-
Bajka o potrzebie miłości
No CommentsArkadiusz Jadczak
W pewnym małym i smutnym miasteczku, gdzie nic się nie działo – żył sobie Depresiak. Był bardzo niski i nieco zgarbiony. Jego rodzice już długo nie żyli. Przed śmiercią pozostawili mu małe, ciasne mieszkanie w szarym bloku. Depresiak pracował na poczcie. Całymi dniami stemplował listy i ważył paczki. Miał więc interesującą pracę i własne mieszkanie. Nie powinien być zatem smutny i nieszczęśliwy. Jednak nikt nie interesował się nim ani trochę. Tymczasem Depresiak pragnął mieszkać z kobietą, dzielić swój czas na pół – jak orzechową chałwę; pragnął z całego serca kochać drugą osobę oraz być kochanym…
Mijały lata, a Depresiak był cały czas sam. Sąsiadki spoglądały na niego z politowaniem, koleżanki na poczcie – z uśmieszkiem pogardy – pytały, kiedy się wreszcie ożeni, a kobiety w parkach, na skwerach i ulicach – uciekały na jego widok.
Pewnej zimy Depresiak załamał się całkowicie. Wziął zaległy urlop wypoczynkowy. Zamknął się w domu, gdzie całymi dniami podlewał kwiaty, kleił łodzie podwodne z papieru i rozmawiał z kukułką w brązowym zegarze. Martwiło go jednak to, że tylko raz na trzydzieści minut może odezwać się do swojego małego przyjaciela.
Gdy przyszła wiosna, a ptaki zaczęły śpiewać piękniej od drewnianej kukułki, Depresiak odżył i wyszedł po raz pierwszy z domu na krótki spacer. Kiedy spacerował po parku miejskim, natknął się na jego skraju – na nowy sklep z artykułami malarskimi. Wszedł do środka, rozejrzał się i uśmiechnął do grubego sprzedawcy.
- Poproszę pięć litrów czerwonej, łatwo zmywalnej farby, duży pędzel i przenośną drabinę.
Gruby sprzedawca podrapał się po swoim długim wąsie i zaraz zapytał zdziwiony:
- Na pewno chce pan łatwo zmywalną?
- Tak! – odpowiedział Depresiak – Chcę jak najbardziej zmywalną farbę. I musi być koniecznie czerwona ? dodał.
Po chwili wyszedł ze sklepu z dużą puszką czerwonej, łatwo zmywalnej farby, pędzlem i przenośną drabiną. Nie udał się jednakże do domu (jak sądził zapewne gruby sprzedawca), lecz poszedł na najbliższe osiedle mieszkaniowe.
Był całkiem pogodny dzień. Przez moment Depresiak myślał nawet, że Słońce uśmiecha się do niego (ale tylko przez moment). Zatrzymał się przy pierwszym betonowym śmietniku. Rozstawił drabinę, otworzył puszkę z farbą i zanurzył w niej duży pędzel. Wszedł na trzeci szczebel od dołu i zaczął malować. Malował tak pół godziny. Kiedy skończył, stanął na wprost śmietnika i uśmiechnął się: najpierw do Słońca, a potem do swojego dzieła.
Na szarej i nieco chropowatej ścianie śmietnika widniało olbrzymie czerwone serce. Depresiakowi zrobiło się od razu lepiej. Patrzył tak na swoje dzieło przez kilka minut, a potem złożył drabinę, wziął do ręki puszkę z farbą i pędzel, i poszedł w kierunku następnego śmietnika. Namalował tam dokładnie takie samo serce (a może nawet nieco większe). Lecz kiedy ponownie sprzątał swoje narzędzia pracy, by ruszyć dalej, zobaczył jak zza krzaka podgląda go mała, usmarkana dziewczynka z warkoczem. Nie odezwał się do niej ani nie uśmiechnął ? jak to Depresiak – tylko poszedł przed siebie w poszukiwaniu następnego śmietnika (mógł chociaż pożyczyć jej chusteczkę higieniczną).
Przychodził tak na to osiedle codziennie, zawsze po swojej żmudnej pracy. Dokupował kolejne puszki z czerwoną, łatwo zmywalną farbą, a kiedy wchodził do sklepu z artykułami malarskimi, gruby sprzedawca poznawał go i od razu, bez pytania, sięgał po nową puszkę, uśmiechając się do niego pod wąsem. A mała, usmarkana dziewczynka z warkoczem ? cały czas śledziła Depresiaka, chodząc za nim po osiedlu jak bezdomny pies. A kiedy ten przenosił się do innej części miasteczka, szła za nim niczym jego cień, ciągle mu się przyglądając. Bała się jednak odezwać do tajemniczego pana z pędzlem w ręku, malującego wielkie serca na osiedlowych śmietnikach…
W ten oto sposób w małym i smutnym miasteczku, gdzie nic się nie działo ? zrobiło się kolorowo i wesoło. Pojawiły się bowiem (zupełnie niespodziewanie) wielkie czerwone serca na ścianach, murach, garażach i klatkach schodowych. Ludzie zaczęli uśmiechać się do siebie oraz machać rękoma na powitanie i pożegnanie. Nawet psy zaczęły chodzić w parach, obejmując się ogonami. Jednak Depresiak wciąż chodził smutny i samotny. Wracał do domu, zamykał się w swoich czterech ścianach i miał wrażenie, że jest tak, jak było dawniej…
Aż tu pewnego dnia, po trzech miesiącach od namalowania pierwszego serca, Depresiak dostał telefon od pracownika Urzędu Miasta. Dowiedział się od niego, że był śledzony od ponad dwóch miesięcy. W pierwszej chwili pomyślał o małej dziewczynce z warkoczem, ale pan urzędnik uspokoił Depresiaka, że były to tylko czynności rutynowe, przeprowadzane przez profesjonalistów. Na koniec powiedziano mu, że ma się koniecznie zgłosić do magistratu za dwa tygodnie, punktualnie o godzinie dziesiątej. Urzędnik napomknął, że ?sprawa jest pilna? ? chodziło o malowanie czerwonych serc na śmietnikach i murach wszystkich osiedli w miasteczku…
Depresiak powiedział tylko cichym głosem (jakby mówił tylko sam do siebie):
- Dobrze… ? I mało co nie zasłabł.
Bardzo się zmartwił tym telefonem. Nazajutrz wziął urlop bezpłatny i zamknął się w swoim mieszkaniu. Bał się wychodzić z domu, ponieważ cały czas czuł na sobie obcy wzrok i miał obawy, że jest śledzony. Ciarki go przechodziły na samą myśl, że może stracić interesującą i dobrze płatną pracę na poczcie. Nie odbierał w ogóle telefonów (zresztą nikt nigdy do niego nie dzwonił). Nie podlewał kwiatów, nie kleił łodzi podwodnych z papieru i nie rozmawiał z kukułką w brązowym zegarze. Nawet sąsiadki zaczęły się o niego martwić.
Dni jednak mijały szybko, jeden za drugim i zanim Depresiak się obejrzał, nastał już termin jego wizyty w Urzędzie Miasta. Tego feralnego poranka obudził się cały mokry od potu. W nocy śniły mu się bowiem koszmary. Śniło mu się, że został wezwany do sądu, gdzie wytoczono mu proces za rzekome czytanie czyjejś korespondencji w czasie pracy na poczcie i po krótkiej rozprawie niesłusznie skazano go na dożywotnie wykonywanie zawodu listonosza na wsi. W ramach kary dodatkowej zakazano mu używania roweru oraz wszelkich pojazdów jednośladowych. Odbywał więc karę w pewnej wsi zapomnianej przez czas i historię, gdzie żyli niemili i zgorzkniali ludzie. Gdy tylko pukał do ich drzwi przynosząc im list, paczkę bądź emeryturę – słyszał obelżywe słowa i wyzwiska pod swoim adresem, a nieraz szczuto go nawet psami. A ci, którzy nie wyzywali go od najgorszych i nie krzyczeli na niego, ciągle opowiadali mu na progach swoich domów o zbójcach, którzy grasują w pobliskim lesie i ponoć planują napad rabunkowy na Depresiaka. I właśnie na początku kolejnego miesiąca, gdy tak szedł sobie przez ów las, niosąc torbę wypełnioną po brzeg emeryturami oraz rentami i rozmawiał z wszystkimi napotkanymi w lesie kukułkami ? zaczęło go gonić kilkunastu zbójów z maczugami. Gdy im się przyjrzał przez moment, dojrzał wśród nich twarze swoich kolegów z pracy. Zaczął więc szybko uciekać, ile sił w nogach i kiedy tak biegł, gubił wszystkie banknoty i monety, które niósł w torbie.
Wtedy właśnie się obudził – przerażony i mokry ze strachu. Umył się szybko, ogolił i uczesał (jak zwykle z przedziałkiem). Założył na siebie swoje najlepsze ubranie: brązowe spodnie w białe paski, czerwoną koszulę z bistoru i fioletową marynarkę z aksamitu, następnie wypachnił się wodą po goleniu ?Derby? i ruszył przez miasto w kierunku urzędu. Kiedy tak szedł – wszystko wydało mu się obce, nieznajome i groźne. Jednak każdy przechodzień, którego spotykał na swej drodze, uśmiechał się do niego i machał ręką oraz patrzył takim wzrokiem, jakby znał Depresiaka od wielu lat. Bardzo go to zastanowiło, ale i nieco przestraszyło. Depresiak przyspieszył więc kroku i wkrótce, truchtem, doszedł do centrum. Stanął przed Urzędem Miasta i dopiero wtedy uświadomił sobie, że budynek przed którym stoi – to nic innego jak tylko siedziba sądu w którym miał proces w swoim śnie. Bardzo go to zdenerwowało i zasmuciło. Kiedy jednak spojrzał na zegarek i przypomniał sobie o wezwaniu oraz stanowczy głos urzędnika, który do niego zadzwonił – zdał sobie szybko sprawę z powagi sprawy i niewiele myśląc, przekroczył magiczny próg magistratu. Była dokładnie godzina dziesiąta zero zero. Bardzo go to ucieszyło, bo uwielbiał być punktualny. Dlatego zamalował raz z premedytacją graffiti, które ujrzał na śmietniku. Zdenerwowała go bowiem jego treść, według której: ?Punktualność jest stratą czasu?. I był to jedyny jego rysunek, który nie przedstawiał serca. Na białym graffiti namalował wtedy wielkiego czerwonego węża, którego później ktoś przemalował na biało, domalowując mu białe nogi. W ten sposób z czerwonego węża powstała biała stonoga.
To, co Depresiak zobaczył wewnątrz budynku Urzędu Miasta ? przeszło wszelkie jego wyobrażenia. Wzdłuż hallu stało mnóstwo reporterów z aparatami fotograficznymi i dziennikarzy z mikrofonami w rękach; stali strażacy, policjanci, lekarze, pielęgniarki, bezsensmeni, a w samym końcu, na niewielkim podium, niczym pomnik jakiegoś marszałka – stał sam prezydent miasta. W tłumie, Depresiak dojrzał też swoje sąsiadki i kilka koleżanek z pracy. Wydawało mu się, że byli tam wszyscy, choć nie dojrzał raczej na pewno małej, usmarkanej dziewczynki z warkoczem. Dawno już jej nie widział i bardzo za nią tęsknił.
Na widok Depresiaka wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować.
- Niech żyje, niech żyje! ? krzyczeli, a on szedł niepewnym krokiem oglądając się za siebie, czy przypadkiem nie idzie przed jakąś ważną osobistością i tym samym nie psuje bardzo ważnej uroczystościpaństwowej.
Wszyscy jednak ludzie szli za nim, zawężając mu pole ewentualnej ucieczki. Depresiak poczuł się jak w swoim śnie ? wtedy, gdy gonili go zbójcy. Przyspieszył kroku i właśnie wtedy, prezydent przemówił poważnym, grubym głosem.
- Cieszę się, że wreszcie możemy pana poznać i zobaczyć na własne oczy. Czekaliśmy na ten dzień całe dwa tygodnie, a nasze miasto, można powiedzieć, od zawsze.
Depresiak przeraził się jeszcze bardziej, bo pomyślał, że to już na pewno jego koniec; że zaraz zacznie się jego proces o malowanie serc na osiedlach, molestowanie nieletniej i zaburzanie obchodów ważnej uroczystości państwowej. Jakże więc się zdziwił, gdy prezydent zaprosił go na mównicę i uciszył całą salę.
- Chciałbym pokazać państwu i przedstawić jednocześnie najważniejszą postać w naszym mieście. Oto człowiek, dzięki któremu wszyscy mieszkańcy naszego miasta zaczęli się do siebie uśmiechać, miłować i mówić ?Dzień dobry?, ?dziękuję?, ?przepraszam? i ?bardzo proszę?. W jaki sposób przyczynił się do tego ten zwykły, jak mogliby państwo sądzić ? urzędnik pocztowy? Otóż ten człowiek wielkiej duszy i serca, przed trzema miesiącami zaczął na własny koszt ozdabiać szare osiedla naszego miasta, niczym innym jak właśnie sercem, to znaczy: motywem serca, malowanym czerwoną, łatwo zmywalną farbą. Jakim więc jeszcze dodatkowo kierował się rozsądkiem, decydując się na taki właśnie rodzaj farby, który znikał po kilku dniach, umożliwiając mieszkańcom osiedli kultywowanie tego pięknego zwyczaju i miłowanie tak szlachetnego symbolu! Wprawdzie nasz nieprzeciętny obywatel posłużył się raz innym, bardziej może zagadkowym symbolem stonogi…
(tu Depresiak aż zadrżał ze strachu, że może to być argument przeciw niemu jako wandalowi, który zamalował istniejące graffiti i w ogóle stonoga nie jest jego dziełem, lecz rysunkiem innego osiedlowego malarza)
- … to jednak nie umniejsza faktu, że największą jego zasługą jest pokazanie nam, że należy się miłować, szanować, myśleć o drugim człowieku i bardzo go kochać.
(tu nastąpiła krótka przerwa, a po niej gromkie brawa)
- To największy bohater w dziejach naszego miasta! Człowiek który zasłużył na miano jego patrona. Dlatego proponuję, by zmienić nazwę naszego małego miasta na cześć naszego wielkiego bohatera. Ponieważ jednak brzmiałaby ona niezbyt optymistycznie, a mianowicie: ?Depresja?, proponuję nazwać nasze miasto ? Białystonog ? na cześć jedynego, a więc niepowtarzalnego rysunku autorstwa naszego wielkiego artysty. Niech żyje nam nasz patron, od dziś honorowy obywatel Białegostonoga. Niech żyje!
Depresiak nie wierzył własnym oczom i uszom. Cała sala biła brawa i krzyczała na wiwat, a od błysków fleszy, rozbolały go oczy, tak, że natychmiast zaczął obficie łzawić. Odczytano to chyba jako wyraz jego wielkiego wzruszenia i uznania dla tak dużego wyróżnienia (nigdy w życiu w rzeczywistości nie czuł się tak podniecony i tak wzruszony). Odtąd jego życie wyglądało jak jedno, wielkie święto (z małym, niestety wyjątkiem).
Depresiak dorobił się fortuny, biorąc udział w telewizyjnej reklamie farby. Został też dzięki niej sławny w całym kraju (emitowano ją w obu programach telewizji ogólnokrajowej). Wszystkie dzieci powtarzały tekst wymawiany przez Depresiaka w filmie reklamowym: ?Więc chodź, namaluję ci serce!?. Dużą część jego dorobku stanowiły również honoraria za emisję jego symbolu ? czerwonego serca – na znaczkach pocztowych, pocztówkach i innych gadżetach reklamowych, które przyciągały turystów kupujących pamiątki podczas pobytu w słynnym mieście. Prezydent miasta, dodatkowym dekretem ustanowił również nowy herb miasta: białą stonogę w koronie trzymającą wielkie czerwone serce niczym tarczę obronną. Na tym sercu widniała duża, biała litera ?B?.
Ludzie w całym kraju opowiadali historie o Depresiaku i snuli o nim legendy. W wielu miastach, na wzór Białegostonogu – pojawiały się czerwone serca na śmietnikach, szarych budynkach i innych miejscach, które można było ubarwić i rozweselić. I tam też ludzie z czasem zaczynali się do siebie uśmiechać, bardziej się szanować no i przede wszystkim – wzajemnie kochać.
Depresiak mógł mieć teraz wszystko: dobre perfumy, cudowne fryzury, piękne ubrania i wspaniałe samochody, ale całą swoją fortunę przeznaczył na wybudowanie olbrzymiego centrum kardiochirurgicznego dla dzieci i nazwał je: ?Serce świata?. Chciał, by wszystkim dzieciom z całego świata, właśnie tam leczono ich schorowane serca.
Wkrótce sława i popularność zaczęły go męczyć i drażnić. Doprowadziły go nawet do depresji. Po pewnym czasie zaszył się na nowo w swoim małym, ciasnym mieszkaniu w bloku, mimo, że stać go było przecież na kilkadziesiąt willi i pałaców. Wszystkie pieniądze oddawał jednak na cele charytatywne, mając głównie na uwadze dzieci. Brakowało mu w życiu jednego: miłości, której nigdy nie zaznał, a której zawsze pragnął. Zrozumiał wtedy, że można mieć wszystko, ale nie mieć miłości. I że tak naprawdę w życiu człowieka miłość jest najważniejsza i tylko ją warto posiadać.
Umarł z głodu w swoim mieszkaniu, kilka lat później. Ludzie, którzy próbowali go odwiedzić i porozmawiać z nim, mówili, że nieco zdziwaczał. Opowiadali, że całymi dniami tylko podlewał kwiaty, kleił łodzie podwodne z papieru i rozmawiał z kukułką w brązowym zegarze. Na poczcie już dawno nie pracował. Nie odwiedzały go więc nawet koleżanki z pracy. Nie widywały go też sąsiadki. Ponoć nic jadł – z miłości, jak twierdził – i opowiadał ciągle o swojej wybrance, małej, usmarkanej dziewczynce z warkoczem, która podobno jako jedyna kobieta na świecie nie odstępowała go kiedyś nawet na krok i która naprawdę chciała z nim chodzić…
Po jego śmierci, gdzieniegdzie ludzie opowiadali legendy, że umarł ze starości, nie doczekawszy się, aż jego mała wybranka dorośnie, tak, by mógł się z nią ożenić. Ale to nieprawda (Depresiak umarł bowiem z braku miłości); nie wszystkie bajki kończą się słowami: ?i żyli długo i szczęśliwie?…
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze