Jadczak.net Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

February 2012
M T W T F S S
« Oct    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Dom wieczności, dom życia…

      Arkadiusz Jadczak

      W miesiącu elul poprzedzającym Rosz ha-Szana, Szalom Asz wstał z grobu. Delikatnie odsunął na bok macewę i szybko uprzątnął kamienie zrzucone nieopatrznie z płyty nagrobnej na ubitą ziemię. Kiedy pochylił się raz jeszcze nad swoim grobem, dostrzegł w jego pustym wnętrzu małą, zardzewiałą kłódkę. I właśnie wtedy, gdy brał ją do ręki niczym najcenniejsze złoto albo mosiądz – uświadomił sobie, że już odszedł do drugiego świata, a ten dookoła, w którym kiedyś żył ? jest teraz zamknięty dla niego na kłódkę… Chwilę jeszcze się wahał, czy nie powinien lepiej wrócić na łono Matki Ziemi, z którego został wzięty przed czterdziestoma z górą laty, by jak nakazuje Księga – obrócić się w proch, z którego i tak wszyscy jesteśmy.
      Szalom Asz rozejrzał się dokładnie po kirkucie, ale nic dookoła nie wskazywało nadejścia Mesjasza. W okolicy panowała grobowa cisza.
      ?Żadnego znaku na niebie ni ziemi nie dał zatem Pan? – stwierdził ze smutkiem, w dopiero co otwartych oczach.
      Nikt prócz niego, dawno zapomnianego pisarza – nie zmartwychwstał. Nie widać było też, by na świecie zapanował pokój, a i sam Bóg milczał, czekając najwyraźniej na lepsze czasy i bardziej odpowiednią chwilę, by powołać wreszcie przed tron swój naród wybrany…
      ?Jeszcze za wcześnie, jeszcze nie pora, lecz póki co…? ? pomyślał zaskoczony Szalom i zaczął cieszyć oczy widokiem drzew brzemiennych o tej porze w różnoraki owoc.
      Po chwili złożył więc z powrotem zardzewiałą kłódkę do swojego grobu, otrzepał biały kitel z piachu, przeczytał kilka
      hebrajskich inskrypcji na kamiennych płytach, by poćwiczyć dawno nie używany język i ruszył zarośniętą ścieżką prowadzącą do bramy. Szedł na  Wschód, w kierunku świętego miasta Jeruzalem. Postanowił bowiem odwiedzić Kutno ? miasteczko, w którym niegdyś się urodził i wychował.
      Kiedy tak szedł i szedł, a droga była brudna i rozmiękła – długo myślał o wielkim grzechu, który właśnie popełnił. Gdy gładził swym wysuszonym palcem króciuteńkie wąsy, przypomniało mu się zdanie z Talmudu: ?Trzeba by zmarły wyzbył się doczesnych pragnień?. Tymczasem on, Szalom Asz, grzesznik, który naruszył własny grób – najzwyczajniej w świecie sycił oczy światem, niczym młody kochanek biegający po wiosennej łące. Odczuwał całym ciałem, jak droga go prowadzi do miasteczka. A w odzyskanej duszy czuł straszną tęsknotę.
      ?Tylko do czego, skoro nic już nie miał?? ? starał się odpowiedzieć racjonalnie na to pytanie.
      Tęsknił za dawnym domem i dawno minionym światem ? światem swojego dzieciństwa. I tak opuścił dom wieczności, by wstąpić na krótki czas do domu życia…
      Chcąc więc okazać skruchę za to przedwczesne zmartwychwstanie, zrobił po drodze dokładny rachunek sumienia, a potem pomodlił się o przebaczenie, odmawiając slichot.
      Ani się nie obejrzał jak dotarł do miasteczka. Wszedł w jego granice dokładnie tak, jak pewien samotny wędrowiec prawie przed stu laty ? z kijem w ręku, krocząc drogą wysadzaną lipami. I tak, jak wtedy ? choć była teraz inna pora roku – fruwały nad tą drogą czarne wrony. Lecz zamiast śniegu, pod ich czernią skrzydeł bielały jego siwe, gęste włosy. Szalom Asz zatrzymał się na chwilę i spojrzał przed siebie, jak tylko mógł ? najdalej, przemawiając głośno:
      - Błogosławiona Matka Ziemia, która nosi na łonie swym miasteczko.

      * * *

      Był piątek. W całym miasteczku wyczuwało się lekkie ożywienie, nie tylko z powodu nadchodzących dni wolnych, lecz także z powodu targu, który odbywał się w Kutnie teraz dwa razy w tygodniu. Jakże się zdziwił, dopiero co przybyły wędrowiec, gdy zamiast koni i furmanek ujrzał na targowisku nowoczesne samochody, ciężarówki i ciągniki. Przeszedł niezauważony między chłopami tworzącymi żywy mur i wydostawszy się na tyły targu z chmur papierosowego dymu i woni potu, parującego z ciał mężczyzn – zaczął szukać z wytęsknieniem zwierząt pociągowych. Nigdzie ich jednak nie zobaczył, ani nie usłyszał w najbliższej okolicy ich głośnego rżenia. Nie było też uśmiechniętych przekupek z różowymi policzkami, które to kobieciny, ubrane w kolorowe chusty – widywał na tym targowisku w dawnych czasach, choćby raz w tygodniu. Pokręcił się jeszcze przez chwilę między pstrokatymi straganami, pełnymi różnorakich, znanych mu z Ameryki, wyrobów – po czym udał się w kierunku ulicy Królewskiej.
      Kiedy tak szedł przez miasteczko, widział mijające go grupki uczniów, którzy biegli niespokojni, jak niegdyś on, młodziutki Szalom, uczący się teologii od rabinów ? biegł do szkoły, na ostatnie lekcje w tygodniu, by potem w ciche i spokojne popołudnie oddać się zabawom i frywolnym wybrykom nad miejscową rzeczką. O ile jednak Kutno niezmiennie leżało nad Ochnią i rzeka ta płynęła nieprzerwanie od tamtych dni, po dzień dzisiejszy, wtłaczając swe leniwe wody do groźniejszej od siebie Bzury ? uczniowie Ci nie biegli już do szkół hebrajskich, a piątkowemu popołudniu brakowało przygotowań do Szabatu… I nagle Szalom Asz uświadomił sobie, jak bardzo tamten świat sprzed prawie stu lat, różni się od tego świata, do którego właśnie przybył. Nie. Nie chodziło tylko o te samochody, nowoczesność i bogactwo, które widział dookoła siebie. Poczuł się nagle w swym miasteczku bardzo samotny i całkiem obcy. I drugi już raz w tym dniu zatęsknił…
      Przeszedł w tym stanie ducha przez całą ulicę Królewską i połączone jej osią – dwa rynki. Nic szczególnego jednak tam nie ujrzał. Odwiedził Austerię – dawne koszary zwane teraz przez mieszkańców Kutna – Starą Oberżą, a potem wstąpił na moment do budynku dworca kolejowego. I tu zaczął z sentymentem wspominać dawną, punktualną kolej, jeżdżącą po terenach guberni warszawskiej. Wybrał się także do Pałacu Gierałty i kiedy później spacerował wolnym, leniwym krokiem, wpatrzony w stare kamienice jak w wielkie lustro – nie mógł pogodzić się z myślą, że nigdy więcej nie ujrzy w miasteczku starej synagogi, ani małych bożnic… Mimo iż trwał już miesiąc elul, nie rozlegały się tu, jak dawniej, dźwięki szofaru, nawołujące pobożnych do skruchy i przygotowania się do Dnia Sądu. Brakowało synagogi, gdzie spotykała się gmina.
      ?Gdzie podziały się tamte kobiety w szerokich sukniach, tamci mężczyźni w długich, czarnych atłasowych chałatach, przewiązanych jedwabnym sznurem, a wszyscy w butach z baraniej skóry…? ? pytał się Szalom Asz samego siebie, zastanawiając się czy synagoga spłonęła czy może została przez kogoś zniszczona.
      W pejzażu miasteczka brakowało mu także widoku Chasydów, którzy bez względu na porę roku, nawet w nieznośny upał – nosili aksamitne czapy obramowane futrem, co jego, młodego chłopaka, tak zawsze bardzo dziwiło. Nie ujrzy już nigdy prawdopodobnie Cadyka, który ubrany w białą szatę, przemykał w skupieniu bożnicę niczym jakaś zjawa, trzymając dłonie za jedwabnym pasem… Ciche, przedwieczorne uliczki w niczym nie przypominały tamtych niespokojnych i pełnych wrzawy, kiedy to Szames, chodził po ulicach i głośnym klaskaniem rąk wzywał wszystkich Żydów do modlitwy wieczornej… I choć wielki pożar zniszczył już raz to miasteczko, Szalom Asz dobrze wiedział, że to nie ogień strawił cały ten miniony świat, dziś ledwo utkany z jego wspomnień… Nim się obejrzał, zapadł wieczór.
      Ponieważ nie odnalazł swojego domu, na noc udał się do Hotelu Staropolskiego. Nie rozpoznany przez obsługę, bo któż by dzisiaj rozpoznał w tym siwym staruszku młodzieńca Szaloma, który opuścił Kutno w wieku dziewiętnastu lat – przeszedł korytarzem niczym duch i zajął pierwszy z brzegu, wolny pokój. Tam się wykąpał i włożył nowe rzeczy. Siedział jeszcze zamyślony przy stole przez godzinę, zmówił kidusz, choć nie miał przy sobie nawet kropli wina ani bochenka chleba i znów pogrążył się we wspomnieniach.
      Mimo iż przebywał w pokoju, w swym rodzinnym miasteczku, brakowało mu strasznie dawnej atmosfery rodzinnego domu. Nie tylko dlatego, że był sam, bez rodziców. Chodziło o szczegóły, o najskromniejszy pokarm dla zmysłów, jakim był choćby dym z cygar i fajek, ciepło bijące od pieca i zapach barszczu z czosnkiem, gotowanego przez matkę… Nic, żaden pokój, ani nawet luksusowy hotel – nie był w stanie zastąpić Szalomowi rodzinnej izby, w której, mimo biedy – spędził swe najszczęśliwsze lata życia. Zmęczony wędrówką i całym dniem spędzonym w Kutnie, pogrążył się więc dodatkowo w smutku. Ułożył się zgięty na wąskim i krótkim, hotelowym łóżku – był bowiem wysokim mężczyzną dobrej postury ? po czym, zasnął szybko jak dziecko…

      * * *

      Śniło mu się, że razem ze swoją matką, Małką i ojcem – Moishe, Niemcy zamknęli go w getcie kutnowskim. Wraz z innymi Żydami zostali stłoczeni pewnego czerwcowego dnia na terenie nieczynnej cukrowni ?Konstancja?, tuż pod miastem. Najdziwniejsze w tym śnie było to, że on, dziś sędziwy mężczyzna – wciąż miał szesnaście lat, a jego rodzice byli ciągle młodzi… W tym śnie nikt nie mówił. Wszyscy mieli smutne miny i łzy w oczach, jakby przeczuwali najgorsze. Wśród Żydów zamkniętych w getcie byli dobrze mu znani: Reb Jecheskiel wraz z żoną Małką i piękną, jak zawsze – córką Gołdą, w której Szalom się kiedyś zresztą kochał, Chaim Rosenkranz, szewc Aron Lajb oraz inni znani mu mieszkańcy miasteczka. W dawnej cukrowni nie było wody i brakowało pożywienia. Dokuczało im także gorące, parne lato. Żyli więc na skraju nędzy, w fatalnych warunkach. W ?Konstancji? albo Krepierlager, jak wkrótce nazwał to miejsce niemiecki burmistrz Kutna – nie było żadnych pomieszczeń mieszkalnych. Obok głównego budynku stało wprawdzie kilka baraków, ale wkrótce urządzono w nich szpital. Coraz więcej Żydów zapadało bowiem na różne choroby, a potem umierało w nieludzkich warunkach. W ten sposób powoli spełniało się marzenie burmistrza, by wszyscy żydowscy mieszkańcy miasta mogli wreszcie, jak to powiedział: krepieren…
      Reb Jecheskiel, mały, otyły człowieczek z okrągłą, białą brodą biegał po getcie niczym Gabaj, który próbował zebrać wszystkich mężczyzn. Wkrótce jednak jakiś Niemiec uderzył go w twarz kolbą pistoletu, tak, że Reb stracił swe sędziwe okulary i odtąd siedział pod ścianą w towarzystwie dziesięciu innych starców, odmawiając w myślach prawdopodobnie kadisz za wszystkich umarłych w ?Konstancji?. Także ojciec Szaloma, poczciwy Moishe – przechadzał się po getcie z modlitewnikiem w ręku, wyposażony w tefilin, klucząc wszystkimi możliwymi korytarzami i ścieżkami. Od czasu do czasu Szalom mógł odczytać z ruchu jego warg słowa: El male rachamim, El male rachamim… Tak się przynajmniej wydawało Szalomowi… Ci, którzy jeszcze żyli, wszyscy bowiem milczeli. Nie było nawet słychać płaczu dzieci i zawodzenia kobiet… Coraz więcej Żydów jednak umierało. Z dnia na dzień przybywało prymitywnych mogił. W tej atmosferze śmierci i zagłady młodzież organizowała jednak konspiracyjne spotkania, a dla zdrowych jeszcze dzieci organizowano nawet tajne nauczanie. Te lekcje, pełne ciszy, przypominały bardziej wspólną modlitwę, podczas której wszyscy wznosili ręce, jakby błagali Boga o litość…
      Szalom chodził co rano do baraków, gdzie chorymi ludźmi opiekował się od początku Polak, pan Jędraszko lub Jędraszek. Pomagał temu wspaniałemu lekarzowi przyjmować nowych pacjentów. Pewnego dnia jednak zamarł, gdy ujrzał wśród nich swoją przyszłą żonę Matyldę, a wkrótce potem swoją córkę i trzech synów… Zaczął się nimi opiekować, święcie przekonany, że rozpoznają w nim swego męża i ojca, ale oni tylko leżeli nieruchomi, wpatrzeni mętnym wzrokiem w sufit, jakby odczytywali na nim, niczym na kartach wielkiej księgi – swoją niepewną przyszłość… Bezsilny doktor Jędraszko lub Jędraszek rozkładał ręce, jakby chciał powiedzieć, że teraz można się jedynie modlić…
      Tak przetrwali ciężką zimę, w czasie której zmarło jednak wielu Żydów, w tym stary Reb Jecheskiel. Prawie razem z nim odszedł także z tego świata Aron Lajb. Wkrótce wybuchła epidemia tyfusu plamistego i doktor Jedraszko lub Jędraszek pokazał Szalomowi pewien znak ręką, który oznaczał, że wkrótce Niemcy zamkną getto. Brakowało leków. Było prawie pewne, że niedługo po ?Konstancji? nie zostanie nawet ślad na ziemi… I właśnie wtedy Szalom Asz otrzymał list od Feli, swojej przyjaciółki z Kłodawy, która opisywała zagładę tamtejszych Żydów, wywiezionych do Chełmna i wnet zagazowanych. Fela pisała, by Szalom jak najszybciej uciekał prze rzezią, jaka i ich może wkrótce spotkać w Kutnie.
      W tym samym dniu w getcie wybuchła panika. Niewiele myśląc, Szalom Asz zaczął szukać swoich rodziców, Matyldy i jej dzieci, by jak najszybciej z nimi uciec. Jednak nie mógł dotrzeć ani do głównego budynku ani do baraku ? wszystko zaczęło się bowiem walić, a tłum uciekających spod gruzów Żydów o mało go nie stratował. Przez moment stał tak jeszcze w tumanach kurzu, deptany i potrącany przez uciekających w panice mieszkańców getta. I właśnie wtedy usłyszał krzyk Feli: ?Lecha dodi!?, choć wcale jej nie tu nie było ani nawet w okolicy. Zaczął więc i on biec aż do utraty tchu, uciekając z getta. A potem się obudził.

      * * *

      Był mokry od potu i przestraszony. Wstał pospiesznie z łóżka, odmówił modlitwę za umarłych i bez zastanowienia opuścił hotel. Biegł uliczkami miasteczka w tym samym tempie, w którym uciekał z getta w nocnym koszmarze. Chciał jak najszybciej zapomnieć o tym, co mu się śniło. Zrozumiał, że musi poddać się jak najszybciej wyrokom boskim i wrócić do miejsca, z którego przyszedł… Jednak tuż przy granicy miasteczka, zatrzymał się jeszcze na moment i obejrzał za siebie, pełen smutku i nostalgii. Wiedział, że nigdy już tu nie wróci, choć ziemia ta pozostanie dla niego na zawsze błogosławiona.
      ?Błogosławiona bowiem jest Matka Ziemia, która nosi na łonie swym miasteczko? ? wypowiedział święte słowa w myślach.
      Dobrze wiedział, że musi wrócić do ziemi, z której został wzięty. Dlatego spojrzał raz jeszcze na miasteczko i ruszył na Zachód, drogą wysadzaną lipami. Kiedy tak szedł i szedł, a droga była brudna i rozmiękła – długo myślał o wielkim grzechu, który właśnie popełnił. Zatrzymał się jeszcze na krótką chwilę i spojrzał przed siebie, jak tylko mógł ? najdalej, przemawiając głośno:
      - Błogosławiony Ten, który zamyka oczy moje i sen zsyła na powieki me…

      A potem dotarł z powrotem do domu wieczności i tak mieszka w nim po dzień dzisiejszy, oczekując na nadejście Pana.
      Tak właśnie Szalom Asz został wpisany do Wielkiej Księgi Życia…

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      Dom wieczności, dom życia..., 4.5 out of 10 based on 2 ratings
      No Comments
     
    Get Adobe Flash playerPlugin by wpburn.com wordpress themes