-
Czary Mary
No CommentsArkadiusz Jadczak
Dla Piotra Millati
Autokar marki ?Lwów?, należący do Uniwersytetu Grodzieńskiego, ruszył sprzed ponurego gmachu filologii polskiej i skręcił w ulicę Orzeszkowej. Pijany stróż zdążył jeszcze pomachać uśmiechniętym dziewczynom rozcierającym ciepłymi dłońmi zaszronione szyby, a potem wrócił do pracy. Był chłodny wrześniowy poranek. Kilkanaście minut po szóstej. Wewnątrz autokaru siedziało dwadzieścia studentek starszych lat polonistyki, które jechały na dziesięciodniowy staż do Polski w ramach współpracy z Uniwersytetem Gdańskim. Za dwa dni, tym samym autokarem, mieli przyjechać do Grodna studenci z Trójmiasta. Tymczasem starodawny mobil przypominający złamane w połowie cygaro, podążał w kierunku rogatek miasta. Kierowca musiał gazować. Nie mogli się bowiem spóźnić – autokar miał dojechać do granicy między siódmą trzydzieści a siódmą czterdzieści. W tym czasie otwarty był dla nich tak zwany korytarz, który załatwiły władze białoruskiej uczelni. W innym wypadku trzeba było stać w długiej kolejce nawet do siedemdziesięciu godzin.
Kierowca-zmiennik poprosił opiekunkę grupy – panią profesor Tichomorową – o kartkę z numerem kodu, który musieli przedstawić w celu identyfikacji. Zmarznięta kobieta podała zwitek papieru i szybko włożyła ręce do kieszeni płaszcza. Ogrzewanie nie działało. Mężczyzna widząc w lusterku trzęsące się dziewczyny postanowił je rozgrzać swojską muzyką. Włączył magnetofon. Z charczących głośników popłynęła rześka melodia. Wadim Kazaczenko, ?Błagasławi…? – białoruskie disco. Studentki z czasem podłapały rytm skocznych piosenek. Tichomorowa wyjęła ?Granicę? Nałkowskiej i zaczęła czytać. Po kilku minutach jednak odłożyła książkę, bo nie mogła przewracać kartek zmarznięta dłonią i od zawodzenia Kazaczenki rozbolała ją głowa. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu Słońca. Wymalowane na biało wnętrze autokaru przypominało starą radziecką lodówkę.
Przed siódmą dojechali do strefy granicznej. Po pierwszej kontroli pozwolono im jechać lewym pasem. Mijali dziesiątki autokarów i samochodów osobowych. Oczekujący ludzie stali na poboczu i grzali się przy płonących ogniskach. Sytuacja na granicy była zaostrzona od ponad tygodnia, kiedy to białoruska milicja pobiła polskiego kierowcę TIR-a. Milicjanci chcieli mu wstrzyknąć ?nieznaną substancję? pod pozorem badania krwi. Wyciągnęli go z szoferki i pobili. Przynajmniej tak twierdził kierowca, któremu udało się uciec w samych skarpetkach na polską stronę. Coraz więcej Białorusinów wywoziło też spirytus na handel do Polski. Takimi ?spirytwozami? były najczęściej babcie obwieszone torebkami foliowymi wypełnionymi czystym alkoholem. Jednak i sporo młodych ludzi z Grodna wyjeżdżało do ?rodziny? w Białymstoku. Studenci dorabiali w ten sposób do głodowego stypendium, które wynosiło, w przeliczeniu z rubli na międzynarodową walutę: dwa i pół dolara.
Przy drugiej kontroli milicjant bacznie przyglądał się wychudzonym dziewczynom, po czym machnął wymownie ręką i wskazał posterunek pograniczników tuż przed szlabanem. Dochodziła siódma trzydzieści. Służby graniczne sprawdziły niezbędny kod, paszporty i autokar ruszył niewidzialnym ?tunelem?. Celnicy również nie mieli żadnych zastrzeżeń. Dopiero Polacy zainteresowali się bliżej zawartością parcianych toreb ułożonych w tyle wozu.
- Co to jest? – spytał młody polski celnik Tichomorową, zaciągając ?po rusku?.
- Skorupy.
- Jakie skorupy? – widać było, że celnik się zdenerwował. – Władek! – krzyknął do starszego kolegi stojącego tuż przy kierowcy – Dawaaj tu! To chyba handlary sztuki, a nie żadne tam polonistki.
- Pan da spookój – mówiła błagalnym głosem opiekunka dziewczyn. – To suweniry dla polskich studentów. – One jadą na praktyki lingwistyczne, a nie żaden tam handel – i pokazała ręką na przestraszone, niewinne twarze, sine od porannego chłodu.
Celnicy wyciągali z toreb kolejne dzbanki i filiżanki z gliny kupione przez Białorusinki ?za grosze? w jednym z grodzieńskich sklepów. Wszystkie skorupy były podobne do siebie i jednakowo kiczowate. Oprócz wyrobów z gliny wewnątrz pakunków były jeszcze szklane naczynia i wazony owinięte w gazety. Również bez żadnej wartości. Mężczyźni zerknęli na siebie porozumiewawczo, po czym Władek ruszył do wyjścia. Młody celnik spojrzał jeszcze podejrzliwie na Tichomorową i upuścił szklaną wazę na metalową podłogę autokaru. Potłukła się na kilkadziesiąt kawałków.
- O, przepraszam – powiedział śmiejąc się pod wąsem i wyszedł z samochodu.
Po kilkudziesięciu sekundach byli w Polsce. Dziewczyny wrzeszczały z radości i dopiero muzyka, która popłynęła z głośników, zagłuszyła ich piski. Obrali kurs na Białystok, potem: Łomżę, Ostrołękę, Olsztyn i Elbląg.
Zaczęło padać. ?Lwów? mknął przez pojezierza niczym spalinowa łódź podwodna. Głośna muzyka rosyjska grała na przemian z ?Radiem Zet? przez całą podróż.
Kiedy dojeżdżali do Trójmiasta, po prawej stronie migały białe światła Rafinerii Gdańskiej. Setki białych punkcików wisiało w powietrzu tak, jakby ta solidna konstrukcja nie miała szkieletu. Całość przypominała raczej stację kosmiczną albo kazachskie miasteczko Bajkonur nocą. Po dwunastu godzinach wyczerpującej jazdy byli na miejscu. Zakwaterowano ich w Domu Studenta w Gdańsku mieszczącym się przy Podwalu Przedmiejskim. Ten dziesięciopiętrowy punktowiec – zwany przez studentów ?Hilton?, jak się szybko dowiedziały – ?jest centrum rozpusty i pijaństwa, a także ośrodkiem przyśpieszonej edukacji seksualnej dla młodzieży z prowincji?. Zgorszyło je to nieco, bowiem pamiętały co powiedziała kiedyś anonimowa uczestniczka telemostu Moskwa-Los Angeles ? ?W Związku Radzieckim seksu nie ma? i mimo, że Związku Radzieckiego nie ma, seks dla nich wiązał się jedynie z naturalną reprodukcją.
Nad ranem, zgodnie z programem stażu przygotowanym przez stronę polską, miały być powitane przez pracowników uniwersytetu i poinformowane o programie praktyk. Powiedziano im tylko, że będzie się nimi opiekować młody asystent z filologii polskiej, który pojawi się w akademiku jutro około dziewiątej. A potem wszystkie przestraszone rozeszły się do swoich pokojów.*
W pobliżu dworca kolejowego ?Gdańsk Główny? wiał silny, chłodny wiatr. Szare i gęste chmury pędziły od morza w kierunku Starego Przedmieścia, niczym wielkie okręty gnane przez sztorm do najbliższego portu. Filip – mimo iż od dwóch dni opiekował się Białorusinkami – nie zamienił z nimi ani jednego słowa prócz oficjalnego powitania na początku i starannie wymawianych co rano, odpowiednio akcentowanych: ?Dzień dobry?. Cierpiał. Na jego twarzy rysowała się złość i pragnienie jak najszybszego rozstania z grupą dziewczyn, które ku jego przerażeniu – mówiły cały czas po polsku. Z zewnątrz musiało wyglądać to tak, jakby oprowadzał wiejską wycieczkę z okolic Ostrołęki, ewentualnie Turku bądź Leszna. Ludzie dookoła patrzyli na nich i śmiali się do rozpuku.
Filip Zauważył, że Tichomorowa próbowała nawiązać z nim jakiś kontakt – raz poprzez wymowne, długie spojrzenie, za drugim razem wysyłając do niego sztuczny uśmiech w kolorze tandetnej szminki rouge. Szybko się jednak odwrócił, udając, że wypatruje wzrokiem nadjeżdżający autobus. Zbierał wszystkie swoje siły i myśli, zupełnie jak przed pierwszym wystąpieniem na seminarium doktoranckim – by móc wymienić choć nazwę miejsca, do którego chciał je dziś zabrać. Dobrze wiedział, że dla dziewczyn główną atrakcją były sklepy. Obserwował z jaką radością kupowały pączki i słodkie bułki w przydrożnych budkach albo przejściach podziemnych. Z wielką satysfakcją podsłuchiwał ich wrażeń z popołudniowych wizyt w domach towarowych. Przez moment nawet sprawiało mu to satysfakcję, że komuś może podobać się coś, do czego on dawno już przywykł i czym od zawsze gardził. Postanowił jednak, że skoro już jest zmuszony opiekować się nimi a z drugiej strony, w przypadku jakichkolwiek zaniedbań ? narażony na naganę profesor Czubakowej, swojej promotorki, a jak się wczoraj okazało, przyjaciółki Tichomorowej jeszcze z lat studiów ? to będzie zabierał dziewczyny na wycieczki do miejsc szczególnie przez siebie ukochanych albo dawno nie odwiedzanych. Dlatego przyszedł z nimi na ten przystanek, z którego odjeżdżał najdziwniejszy autobus w całym Trójmieście.
Pojedziemy na wyspę, żeby zobaczyć rezerwat ptaków
przemówił wreszcie i wszystkie dziewczyny ucichły, kierując swój wzrok na niego. – Potem przejdziemy plażą jakieś trzy kilometry i wrócimy do miasta tym samym autobusem. Bilety już kupiłem. ? Sam dziwił się, że powiedział aż tak dużo i zdobył się na tak banalny gest, jakim było pokazanie im bloczka biletów. Niby po co? I tak chyba nie były tym zainteresowane.
Białorusinki słuchały go jak roboty. Wystarczyło, że kiwnął jednym palcem, a one wykonywały natychmiast jego rozkaz. Wystarczało jego jedno słowo. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości albo przeciwnie: wiele pytań i szereg wątpliwości. Zależało to może od tego czy dziewczyny rejestrowały tylko biernie swoimi małymi oczami to, co widziały dookoła, czy też postrzegały wiele, aktywnie uczestnicząc w biegu wydarzeń i jedynie brakowało im odwagi, by przemówić do małomównego, zgorzkniałego Polaka…
Podczas zajęć które prowadził zarówno na studiach dziennych jak i zaocznych zauważył, że studenci milczą przeciętnie od pół godziny do godziny, bez przerwy wpatrując się w niego jak w pustą, szklaną tablicę. Zastanawiał się, czy to jego wina czy też oni może nie mają nic do powiedzenia. Po pewnym czasie odkrył jednak, że nawet jeśli wziął winę na siebie i zaczął wyciągać jakiekolwiek informacje od nich – oni i tak nie mieli mu nic do powiedzenia. Spróbował więc porozumiewać się z nimi za pomocą pisma. Zupełnie jak z głuchoniemymi. Jednak niewiele osób przynosiło prace na temat przeczytanych tekstów literackich, a ci, którzy je przynosili, zrzynali całe rozdziały z różnych opracowań i wstępów do wydań Biblioteki Narodowej. Zaoczni byli jeszcze gorsi i bardziej bezczelni. Potrafili powiedzieć mu w twarz, że niczego nie będą czytać. Nienawidził ich.
Wreszcie podjechał autobus. Filip spojrzał w kierunku zwartej gromady stojącej przy wiacie i wskazał ręką drzwi wozu, jakby zapraszał pasażerów na pokład samolotu. Dziewczyny z uśmiechem na ustach weszły do środka, a on, mając już w odruchu wchodzenie jako ostatni, z racji płci – do wszelkich pomieszczeń wydziału filologicznego ? wskoczył za nimi. Dopiero teraz szybko przeliczył studentki. Razem z Tichomorową było ich dziewiętnaście.
- Czy coś nie w porządku? ? spytała pani profesor.
- Nie ma dwóch dziewcząt ? odparł Filip.
- Kogo brakuje? ? Tichomorowa zaczęła rozglądać się nerwowo we wnętrzu czerwonego Ikarusa.
- Nie ma Tatiany Balieki i Olesi Pszałkowej – odpowiedziała po chwili któraś ze studentek.
W pierwszej chwili, kiedy kasował bilety – nieobecność dwóch osób nie zrobiła na nim większego wrażenia. Później, podczas długiej jazdy autobusem linii 112 – zaczął się zastanawiać, dokąd udały się dwie nieobecne Białorusinki. Podobno były jeszcze wczoraj wieczorem w akademiku. Tichomorowa też twierdziła, że widziała je zeszłej nocy na dole ?Hiltona?. Nie przestrzegała jednak surowej dyscypliny, sama załatwiając prywatne interesy i dziewczyny miały dość dużą swobodę w poruszaniu się po mieście jak i w przychodzeniu na zbiórki. Potrafiły przecież porozumiewać się po polsku, a wiele z nich wręcz czuło się Polkami. Być może gdzieś zabalowały.
Filip zaczął przyglądać się uważnie niektórym z białoruskich studentek. Były nieco zastraszone i całkiem spłoszone. Kiedy tak patrzył na nie ? nie odzywały się. Ich, już tak zaróżowione do przesady policzki, czerwieniały w mgnieniu oka. Dziewczyny były dość zgrabne, choć patrząc na Tichomorową i inne starsze kobiety zza wschodniej granicy, można było przypuszczać, że kiedyś i te młode, kształtne ciała zamienią się w podobne owale, bryły o bliżej nieokreślonych kształtach, a wszelkie szczegóły zginą w fałdach wielowarstwowych ubrań, maskujących niedoskonałość przekwitającej natury. Większość z przybyłych do Gdańska Białorusinek była blondynkami. Jednak kolor tych włosów nie przypominał koloru słomy, jak zwykło się mówić o włosach kobiet słowiańskich, lecz raczej przywodził na myśl barwę piasku z dna Jeziora Świteź. Był tak jasny, jakby jego pierwotną żółć rozcieńczyła krystalicznie czysta woda, podgrzewana wcześniej promieniami letniego Słońca. Wrażenie mogły tylko psuć srebrne i złote zęby, które błyszczały na tle wyszminkowanych ust, jak jakieś drogocenne brylanty. Niektórym mężczyznom, a raczej większości z nich mógł również nie podobać się mocny, wulgarny wręcz makijaż, za pomocą którego kobiety Wschodu poprawiały naturę od dobrych kilkudziesięciu już lat.
?A może w tym kulcie makijażu tkwiła również magia czerwieni? ? zastanawiał się Filip.
Widział, że dziewczyny spoglądały na niego i komentowały jego osobę. Czasami słychać było charakterystyczny chichot i wtedy domyślał się, że to właśnie on jest obiektem ich zabaw. Peszył go ich metaliczny uśmiech. Odwrócił się więc w kierunku okna i właśnie w tym momencie autobus mocno zahamował. Byli na miejscu.
Wysiedli na drewniany most, którym przedostali się na drugą stronę Martwej Wisły, a stamtąd ruszyli wolnym krokiem ulicą Nadwiślańską ku Górkom Wschodnim, skąd Filip zabrał ich do Rezerwatu Ptasi Raj. Na widok morza dziewczyny zapiszczały z radości i rozbiegły się we wszystkich kierunkach po plaży niczym mewy. Filip ruszył przed siebie ku wschodniej części Wyspy Sobieszewskiej, brodząc w nieco wilgotnym piasku. Chciał być przez moment sam. Miał tylko nadzieję, że dziewczyny trafią za nim po śladzie.*
Było już chyba bardzo późno, gdy zadzwoniła Tichomorowa. Filip poderwał się z łóżka jakby obudził się z nocnego koszmaru. Pani profesor miała wystraszony głos. Wpierw przeprosiła, że dzwoni prawie w środku nocy, a potem szybko oznajmiła o swoim niepokojącym odkryciu.
Wciąż nie ma tych dwóch dziewczyn, które nie pojechały
z nami na wycieczkę. A przed chwilą odkryłam, że brakuje kolejnych czterech studentek.
- Kogo dokładnie? ? spytał nieprzytomny, zdając sobie po sekundzie sprawę z tego, że teraz nie ma to w ogóle znaczenia.
- Żanny, Poliny, Nairy i Swietłany z pokoju numer…
- Dobrze ? przerwał jej raptownie ? więc co robimy?
Była nieco zbita z tropu. Słychać było tylko jej niespokojny oddech, tak jak w głuchych telefonach.
- Może poznały kogoś w mieście? Poszły się zabawić?
- Zabawić? Pan żartuje chyba ? odezwała się wreszcie. – Dostały raptem po trzydzieści złotych! Poza tym mają przecież tu co robić. Wycieczki, wszystko opłacone, obiady w stołówce…
- To jeszcze młode dziewczyny. ? Tym razem on nie wiedział, co powiedzieć.
- No właśnie. I dlatego zaczynam się o nie martwić…
- Mam dzwonić na Policję, czy może do profesor Czubakowej?
- Pani profesor Czubakowa już o wszystkim wie. Dzwoniłam do niej przed chwilą – oznajmiła sucho.
- Poczekajmy do rana ? zdecydował. Przyjadę prosto do ?Hiltona?.
- Gdzie? ? spytała zdezorientowana.
- Do akademika. Tam, gdzie wszystkie panie śpicie.
- Dobranoc, proszę już się nie martwić. Do zobaczenia! ? Odłożył słuchawkę, zbytnio się nie przejmując tym, czy Białorusinka jeszcze coś do niego mówi.
Położył się z powrotem do łóżka, ale mimo późnej pory i zmęczenia nie mógł zasnąć. Znów zaczął się zastanawiać, co mogło stać się z szóstką zaginionych studentek. ?Zaginionych? ? śmiał się sam z siebie.
?Poznały jakiś absztyfikantów w mieście i nieźle się teraz bawią w jakiejś nadmorskiej dyskotece…? ? próbował wytłumaczyć tajemnicę ich zniknięcia.
Martwiło go tylko, że Czubakowa już o wszystkim wie i zacznie go oskarżać z rana o brak kontroli nad grupą gości z Białorusi. Miał się przecież nimi opiekować ? prawie cały czas, w dzień i w nocy. Tymczasem już sześć dziewczyn z dwudziestu uskuteczniało albo handel towarem przemyconym zza granicy albo właśnie handlowały swoim ciałem… Wolał jednak nie dopuszczać myśli, że naprawdę mogło przydarzyć się coś złego, choć w Trójmieście o to nie tak trudno. Odwrócił się na drugi bok i zasnął.Śniło mu się, że wylądował z grupą dziewczyn w tajemniczych lasach wokół Rzeki Raduni, niedaleko Pręgowa. Chciał im pokazać piękno tutejszego krajobrazu. Znał wszystkie ważniejsze trakty, ścieżki i stegny, którymi nieraz wędrował z przyjaciółmi. Jednak po kilkunastominutowym spacerze ze studentkami zgubił się w lesie. Niespodziewanie zaczęło się robić ciemno. Dziewczyny były wystraszone. Zbiły się w jedną grupę i trzymając za ręce wraz ze swoją opiekunką, wolnym krokiem podążały za Filipem. Denerwowało go to, więc zaczął im dokuczać, opowiadając przerażonym Białorusinkom historie o Stolemach, istotach ludzkich olbrzymiego wzrostu, które ponoć zamieszkują te okolice. Dziewczyny piszczały ze strachu, a on, pomimo że wciąż błądził w lesie ? dobrze się bawił. Wyznał im także, że tutejsi kawalerowie porywają młode dziewczęta, zdobywając w ten sposób przyszłą żonę. Miał przy tym niezły ubaw, ale zdziwił się jednak i nieźle wystraszył, gdy na wąskiej ścieżce minął ich wędrowiec-guślarz grający na piszczałce. Ubrany był w przykrótkie czarne buksy i dziurawy kłobuch, zupełnie jakby przybył tu z minionej epoki. Oczy świeciły mu się jak wielkiemu kocurowi i szedł jak stary fakir. Guślarz minął ich jak gdyby nigdy nic ? w ogóle nie zwracając uwagi na grupę ponad dwudziestu osób kłębiących się na ścieżce. Nie zareagował również na głos Filipa, który krzycząc, pytał go o drogę. Filip znał tutejsze legendy o Stolemach, krasnoludkach i rusałkach, lecz nigdy nie spotkał na własne oczy tak dziwnej postaci. Ze wszystkich kaszubskich podań najbardziej lubił to o Dzikiej Małgosi, księżniczce babie-chłopu, która ponoć jeździ na koniu ubrana w czarne stroje i poluje z łukiem w ręku na wszystko, co się rusza. Ta postać podobała mu się dużo bardziej od smutnych dziewic zamieszkujących pałace w głębinach okolicznych jezior. Zamyślił się przez chwilę, próbując sobie przypomnieć jakieś inne straszne postacie znane tutejszym ludom, gdy nagle przestał słyszeć piski i jakiekolwiek odgłosy swoich podopiecznych. Obejrzał się i znieruchomiał ze strachu. Na tle srebrzysto połyskującej tafli jeziora, którego nigdy wcześniej tu nie widział – ujrzał w świetle Księżyca dwadzieścia jeden pni w kształcie Białorusinek. Wszystkie zostały przemienione w drzewa, jednak były to drzewa już dość stare i spróchniałe. Długo się nie zastanawiając, zaczął uciekać jak najdalej od jeziora. Drzewa goniły go, potwornie przy tym skrzypiąc i jednocześnie rozsypując się na kawałki. Filip biegł jak tylko mógł najszybciej. Obejrzał się za siebie tylko dwa razy. Za trzecim razem widział już tylko ciemność, po czym przewrócił się na ziemię. Gdy się obudził, leżał na podłodze obok swojego łóżka.
*
Gdy ujrzał nad ranem Białorusinki w ich pokojach w ?Hiltonie?, dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo są to zaniedbane – młode kobiety. Filip dokonał szybkiej inspekcji grupy, biegając od drzwi do drzwi wraz z Tichomorową. Dla ułatwienia, pani profesor pytała dziewczyny o stan w poszczególnych pokojach w ich ojczystym języku. W tym czasie Filip przyglądał się zahukanym studentkom zza granicy. Wszystkie nosiły niemodne szlafroki, przybrudzone i nieco wymięte podczas podróży. Bez makijażu dziewczyny prezentowały się okropnie. Ich ziemista cera nie wyglądała najzdrowiej. Nawet włosy, którym wcześniej poświęcił więcej uwagi, wydały się teraz popielate i nieciekawe. Przypomniała mu się rada, którą dawała mu jego matka, gdy jeszcze nie miał żadnej dziewczyny: ?Kobiecie przyglądaj się zwłaszcza z rana, zaraz jak się obudzi?. Dużo w tym było prawdy. Cienie dziewczyn poruszały się jakoś leniwie i ociężale wśród rozrzuconych sprzętów na podłodze. Przy łóżkach walały się skorupy i różne paczki ? niektóre jeszcze nie rozpakowane z gazet. W pokojach panował straszny zaduch. Podczas tej rannej inspekcji czuł się jak doktor na obchodzie w jakimś podrzędnym szpitalu.
W toku tego ?dochodzenia? okazało się, że nie brakuje sześciu Białorusinek – jak oznajmiła mu to w nocy przez telefon pani profesor, ale aż siedmiu dziewcząt. Tichomorowa była wściekła. Dwa razy podniosła nawet głos i nakrzyczała na swoje studentki. Filipa jednak zaciekawił fakt, że tym razem znikła tylko jedna Białorusinka. Przeczyło to jego wcześniejszym podejrzeniom, że dziewczyny odłączały się od grupy parami. Teraz nawet kojarzył twarz tej, która znikła jako ostatnia. Miała najdelikatniejsze rysy spośród wszystkich studentek. Musiała wyjść z ?Hiltona? jeszcze w nocy. Tylko po co?
Po kilku minutach pojawiła się na korytarzu Czubakowa. Rzuciła Filipowi groźne spojrzenie, wysłuchała najświeższych wiadomości od Tichomorowej, po czym szepnęła jej coś na ucho. Podeszły do niego, a następnie odwróciły się w kierunku dziewczyn, które prawie wszystkie stały w otwartych drzwiach do swych pokojów, trzęsąc się trochę od porannego chłodu wypełniającego korytarz akademika, a trochę ze strachu przed swoimi opiekunami. Pierwsza odezwała się Czubakowa. Przypominało to trochę apel poranny.
- Na dziś zaplanowana była wycieczka do Malborka, a wieczorem spacer po Sopocie. W związku jednak ze zniknięciem waszych koleżanek, postanowiliśmy wspólnie odwołać cały program na dzień dzisiejszy i zaczekać z jego realizacją do ich szczęśliwego, mam nadzieję – powrotu. Jesteśmy głęboko zaniepokojone postawą waszych koleżanek, które nie zostawiwszy żadnych wiadomości ani nie przekazawszy żadnych informacji – oddaliły się od grupy narażając nas na niepokój i zmartwienia. ? Chwilę odetchnęła.
Na jej twarzy widać było nerwowe plamy.
- Myślałam, że studentki uniwersytetu są na tyle dorosłe, że można je zostawić same, nawet w obcym państwie. Okazuje się jednak, iż dużo wam jeszcze brakuje do dorosłości i odpowiedzialności. Mam nadzieję, że wasze koleżanki szybko się znajdą i podobna sytuacja już więcej się nie powtórzy. Zatem macie dziś czas wolny.
Filip rozpoznał jej charakterystyczny, podirytowany ton wypowiedzi, z którego słynęła na całym wydziale. Mówiła z typową dla siebie elokwencją. Nie chciał już dłużej słuchać tych belferskich uwag. Nie pałał wielką sympatią do białoruskich studentek, ale nie chciał też, by patrzyły na niego jak na typowego belfra, który wykorzystuje przewagę i stawia się ponad grupą nawet w tak prostych, zwyczajnych relacjach i sytuacjach. Złapał się więc na tym, że woli trzymać ich stronę i tak naprawdę chce się czegoś o nich dowiedzieć.
Gdy przemawiała profesor Tichomorowa, podszedł do pierwszej z brzegu Białorusinki i zapytał ją jak nazywa się ta dziewczyna, która znikła dziś w nocy.
- Inna Wieriemiejczyk ? odpowiedziała przestraszona.
- Wiesz, gdzie można jej szukać? ? Próbował się uśmiechnąć.
- Wiem tylko, że poszła do miasta tak, jak wszystkie inne ? wyszeptała.
- Ale po co?
Dziewczyna już nic więcej nie powiedziała. Odwróciła wymownie głowę w stronę Tichomorowej, udając, że słucha tyrad swojej pani profesor. Jej koleżanki spojrzały za to na niego dość groźnie.
Zrozumiał doskonale ten gest i wycofał się na swoje miejsce. Powiedział tylko Czubakowej na ucho, że skoro ma dziś wolne, to może pójdzie już do biblioteki popracować nad nowym artykułem, a po drodze, rzecz jasna, będzie rozglądać się w poszukiwaniu Białorusinek. Zwróciła się tylko do niego swym grubym głosem:
- Dla pana byłoby też lepiej, gdyby one się odnalazły.*
Filip kręcił się już dobrą godzinę po Nowym Porcie. Przez moment nawet zastanawiał się czy może nie przeprawić się na drugi brzeg, do Twierdzy Wisłoujście, ale znał tam już prawie każdy kąt, z bocznicą Siarkopolu włącznie. Już jako dzieciak zbierał tam krystaliczną siarkę, by potem ją podpalać i w jej kwaśnych, trujących oparach męczyć wszystkie znalezione owady.
Wybrał więc tę obskurną dzielnicę Gdańska, w której czuł się jakoś nieswojo i obco, ale mógł za to jeszcze doszukiwać się tu rzeczy i zjawisk nieznanych, co prawda narażając się na niebezpieczeństwo ze strony jej mieszkańców. Skręcił z nabrzeża promowego w Starowiślną i udał się w kierunku Kanału Portowego. Pomyślał, ze może powinien spacerować właśnie w tej okolicy, gdzie łatwo o mętów, marynarzy i żuli, dla których to właśnie naiwne, młode Białorusinki były łatwo dostępnym kęsem. Miał tylko nadzieję, że one tu nie trafiły. Nie miał pewności czy ich zniknięcie to jakaś poważna sprawa czy raczej głupi wybryk i chęć zagrania mu na nosie. Tym bardziej coraz bardziej zależało mu na rozwikłaniu tej zagadki.
Po pięćdziesięciu metrach marszu postanowił iść aż na przystań promową na Nabrzeżu Ziółkowskiego, skąd odchodzą promy do Szwecji i Finlandii.
?Że też wcześniej na to nie wpadłem? ? miał do siebie żal. ?Przecież mogą w tak łatwy sposób uciec z Polski, o ile jeszcze tego nie zrobiły…?
Skręcił więc za ?Baltoną? w lewo i przyspieszył kroku, by jak najszybciej dostać się ulicą Oliwską na przystań PŻB. Kiedy tak szedł zamyślony, był prawie pewny, że jest na tropie dziewczyn.
Przed stacją kolejową skierował się do kapitanatu i już tutaj, po drodze, zaczął się przyglądać wszystkim ludziom w samochodach, które stały w kolejce do przystani. Byli to bogaci Polacy płynący do Szwecji, prawdopodobnie w interesach lub do rodziny oraz niedzielni turyści ze Sztokholmu, którzy przybyli do Gdańska, by dobrze pojeść i kupić bursztyny, a teraz zadowoleni – pozdrawiali z volvo swoje rodziny przez telefony komórkowe. Filip ruszył więc dalej.
Na przystani nikt nie chciał udzielić mu informacji czy któraś ze wskazanych przez niego po nazwisku Białorusinek wypływa dziś do Szwecji. Zrozumiał nawet miłą panią, która powiedziała mu, że listy pasażerów, którzy już opuścili Polskę, również są tajemnicą PŻB. Nie pozostało mu nic więcej jak tylko wracać do domu. Skorzystał jeszcze z aparatu telefonicznego i zadzwonił do profesor Czubakowej.
- Dobry wieczór pani profesor!
- Ach, dobry wieczór, to pan, panie Filipie… ? miała teraz wyjątkowo spokojny głos.
- Chciałem dowiedzieć się co z dniem jutrzejszym.
- Mam złą wiadomość. Być może to przedwczesny alarm, ale znikły kolejne trzy dziewczyny… Tym razem zabrały ze sobą wszystkie rzeczy, więc prawdopodobnie uciekły. To nic pewnego, ale jak dotąd ich nie ma w akademiku. Przed chwilą rozmawiałam ze swoją koleżanką, Tichomorową. Jest załamana. Mówiła, że jutro rano pójdzie na policję. Uważam, że w obecnej sytuacji to konieczność.
- Tak – powiedział to w taki sposób, jakby podświadomie zgadzał się ze swoją przełożoną, a myślami był już zupełnie gdzie indziej.
- Aha, niech pan na wszelki wypadek zapisze sobie ich nazwiska. Ma pan coś do pisania pod ręką?
- Już notuję. – Szybko wyciągnął z kieszeni zużyty bilet autobusowy i wkład do długopisu.
- Nadzieja Chyczmar, Oksana Antipija i Ludmiła Sakowicz. Gdybym wiedziała, że będą takie problemy z tymi dziewuszyskami, nie zaprosiłabym na ten staż nawet jednej z nich…
Filipa uraziło słowo ?dziewuszyska?, które w jej ustach zabrzmiało jakoś nieelegancko, niedojrzale.
- Zatem niech pan poczeka jutro w domu, do momentu aż sytuacja się wyjaśni. Zadzwonię do pana, tak czy inaczej. Nie ma sensu, by pan przychodził specjalnie do domu studenta. Tak więc proszę być jutro rano w domu. Dobranoc!
- Dobranoc ? odpowiedział beznamiętnie, po czym odwiesił słuchawkę na miejsce.
?No to zostały jeszcze tylko cztery polonistki…? ? zaśmiał się pod nosem.
Miał dosyć już tej paranoi i postanowił dać sobie na dzisiaj spokój z roztrząsaniem problemu studentek z Białorusi.
Opuścił budynek przystani promowej i udał się w kierunku Parku Brzeźnieńskiego. Nie lubił tej dzielnicy i części Zatoki, ale w obecnej chwili miał tu najkrótszą drogę na plażę. Powoli zmierzchało, ale Filip chciał się przejść nad morzem aż do nowego mola i stamtąd dopiero udać się do domu. Spojrzał na zegarek. Było po dziewiętnastej.*
- I tyko tyle pan pamięta?
- Tak, panie doktorze. Kilka minut po dziewiętnastej szedłem ulicą Przemysłową, potem skręciłem do Parku Brzeźnieńskiego i nagle w którejś z alei jakiś człowiek klepnął mnie w ramię. Pamiętam tylko, że się obróciłem i… to wszystko.
- I tak ma pan dużo szczęścia. Wstrząs mózgu, złamany nos i ogólne potłuczenia ciała. Choć jak przywieźli pana tutaj, wyglądał pan o wiele gorzej… ? Lekarz, około czterdziestki, najwyraźniej współczuł Filipowi. – Ale wybrał pan sobie okolicę na spacery…
Filip przez chwilę milczał. Nie chciał wdawać się z lekarzem w zbędne rozmowy.
- Jak długo tu poleżę, panie doktorze?
- Kilka dni musimy pana obserwować. Na razie proszę starać się nie wstawać z łóżka i nie wychodzić z sali. Może pan mieć lekkie zawroty głowy. Nawet mdłości. ? Lekarz zbadał jeszcze puls Filipa, przystawił stetoskop do jego klatki piersiowej i kazał głęboko oddychać. Potem przekazał jakieś uwagi pielęgniarce i wraz z resztą obchodu udał się do innego pacjenta.
Filip opuścił obolałą głowę na poduszkę i ciężko westchnął.
?Brakowało jeszcze tylko pobytu w szpitalu…? – Znał przecież Brzeźno i dobrze wiedział, że o zmroku lepiej tam się nie pokazywać. ?Co go tam więc pchnęło wczorajszego wieczora?? – Tym razem był wściekły tylko na siebie.
Gdy lekarze wyszli z sali, Filip zaczepił sąsiada z łóżka, które stało tuż przy groszkowej ścianie.
- Czy może pan mi powiedzieć w jakim szpitalu leżę?
Facet spojrzał na ?nowego? dość podejrzliwie, ale po krótkiej chwili odezwał się do Filipa.
- Szpital Miejski przy Jana Pawła, na Zaspie.
- Gorzej już chyba nie mogłem trafić… ? Filip zamruczał pod nosem.
- Czego kolego?
- Nic, nic. Sam do siebie mówię…
Sąsiad spojrzał się na Filipa jeszcze bardziej podejrzliwie niż poprzednio, a potem wrócił do rozwiązywania krzyżówek.
Wobec absolutnej ciszy, która zaległa w wieloosobowej sali i była nie do zniesienia już po minucie – Filipowi nie pozostało nic jak tylko zasnąć. Delikatnie obrócił się na mniej obolały bok i mimo, iż było dość ciepło, naciągnął pościel aż po brodę.Obudził się dopiero pod wieczór. Pamiętał, że pielęgniarka budziła go wcześniej i pytała czy będzie jadł, ale na jedzenie nie mógł na razie nawet patrzeć. Kolację postawiono mu już na wszelki wypadek na stoliku, nie pytając czy ma na nią ochotę. Odsunął mały talerz z suchą bułką i kawałkiem żółtego sera na bok. Sąsiad spod ściany cały czas rozwiązywał krzyżówki w świetle jarzeniowej lampki. W powietrzu było duszno i kwaśno od potu pacjentów. Filip miał gorączkę. Modlił się w myślach, by nikt przypadkiem go teraz nie odwiedził. Na pewno lekarz powiadomił rodzinę, ale przyjść może raczej tylko siostra Filipa, która w takich sytuacjach lubi wypróbowywać swoje czarodziejskie zaklęcia, amulety, kamienie szlachetne i kadzidła.
Wreszcie odezwał się ktoś w sali. Starszy człowiek spod okna zaczął narzekać na obsługę szpitala i w ogóle na sytuację w Polsce. Po chwili przyłączył się do niego ten od krzyżówek i wspólnie biadolili na rząd i polityków. Choć Filip był raptem drugi raz w życiu w szpitalu, były to, jak mu się wydawało, typowe rozmowy pacjentów w sali.
?Za chwilę zaczną ze szczegółami opowiadać sobie o swoich dolegliwościach, operacjach i zabiegach? ? pomyślał z obrzydzeniem.
Dlatego wyłączył się z towarzystwa i spróbował przypomnieć sobie co mu się wczoraj przydarzyło. Za nic nie mógł odtworzyć samej bójki. Nie wiedział kto i za co go uderzył, ilu ich było i gdzie dokładnie to się stało. Pamiętał tylko, że wszedł do parku… Zastanawiał się teraz czy przypadkiem nie był jednak śledzony przez kogoś, a napad nie miał związku z jego poszukiwaniami w obrębie portu? Długo się przecież tam kręcił, zaglądał tu i tam, wypytywał. Ktoś mógł go śledzić już znacznie dłużej… Lecz równie dobrze mogła to być tylko jego bujna wyobraźnia, która nieraz żywiła się zwykłymi przedmiotami, przypadkowymi osobami i prostymi sytuacjami. Zagadka zniknięcia Białorusinek nie dawała mu jednak wciąż spokoju.
Nagle zdał sobie sprawę, że kiedy wyjdzie ze szpitala, może już nie zobaczyć żadnej z nich. I znów zaczął się zastanawiać nad różnymi przyczynami tajemniczego zaginięcia dziewczyn. Poczuł, że jego gorączka się wzmaga. Zawołał więc pielęgniarkę, która przybiegła natychmiast do sali i po zmierzeniu temperatury zrobiła mu zastrzyk. Zimna ciecz, która wniknęła cienką strużką do jego ciała – powoli zaczynała działać. Uspokoił się i rozluźnił. Dwadzieścia minut później zapadł w głęboki sen.*
Trzeciego dnia pobytu w szpitalu zaczął chodzić. Stawiał drobne, ostrożne kroki i z wielką pedanterią przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Mimo, że czuł się wciąż obolały – zaczęło go to bawić. Czuł się bowiem jak dziecko, które uczy się chodzić. Dopiero teraz ujrzał korytarz oddziału chirurgicznego, na który go przywieziono cztery dni temu. W samym końcu korytarza były sale dla kobiet. Wyglądały bardziej kolorowo ze względu na różnobarwne szlafroki, w które ubrane były, w przeciwieństwie do mężczyzn ? pacjentki. Na twarzach rysował się jednak ten sam smutek i ból ? uczucia uniwersalne dla wszystkich chorych. Nie chciał, aby uznano go za jakiegoś podglądacza, więc zawrócił, zataczając duży łuk i właśnie w tym momencie wydało mu się, że w jednej z sal zobaczył znajomą twarz ? twarz jednej z Białorusinek, tej, którą pytał ostatnim razem na korytarzu ?Hiltona? o Innę, samotną zgubę. Dziewczyna jednak gwałtownie odwróciła się w kierunku okna i jednocześnie zamknęły się drzwi prowadzące do sali. Filip zapamiętał numer wyryty na drzwiach i ruszył zdecydowanie w kierunku pokoju pielęgniarek. Był tak podniecony, że zapomniał o bólu towarzyszącym jego krokom.
- Siostro ? zwrócił się do tej najmłodszej, która kilka razy już się do niego uśmiechnęła podczas wizyt i badań ? w sali numer dwadzieścia trzy leży taka młoda Białorusinka.
- Ooo, co, to Polki już panu się nie podobają ? odezwała się przełożona, po czym zaczęła chichotać, obnażając swe zepsute zęby.
- Pytam poważnie, to bardzo ważna sprawa.
- Ałła Osipewa z Grodna. Przywieli ją wczoraj w nocy ze Szpitala Akademickiego. Ma ostre zapalenie wyrostka i dwie poważne przepukliny do zaszycia. Za godzinę będzie miała zabieg. Do tej pory nie było wolnej sali operacyjnej. Jak zwykle. ? Przez chwilę patrzyła się obojętnie na Filipa. – Jest tu na jakimś stażu, czy stypendium…
Nie wiedział czemu nagle się uśmiechnął.
- A po co to panu ? mówiła wciąż ta młoda, miła siostrzyczka. – Zwykle nie udzielamy danych chorych obcym ludziom.
- Ach, bo tydzień temu zajmowałem się kilkunastoma studentkami z Białorusi i przed chwilą rozpoznałem tę dziewczynę. Tak tylko spytałem. Dziękuję bardzo za informacje. ? Filip zaczął się wycofywać z pokoju pielęgniarek jak pokonany z pola walki.
- Może to były też i te pozostałe, które tu mieliśmy ? powiedziała mimochodem ta starsza z brzydkimi zębami, zwracając się do swojej młodszej koleżanki.
- Które pozostałe? ? Filip zapytał z taką werwą, aż pielęgniarki się przestraszyły.
- Co pan, z UB, SB czy może z UOP?
- Proszę pani, to bardzo ważna sprawa. Kilka z tych dziewcząt znikło bez śladu z akademika! ? Filip podniósł nieco głos i najwyraźniej zrobiło to na siostrach wrażenie.
- Kilka dni temu mieliśmy tu cztery takie młode pacjentki z Białorusi. Jedna z nich niestety zmarła. Miała trzustkę w rozkładzie i jeszcze wiele innych, nie leczonych od dawna chorób. Doktor Rogalski aż podobno zdębiał jak ją otworzyli na stole. Te trzy też nie były najzdrowsze. Okazało się, ze mają skomplikowane zapalenia dróg rodnych, jedynie szczątki przydatków i przewieziono je do Szpitala MSW na ginekologię. To nie do pomyślenia jak można się zaniedbać i doprowadzić w takim młodym wieku do takiego stanu… ? Pielęgniarka była najwyraźniej zdegustowana tym, o czym mówiła. ? Lekarzy tam nie mają czy co…
- Z tymi Białorusinkami to ciekawa sprawa ? odezwała się niespodziewanie ta młodsza. ? Mam koleżankę na wewnętrznym w Szpitalu Wojewódzkim na Śródmieściu. Opowiadała mi wczoraj, że walczą o życie jakiejś studentki z Białorusi, która zgłosiła się tam z koleżanką, prosząc o kompleksowe badania i obserwację. Dziewczyna, ponoć całkiem ładna, pokazała skierowanie z przychodni studenckiej, no to ją przyjęli. Po dwóch dniach się okazało, że ma takie wrzody na żołądku, że traci większość krwi w wyniku krwawień wewnętrznych. Diabli wiedzą, czym oni je tam karmią. Biedne dzieciaki…
Filip wyszedł z pokoju o nic więcej już nie pytając. W głowie miał szum i wiele z rzeczy, które przed chwilą usłyszał ? nie docierały jeszcze do niego. Chciał jak najszybciej stąd wyjść.
?Właściwie dlaczego nie miałby tego zrobić teraz?? ? zastanowił się przez chwilę, po czym rozejrzał się po korytarzu i nie ujrzawszy nikogo z personelu – pchnął mocno drzwi z napisem ?Droga ewakuacyjna?.
Po chwili znalazł się na zewnątrz.
Był chłodny wrześniowy poranek, a ludzie jakoś dziwnie patrzyli się na jego pidżamę w grube, granatowe paski. Nie przejmując się nimi wsiadł bez zastanowienia w autobus 127 i pojechał do Oliwy, gdzie przesiadł się w kolejkę do Sopotu. Była to jedna z jego podroży, podczas których nic nie myślał…GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze