Historia, życie i miłość pewnej krowy

Arkadiusz Jadczak

Za siedmioma górami i siedmioma lasami żyła sobie krówka Mumua. Podczas gdy inne krowy hasały po łąkach i pasły się na pastwiskach w towarzystwie swoich pastuszków, Mumua żyła samotnie. Była jeszcze mała i nie dawała mleka. Nikt się nią nie opiekował, bo kulała na jedną nogę. Kiedy zbliżała się do zabudowań wiejskich, ludzie wybiegali na podwórka i krzyczeli:

- Uciekaj śmierdziucho! Nic tu po tobie!

Mumua czuła się strasznie samotna. Inne krowy parskały na nią, gdy chciała się z nimi bawić. Chodziła więc sama po okolicy, ciągle kulejąc, spała w małym grajdołku tuż przy lesie i była bardzo, ale to bardzo smutna.

Pewnego pięknego dnia przechodził przez wieś młody, chory psychicznie malarz. Poprosił o strawę i nocleg u kilku gospodarzy, ale nieprzyjaźni mieszkańcy wygonili go i zakazali zbliżać się do ich domów. Malarz włóczył się jeszcze po wsi, bawiąc się z przydrożnymi kundlami. Jednak Słońce powoli zachodziło za horyzont. Pastuszkowie sprowadzali krowy z pastwisk. Chłopak był już bardzo zmęczony długą wędrówką. Poszedł więc w kierunku lasu, by znaleźć miejsce do spania. Kiedy tak przemierzał szerokie pole, trafił na duży stóg świeżego siana. Położył przy nim wszystko, co miał: mały płócienny plecak z farbami, paletą, terpentyną i pędzlami oraz ciężką sztalugę. Był tak zmęczony, że nie czuł już nawet głodu. Zakopał się w stogu siana i tak zasnął.

Śniło mu się, że na nocnym niebie pojawił się wielki, żółty Księżyc w pełni. Wisiał nisko nad horyzontem niczym miedziana pięciozłotówka, a dookoła gęstniała granatowa ciemność. W całej wsi zaczęły wyć wszystkie psy, a kury i indyki biegały dookoła siebie jak oszalałe. Zaniepokojeni mieszkańcy, w obawie o losy swoich zwierząt – wyszli z domów i ruszyli z motyką na Księżyc. Ten zaś, gdy ich zobaczył, postanowił pozostać we wsi na dłużej, na przekór nieprzyjaznym ludziom. I dalej wisiał nisko nad horyzontem, świecąc jak gazowa latarnia. Źli mieszkańcy ukryli się w swoich domostwach i zagrodach, ale ich wystraszone zwierzęta ? prawie cały inwentarz – zaczęły biegać po polach i łąkach, nie wiedząc co się dzieje. Był to już bowiem siódmy dzień bez świtu, poranka, południa i zachodu Słońca. I tylko jedna mała krowa stała spokojnie po środku łąki i cały czas patrzyła na Księżyc. A kiedy ten ją spytał:

- Dlaczego nie biegasz w szale jak inne zwierzęta? ? Krowa spojrzała na niego, uśmiechnęła się i zaryczała najgłośniej jak tylko umiała, co oznaczało, że bardzo się cieszy.

I takie też głośne i radosne ?Muuuuu? obudziło nad ranem zaspanego malarza. Jego oczom ukazała się sympatyczna mordka małej krowy.  Nim zdążył przetrzeć oczy, by upewnić się, że nie śni ? krowa zaczęła lizać go po ustach. Nie krzyknął jednak na nią, jak może krzyknęliby na nią inni ludzie ? tylko pocałował ją i szybko wstał, by pozdrowić Słońce.

Potem, po krótkiej gimnastyce na świeżym powietrzu – ogarnął się nieco i zaczął przyglądać się uważnie swojej nowej towarzyszce. Mumua uśmiechnęła się do niego tak szeroko, jak tylko umiała i wtedy malarz, niewiele myśląc, zaczął przygotowywać sztalugę, płótno i blejtram. Postanowił, że niezobowiązująco namaluje portret krowy. Kiedy płótno było już naciągnięte na ramę i zagruntowane, stanął przed kulejącą krową, ustawił jej głowę tak, jak zwykł to robić ze swoimi modelami w pracowni i powolnymi pociągnięciami pędzla zaczął malować Mumuę. Było południe. Krowa cały czas stała grzecznie, nie przestępując nawet z nogi na nogę. Myślała, że malarz maluje jej całą sylwetkę, dlatego nie machała również ogonem, mimo iż wszystkie chyba muchy i gzy z okolicy przyleciały, by ją kąsać.

Malarz poruszał pędzlem z taką pasją, że nie czuł ani głodu, ani pragnienia, choć nie jadł nic od wczoraj, a i Słońce, mimo późnej już, popołudniowej pory – paliło niemiłosiernie. Zapomniał o całym bożym świecie, jak to malarz i teraz liczyła się dla niego tylko krowa.

Gdy skończył portret Mumuy, otarł pot z czoła i usiadł na ziemi. Krowa ostrożnie podeszła do płótna, przyjrzała się swojej podobiźnie z uwagą, uśmiechnęła się i zaryczała najgłośniej jak tylko umiała, co oznaczało, że bardzo się cieszy. Było to najpiękniejsze podziękowanie za obraz, jakie malarz kiedykolwiek usłyszał. Chciał wstać, by ją uścisnąć i ucałować, ale zachwiał się i upadł, straciwszy wszelkie siły. Krowa bardzo się przestraszyła i natychmiast zaczęła cucić malarza, liżąc go po twarzy swym szorstkim, krowim językiem. Jednak to nie pomogło. Było jej strasznie przykro, że nie może dać mleka malarzowi, którym jednocześnie mógłby się pożywić i napić. Była jeszcze na to za młoda. Dlatego zostawiła go samego i pobiegła ? kuśtykając – do najbliższego strumienia. Nabrała zimnej wody w pysk i szybko wróciła do malarza. Nachyliła się nad nim i wlała mu do ust wszystko, co przyniosła w pysku. Zrobiła tak jeszcze z kilka razy. Malarz wkrótce się ocknął i nabrał sił. Poklepał krowę po łatach, spakował swoje rzeczy, mokry jeszcze portret Mumuy przywiązał sznurkiem do jej grzbietu i ciągnąc ją jak pojmanego konia – wyruszył w drogę przed siebie. Jednak w przeciwnym kierunku niż tam, skąd przyszedł. Nie chciał dłużej zostawać we wsi, w której nie mógł liczyć nawet na kawałek chleba i kubek wody. A na swej drodze spotkał już wystarczająco dużo złych ludzi, by wracać do miejsc, w których oni żyli. Postanowił szukać dalej właściwego lokum dla siebie i dla swojej nowej towarzyszki niedoli.

Mumua szła za nim nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Wręcz przeciwnie ? szła z wielką ochotą. Cieszyła się z portretu i z tego, że wreszcie ktoś ją przygarnął. Czuła się tak, jakby miała swojego upragnionego pastuszka.

Wkrótce malarz zaprzyjaźnił się z Mumuą. Krowa nie odstępowała go nawet na krok, a on cały czas ją malował. Malował jej portrety, sylwetki, detale kopyt, ogona, studia postaci, a wkrótce zaczął ku swej radości komponować Mumuę jako element, uwielbianego przez siebie do niedawna tematu ? pejzażu. Poruszali się nieustannie na Zachód. Od wioski do wioski. Żyli z datków dobrych ludzi. Spali w lesie, na łąkach, a czasami nawet w oborach należących do życzliwych gospodarzy. Wkrótce Mumua dojrzała i zaczęła dawać mleko. Poczuła się wtedy jak prawdziwa, dorosła krowa, choć wciąż miała kompleks kaleki. Czuła się krową odrzuconą przez społeczeństwo.

Z czasem nazbierali tyle obrazów, że uniemożliwiały im one dalszą wędrówkę. Wtedy malarz postanowił iść do miasta na targ i spróbować sprzedać choć kilka płócien. Zostawił Mumuę nad wielkim stawem niedaleko dużego miasta, a sam udał się pieszo w jego kierunku, niosąc obrazy na plecach i pod pachą. Krowa pożegnała go machając mu ogonem na ?do widzenia? i wiernie czekała, aż wróci do niej. Kiedy go odprowadzała wzrokiem, myślała o tym, jak bardzo była szczęśliwa.

Malarz pojawił się nad stawem dopiero następnego dnia o świcie. W pierwszej chwili Mumua go nie poznała. Szedł w nowym kapeluszu, ubrany był w świeżą, płócienną koszulę, a na nogach miał piękne skórzane sandały. Najbardziej zdziwiło ją jednak to, że wrócił bez obrazów. Malarz milczał, jedynie uśmiechając się zalotnie do Mumuy, ale ona domyśliła się, że jej towarzysz sprzedał wszystkie dzieła na miejskim targu.

Od tego czasu wiodło im się coraz lepiej. Za zarobione znów, na sprzedaży płócien, pieniądze – malarz kupił swojej krowie piękną srebrną obrożę, kunsztowny dzwonek i szczotkę do higieny osobistej, z prawdziwego końskiego włosia. Sam uwielbiał ją szczotkować i myć raz w tygodniu, po wieczornym dojeniu. Opiekowali się sobą nawzajem, darząc się wielką miłością.

Ptaki, jeże, bociany, zające i inne zwierzaki – patrzyły na nich z podziwem, zazdroszcząc krowie i malarzowi, że stanowili tak udaną parę. I ich szczęście trwałoby nieprzerwanie, gdyby nie fakt, że dzieła malarza stawały się coraz bardziej popularne, a wieść o nim rozchodziła się w kraju coraz szybciej. Obrazy przedstawiające piękną krowę sprzedawano na aukcjach za wielkie sumy. Znani kolekcjonerzy sztuki chcieli mieć w swoich zbiorach tak odkrywcze w tamtych czasach portrety wiejskiej krowy, namalowane w naturze. Wkrótce zaczęto składać u malarza zamówienia na rysunki tuszem, węglem, pastele, a nawet drzeworyty. Coraz częściej zostawiał ją więc na łąkach, polach i w lasach, a sam udawał się do miasta. Bawił się tam całymi dniami i nocami w najlepszych restauracjach, hotelach i nocnych klubach. Bywał w wielkich salonach i domach znanych ludzi. Wracał z miasta nieraz po tygodniu, a nawet po dwóch, nic nie mówiąc. Mumua jednak zawsze wiernie czekała na niego w miejscu, w którym ją zostawił.

W ten sposób odsunął się od niej w znacznym stopniu, dbając tylko o siebie, swoje ubrania i rozrywki. Ona go jednak wciąż kochała, tak jak przedtem; jak wtedy, gdy zabierał ją z tamtej wsi, w której wszyscy od zawsze nią pomiatali – głodny, bezdomny i zafascynowany jej urodą. Dlatego było jej niezmiernie przykro, gdy nagle przestał ją całować, uśmiechać się do niej, doić ją i pielęgnować oraz przynosić drobne prezenty. Aż wreszcie przestał w ogóle ją malować.

Teraz Mumua spodziewała się najgorszego ? spodziewała się, że malarz wkrótce ją opuści i zamieszka w mieście, gdzie dla niej nie było nawet miejsca. Tak też niebawem się stało.

Gdy tylko przyszła zima i spadł pierwszy śnieg, malarz po prostu się spakował i bez pożegnania z krową ruszył w kierunku miasta. Załamana tą sytuacją Mumua poszła za nim, brodząc w głębokim śniegu. Malarz szedł szeroką aleją lipową, prowadzącą prosto do wielkiego miasta. Jego krowa szła tuż za nim ? bo jej miejsce było właśnie przy malarzu. Pomimo tego, że on już jej nie kochał, chciała mu pozostać wierną aż do końca.

Kiedy zbliżyli się do granic miasta, malarz próbował zmusić krowę, by została w tamtym miejscu i nie szła dalej za nim. Ale Mumua nie wyobrażała sobie życia bez malarza i nie potrafiła się z nim rozstać. Dlatego za każdym razem, gdy się odwracał od niej i szedł dalej – ruszała za nim, co wkrótce zaczęło go irytować, męczyć i denerwować. Kiedy zbliżała się do niego, kuśtykając – podbiegał do niej i krzyczał jak niegdyś to robili ludzie z zabudowań wiejskich, którzy przeganiali ją ze swych podwórek. Mumua poczuła się strasznie samotna. Jednak to nie był jeszcze koniec tej smutnej historii, życia i miłości pewnej krowy.

Gdy doszli do tabliczki z nazwą miasta, malarz zatrzymał się niespodziewanie, położył na śniegu swój tobołek, spojrzał na nią pustym wzrokiem i szybko jej nakazał odejść, pokazując kierunek palcem. W mieście, w którym chciał zamieszkać, nie było bowiem dla niej miejsca. Nie wyobrażał sobie zresztą, by mógł z nią jeszcze dalej żyć, teraz, gdy był bogaty, gdy stać go było na nowe M-4 w blokach, samochód i własną pracownię. Wkrótce miały mu również pozować najpiękniejsze modelki w mieście. Dlatego postanowił szybko pozbyć się swojej krowy. Mumua jednak wciąż stała wpatrzona w swego wybawcę, opiekuna i ukochanego. Miała smutny wzrok – pełen tęsknoty, żalu i rozpaczy. Z jej wielkich, czarnych oczu popłynęły po chwili duże, krowie łzy.

Ale Malarz w ogóle się nimi nie przejął. Wręcz przeciwnie ? zaczął lepić kulki ze śniegu i rzucać nimi w Mumuę. Biedna krowa schyliła się i usiadła na śniegu pośrodku alei, podwijając pod siebie swoje schorowane nogi. Malarz zaś zarzucił na ramię swój tobołek i ruszył w stronę miasta, przyspieszywszy kroku. Za każdym razem, gdy się odwracał, by sprawdzić czy krowa jeszcze za nim idzie ? Mumua patrzyła na niego; patrzyła na oddalający się coraz bardziej punkt na widnokręgu, jak na kres swojego życia. Z żalu i rozpaczy pękało jej wielkie, krowie serce. A malarz obejrzał się jeszcze kilkakrotnie, zawsze zdziwiony tym, że jego krowa cały czas siedzi tam, gdzie ją zostawił. Przez moment nawet miał wyrzuty sumienia, że rzucał w nią kulkami, jak kamieniami w bezdomnego psa ? przybłędę, którego nie chce się przygarnąć.

Gdy krowa znikła mu za horyzontem, przestał już o niej myśleć, choć scena obrzucenia Mumuy kulami śnieżnymi śniła mu się do końca życia i powracała często jak najgorszy koszmar. Malarz budził się wtedy przerażony i nie mógł sobie podarować, że rozstał się z nią w tak okropny sposób…

Mumua już nigdy się z tamtego miejsca nie ruszyła. Zamarzła kilka godzin po tym, jak malarz zostawił ją samą na mrozie. Przysypał ją bielutki, świeży śnieg i wyglądała zupełnie jak baranek wielkanocny z cukru. Po prostu: zasnęła; zapadła w nieskończony sen zimowy.

Podobno była to najsroższa zima w całej historii tego kraju. Nic więc dziwnego, że Mumuę znaleziono dopiero na Wielkanoc, gdy już stopniały wszystkie śniegi. Nikt jednak nie rozpoznał w niej tej słynnej krowy ze znanych rysunków i obrazów.

A malarz wtedy całkiem już zwariował. Chodził z dzwonkiem na szyi, od czasu do czasu ryczał jak Mumua i ciągle powtarzał, że: ?człowiek to najgorsze zwierzę jakie tylko żyje?. A do śmierci malował jeden jedyny motyw – zachód słońca nad blokami… Nikt jednak tych obrazów nie kupował. W pamięci wszystkich pozostała bowiem mała, uśmiechnięta krowa.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...
Historia, życie i miłość pewnej krowy, 9.0 out of 10 based on 1 rating
Podaj dalej:
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Google Buzz
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Pinger
Get Adobe Flash player