Jadczak.net Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

February 2012
M T W T F S S
« Oct    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Co przydarzyło się chomikom?

      Arkadiusz Jadczak

      Pewnego wiosennego dnia, o ile mnie pamięć nie myli ? to przydarzyło się to w kwietniu ? mama chomik wybrała się z siedmiorgiem swoich dzieci na lotnisko ?Bublinek?. Wsadziła je wszystkie do groszkowego Trabanta 601s de luxe i ruszyła z piskiem opon na powitanie swego męża ? również chomika ? który miał tego dnia przylecieć z Raszwawy. Tata chomik wybrał się tam bowiem przed pięcioma dniami w ważną służbową podróż, w języku chomików zwaną: ledegacją. Swoją drogą wyjeżdżał w takie ledegacje nazbyt często ? ?za tczęso? ? jak mówiła mama chomik.

      Droga na lotnisko była całkiem prosta, równa i w wielkim stopniu odnowiona. Dopiero wszakże od niedawna można było korzystać z tego wspaniałego lotniska i latać super samolotem do stolicy. Wcześniej przychodzili tu tylko spadochroniarze, którzy wznosili się w starych, błękitnych dwupłatowcach ponad pobliskie osiedla i opadali z nieba jak nasiona dmuchawca niesione przez wiatr na łące. Wcześniej tata chomik również jeździł w ledegacje, tyle że szybkim pociągiem ze stacji ?Bafryczna? albo ?Lakiska?.

      Kiedy już mama chomik dojechała na miejsce, sprawnie zaparkowała Trabanta tuż przed terminalem, po czym wyprowadziła swoje dzieci z auta. Małe chomiki, które przyjechały po raz pierwszy na ?Bublinek? ? na widok lotniska oniemiały i były tak zafascynowane tym, co działo się dookoła nich w powietrzu i na ziemi, że szybko rozbiegły się we wszystkie strony świata. Przerażona mama chomik nie wiedziała co ma robić; załamała łapki i po chwili zaczęła gonić dwie najmłodsze pociechy, które uciekły w stronę dużych, blaszanych hangarów. Reszta chomików pobiegła w kierunku białych szybowców, kolorowych awionetek zaparkowanych w samym końcu lotniska i brzęczących niczym muchy – motolotni, lądujących na trawie tuż przed lasem.

      W tym czasie na ?Bublinku? wylądował punktualnie na asfaltowym pasie niewielki samolot z Raszwawy. Tata chomik, jako jedyny pasażer na pokładzie – wyszedł z samolotu i udał się w kierunku błyszczącego w słońcu terminalu. Kiedy tak szedł polną ścieżką, pogwizdywał sobie z lekka. Miał bowiem tego dnia wyjątkowo dobry humor.

      Gdy doszedł do nadzwyczaj nowoczesnego budynku i w hallu przylotów odebrał swój niewielki bagaż, który dostarczono mu tutaj na bagażowej hulajnodze ? wyszedł dziarskim krokiem na parking tuż przed terminalem. Nie spodziewał się bynajmniej żadnego powitania, bo wracał przecież z ledegacji, a nie z jakiejś tam ważnej wizyty państwowej, której i tak w ogóle nie miał szans odbyć w tym wcieleniu, pracując na stanowisku ?atnerefer do spraw moprocji?. Jednak przeżywał tę pierwszą podróż samolotem na swój chomiczy sposób. Był bardzo podniecony i nawet spocił się nieco w tym wiosennym słońcu. Udawał jednak rozluźnionego, na wszelki wypadek, gdyby spotkał go tu jakiś znajomy, sąsiad albo kolega z pracy.

      Aż tu nagle prawie nie zamarł, gdy na swej drodze dojrzał znajomy cudny groszkowy samochód marki Trabant. Zatrzymał się, upewnił co do rejestracji, a gdy już nie miał wątpliwości, że to jego auto i kiedy nie dojrzał w okolicy ani swojej żony ani dzieci – cofnął się zaniepokojony do terminalu. Zaczął nerwowo biegać po wszystkich korytarzach i wypytywać całą obsługę lotniska, czy nie widzieli jego żony. Nikt jednak nie przypominał sobie, by widział w tym miejscu jakiegokolwiek chomika. Dopiero jeden pan dyspozytor przyznał się, po chwili zastanowienia, że widział kątem oka jak pewna wystrojona dama chomik wysiadła z groszkowego Trabanta na parkingu, pokręciła się chwilę przed terminalem, po czym pobiegła za jakimś chomikiem, unosząc łapki w górę.

      Tata chomik zmartwił się tym niebywale i od razu zaczął układać sobie w swojej chomiczej główce całą historię chomiczej zdrady małżeńskiej. A kiedy ujrzał na tablicy przylotów, że pięć minut przed jego samolotem lądował na ?Bublinku? aeroplan z Czeszcina, pomyślał, że jego żona prawdopodobnie spodziewając się powrotu swojego męża nieco później – postanowiła zabawić się z innym chomikiem, którego zapewne poznała zeszłym latem w sanatorium w Jędzyzdromiach pod Czeszcinem. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała przecież na powitanie męża, gdy ten wracał z kolejnej ledegacji.

      Tak się tym przejął tata chomik, że w mig zostawił swój cudowny samochód na parkingu, mimo, iż miał do niego zapasowy kluczyk i mógł odjechać stamtąd z piskiem opon – po czym udał się w drogę do domu pieszo, przedzierając się przez okoliczne łąki oraz pola. A kiedy tak szedł i szedł, ciągnąc za sobą mały kuferek ? płakał nad swą biedną, chomiczą dolą.

      Gdy dotarł do domu późnym popołudniem ? zastał w nim tylko siedmioro swoich dzieci. Wszystkie małe chomiki siedziały wystraszone, zagrzebane do połowy w trocinach i nie potrafiły odpowiedzieć na żadne pytanie taty. Musiały być strasznie przerażone, skoro marchewka wokół nich cały czas leżała nie ruszona. Pani chomik ani Trabanta wciąż nie było. Tata chomik nie miał już żadnych wątpliwości co do niewierności swojej żony. O nic więcej nie pytał swoje dzieci, tylko padł ze zmęczenia pyszczkiem na podłogę i od razu zasnął. Jednak przed tym nim zamknął swoje małe oczy w kształcie pereł, pomyślał, że oto rodzina chomików znalazła się w bardzo ciężkim położeniu, a ich gatunek jest od tej pory poważnie zagrożony.

      Niespodziewanie obudziła go mama chomik. Było kilkanaście minut po północy. Żona chomika wróciła do domu zapłakana i kompletnie załamana tym, że zgubiła wszystkie swoje dzieci na lotnisku. Na widok pociech czekających na nią w domu – wydała jeden wielki pisk, aż obudzony tata chomik wskoczył ze strachu pod resztkę trocin tuż przy oknie, tak, że w ogóle nie było go tam widać.

      Mama chomik tak bardzo się cieszyła tym, że jej dzieci wreszcie się odnalazły i to w dodatku całe oraz zdrowe, że zaczęła krzyczeć na cały pyszczek jakie to one są dzielne i odważne. Nie mogła się nadziwić w jaki sposób jej małe pociechy dotarły bez problemu z oddalonego o tyle kilometrów miejsca i nie bały się przebywać same w domu.

      I właśnie wtedy tata chomik wygrzebał się z barłogu. Kiedy w kilka sekund oprzytomniał i zobaczył swoją żonę rozbawioną i uśmiechnięta od małego ucha do małego ucha – o nic nie spytał, tylko czym prędzej wyszedł z domu obrażony na swoją rodzinę i cały świat zwierzęcy. Po prostu trzasnął drzwiami klatki, tak mocno, że kołowrotek dzieci, który stał tuż przy wodopoju, przewrócił się na karmnik i całe ziarno wysypało się na podłogę.

      Mama chomik przestała się w końcu cieszyć i przerażona tym, co stało się przed chwilą, zostawiła swoje dzieci i pobiegła na swych krótkich łapkach za uciekającym mężem. Ale taty chomika już nie było. Nie było też na pobliskim parkingu groszkowego Trabanta 601s de luxe, którym tata chomik odjechał w siną dal, oczywiście z piskiem opon. Zmartwiona mama chomik wróciła czym prędzej do swych dzieci, a kiedy okazało się, że jej pociechy już dawno śpią – położyła się przy nich i również zapadła w głęboki sen chomiczy.

      Śniło jej się, że była kobietą. Tak jak wszyscy dorośli ludzie – chodziła do pracy, miała tam własne problemy, bóle głowy, a kiedy wracała do domu, robiła zakupy, przygotowywała obiad, a potem rozmawiała z dziećmi o tym, co im się przydarzyło w szkole i oczekiwała cierpliwie na powrót swego męża z pracy. Była dla niego dobra, bardzo dbała o swe pociechy i pilnowała porządku w domu jak należy. Jednak jej mąż, w gruncie rzeczy ? dobry i uczciwy człowiek, miał jedną straszną wadę: był zapalonym filatelistą i godzinami po pracy oraz we wszystkie wolne dni – układał znaczki pocztowe. Jego specjalnością była fauna ? od wielu, wielu lat zbierał znaczki zwierząt. Do tego jeszcze sprowadzał kolegów ze Związku Filatelistycznego i w ten sposób całymi popołudniami oraz w nocy, nieraz do samego rana, siedzieli pochyleni nad klaserem, paląc światło w kuchni, przedpokoju i wyjadając z lodówki wszystko, co tam tylko było do jedzenia. Tak, że w lodówce zostawało echo.

      Po pewnym czasie pani domu nie wytrzymała tych wszystkich fanaberii i nie mówiąc nic swojemu małżonkowi – zabrała wszystko oprócz klaserów pełnych znaczków, lup oraz opasłych katalogów, po czym szybko wyprowadziła się razem z dziećmi do innego miasta. Nie chciała definitywnie zrywać z nim kontaktu, więc następnego dnia wysłała list, informując męża, o tym że nie chce już dłużej znosić jego towarzystwa oraz jego znaczków i dlatego właśnie zdecydowała się zamieszkać razem z dziećmi w innym mieście. Adresu nadawcy oczywiście nie podała. Myślała, że będzie to najlepsza kara, jaką mogła zastosować względem nieposłusznego męża, pomijając kradzież jego ukochanych znaczków.

      Niestety się myliła. Jej mąż był bowiem od tamtej pory najszczęśliwszym filatelistą na całym świecie ? ponieważ regularnie, prawie codziennie, otrzymywał list z kolejnym znaczkiem do kolekcji. A że poczta wypuszczała w owych czasach głównie serię znaczków z gryzoniami, stał się w ten sposób największym posiadaczem takich właśnie znaczków.

      Jego żona nigdy się jednak o tym nie dowiedziała, bo więcej już się nie spotkali i do końca swego życia prowadziła tę jednostronną korespondencję.

      Gdy mama chomik obudziła się z tego pouczającego snu nad ranem, zrozumiała, że nie warto naśladować ludzi w tym, co robią, kiedy nie mogą się nawzajem porozumieć. Uznała, że trzeba myśleć pozytywnie. Odrzuciła wszelkie myśli o przeprowadzce do innej klatki, wymieniła dzieciom trociny, nakarmiła je marchewką i sałatą, a potem sama wyruszyła na poszukiwania męża. Szukała go zarówno w pracy, u znajomych, w barach, restauracjach, sklepach zoologicznych i na każdej ulicy, którą tylko przemierzała w wielkim smutku. Jednak tata chomik zapadł się pod ziemię niczym kret. Nigdzie też w całym mieście nie znalazła groszkowego Trabanta 601s de luxe. I kiedy po dwóch tygodniach uciążliwych poszukiwań prawie się poddała ? przypomniała sobie tamten sen o ludziach i tę życiową prawdę, że samce to takie małe dzieci i często nie rozumieją swoich samic, zapominając o wszystkich obowiązkach i rodzinie, najczęściej uciekając w świat zabawek. Tak więc szybko pobiegła na ?Bublinek?, wiedziona zmysłem węchu i czymś, co można nazwać chomiczą intuicją.

      Jakże się ucieszyła na widok znajomej groszkowej karoserii jej ukochanego auta, które znalazła na lotnisku. Aż podskoczyła w górę i zaklaskała w łapki. Jej cudny Trabant stał tuż przy olbrzymich hangarach. Jednakże nie miał kół, ani silnika, a w środku był przerobiony na prowizoryczną klatkę dla chomika. Mama chomik całkiem zdziwiona i zaskoczona tym, co ujrzała wewnątrz samochodu, pomyślała, że tata chomik urządził sobie tutaj małą garsonierę i pewnie zaprasza atrakcyjne samiczki na różne nocne schadzki. I gdy już miała stamtąd odejść, tym razem wiedziona instynktem samozachowawczym ? usłyszała w górze znajomy warkot dwusuwowego silnika oraz poczuła charakterystyczny smród Mixolu dodawanego do paliwa przez właścicieli Trabantów. Czym prędzej zadarła w górę swoją małą chomiczą główkę i ponad nią ujrzała niewielką motolotnię, na której nie leciał nikt inny – tylko jej własny małżonek chomik. Z tymi skrzydłami przypiętymi do samochodowego fotela, wyglądał jak nietoperz.

      Mama chomik była tak zaskoczona tym widokiem, że nie potrafiła wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Nawet nie zapiszczała, jak to chomiki mają w zwyczaju robić. Stała tylko i obserwowała, jak jej mąż na wykonanej własnoręcznie motolotni, tnie powietrze i wbrew powszechnie panującej ewolucji – lata, zamiast chodzić.

      Gdy tata chomik dostrzegł znajomą postać tuż przy karoserii, postanowił wylądować tuż obok niej jak najefektowniej. Rzeczywiście przyłożył się do tej czynności, a że miał do tego talent, co udowodnił wszystkim pracownikom na ?Bublinku? w ciągu tak krótkiego czasu, kiedy tutaj mieszkał w swym Trabancie ? wylądował jak zawodowy pilot, zatrzymując się na dwanaście centymetrów przed swą żoną. Mama chomik o mało zresztą nie zemdlała, a już na pewno nie wierzyła własnym oczom, gdy jej maż wziął ją na łapki, po czym zaniósł prosto na fotel motolotni, dodał gazu, a potem zasiadł za prowizorycznym sterem i ponownie wystartował, wznosząc się w powietrze.

      Lecieli tak, o ile mnie pamięć nie myli ? jakieś kilkanaście minut. Pod nimi falował, niczym morze – ?Bublinek?, pobliskie osiedla oraz cały świat roślinny i zwierzęcy. A przelatujące ptaki na widok fruwających chomików – zaczynały piszczeć z niedowierzania i zachwytu.

      To była najwspanialsza podróż chomików w ich małżeństwie, które nie dość że się nie rozpadło po tym nieporozumieniu z ledegacją i przykrym incydencie z wyprowadzką z domu, ale wręcz z każdą chwilą i każdym upojnym lotem na motolotni – miało się coraz lepiej. Zresztą chomiki już podczas tej pierwszej powietrznej eskapady przeprosiły się nawzajem i wyjaśniły sobie wszystko.

      Wkrótce tata chomik rzucił pracę na stanowisku ?atnerefer do spraw moprocji?, uzyskał licencję i zaczął pracować jako zawodowy pilot na ?Bublinku?. W wolnych chwilach przewoził zaś na motolotni swoje dzieci oraz ukochaną żonę. W ten sposób małe chomiki były wniebowzięte.

      Wkrótce też tata chomik przeszedł do historii jako pierwszy pilot-gryzoń, a poczta wypuściła nawet serię znaczków, na której zamiast podobizny, jak to dotychczas miało miejsce – Żwirki i Wigury ? widniał portret chomika w czapce pilotce i wielkich okularach, na tle różnego typu samolotów. Jednak mama chomik, wiedziona złym przeczuciem, nie pozwoliła swemu mężowi zbierać znaczki, zabrała mu je wszystkie wraz z abonamentem i pewnie sama gdzieś je do tej pory chomikuje.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      Co przydarzyło się chomikom?, 7.0 out of 10 based on 1 rating
      No Comments
     
    Get Adobe Flash playerPlugin by wpburn.com wordpress themes