atmosferę zawodów do tego stopnia, że szybko zapominają o przegranej. Dlatego już za moment, gdy zaczęły się kolejne rozgrywki i można było walczyć o nowe punkty – jakiś nowy duch w nie wstąpił :-) W efekcie zdobyli puchar (od wczoraj stoi w gabinecie dyrektor szkoły) i każdy z drużyny mojej córki otrzymał złoty medal. W naszej rodzinie jest to pierwszy złoty medal, dlatego mieliśmy z tego powodu tyle radości w domu wczoraj popołudniu. Najbardziej jednak cieszyliśmy się, że Nela świetnie się bawiła. W ciepłym słońcu październikowym nie mogło być piękniejszego widoku jak radość tych dzieciaków biegających i starających się z całych sił, by wygrać.
Mini fotoreportaż z zawodów zamieszczam poniżej:
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Kiedy miałem osiem lat (1981 r.) wystartowałem w swoich pierwszych zawodach pływackich reprezentując Szkolny Klub Sportowy “Delfin”. Z balkonu obserwował mnie ojciec, który robił zdjęcia i kibicował mi z całych sił, choć prawdę mówiąc to on mnie nauczył pływać, więc to on był moim prawdziwym trenerem, który przyszedł popatrzeć co zostało z jego nauki i czego jeszcze muszę się nauczyć. Jutro idę ze swoją ośmioletnią córką Anielą na jej pierwszy w życiu turniej tenisa ziemnego (Międzyszkolny Turniej Tenisa Ziemnego). Trenujemy od roku w szkółce przy Klubie Tenisowym Eurotenis. I choć Aniela będzie pod okiem fachowców – chcę być przy niej podczas zawodów, ponieważ wiem jak dużo znaczy obecność ojca – trzydzieści lat temu płynąłem głównie po to, by zrobić mu frajdę i pokazać, że umiem walczyć.
Jeszcze tylko rano muszę kupić świeżą bułkę, za moment kładziemy ją wcześniej spać by wypoczęła i wstała wyspana – i jutro o 09.00 zacznie się wielka przygoda. Nie jestem szalonym ojcem, który chce zrobić z córki drugą Agnieszkę Radwańską, ale motywuję córkę do tego, by trenowała, sam dając jej od jakiegoś czasu przykład i opowiadając jak sport wpływa na różne umiejętności, które przydają się w życiu. Nauczyłem ją pływać w sierpniu, późno, ale skutecznie. I to sprawiło mi wielką frajdę. Teraz sam czerpię przyjemność z wysiłku który towarzyszy mojemu powrotowi do gry w koszykówkę i nauce gry w tenisa… tuż po treningu córki. Choć dziś sport jest dla mnie wyłącznie próbą przezwyciężania własnych słabości i odreagowania stresu zawodowego – doceniam w nim ten dialog z własnym ciałem, które poddaje się i wielokrotnie mówi “nie”, a jednak można je namówić do wysiłku, do jeszcze jednego skoku, mocnego uderzenia rakietą i szybkiego biegu…
Mam zatem nadzieję, że jutro swoją obecnością dam swojej córce dodatkową energię – idę tam głównie po to. Wierzę, w jej możliwości, choć kocham ją za to kim jest, a nie za to co potrafi lub w najbliższym czasie będzie potrafiła osiągnąć. Jutrzejsza ewentualna porażka w końcu też nam otworzy drogę do przyszłych sukcesów :-)
Poniżej zdjęcia ze wspomnianych zawodów i treningu mojej córki:
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze