-
Jak stałem w kolejce do nieba
No CommentsArkadiusz Jadczak
Jak gdyby nigdy nic. Po prostu poszliśmy tam prosto z knajpy: ja, Bodzio, Andruszka i Magnet. Odeszliśmy od stołu, kiedy impreza zaczynała się na dobre. Chłopaki nie mogli się wpierw pogodzić, że zostawiają nie dopite piwo, ale obiecałem im, że w niebie będzie go pod dostatkiem.
- Tobie wierzymy – odpowiedzieli zgodnie i ruszyliśmy.
Wkrótce zaczęły się problemy. Postanowiliśmy bowiem podjechać autobusem nocnym nr 158. Przejechaliśmy właśnie drugi przystanek na gapę, gdy do wozu wsiadło trzech kanarów.
- Bilety do kontroli!
Pierwszy odezwał się Magnet.
- Panowie, jedziemy na lotnisko Lublinek. Jak by to powiedzieć… Idziemy do nieba i trochę nam się śpieszy. Inni już stoją w kolejce od paru godzin.
Kontroler patrzył na nas jak na debili.
- To narkomani – odezwał się do kolegów i zaczął sprawdzać bilety u innych pasażerów.
Tych dwóch pozostałych chciało jednak najwyraźniej zarobić.
- Panowie – powiedział ten wyższy – albo kupicie od nas po pięć biletów każdy, albo was spisujemy!
Milczeliśmy. Nikt z nas nie miał tyle pieniędzy i nie byliśmy pewni czy jeszcze tu wrócimy, a wtedy musielibyśmy zapłacić karę. Siedzieliśmy dalej.
- Słuchaj ziomek, nie mamy pieniędzy ani dokumentów. Nic. Idziemy do nieba. Kapujesz? – Bodziowi puściły nerwy. – Więc lepiej daj nam spokój, bo ci przypierdolę…
Ten niższy klepnął kolegę i kazał mu iść dalej. Cofnęli się, ale wciąż patrzyli na nas jak na wariatów.
- Wysiadamy! – rzuciłem do kumpli i wstałem z krzesła. Chłopaki ruszyli za mną gęsiego.
Kontrolerzy stali i przyglądali się, jak spokojnie wysiadamy z autobusu, który zatrzymał się na pętli w końcu osiedla.
- Panowie, oni byli pijani! – Andruszka cieszył się jak dziecko, któremu udało się ukraść lizaka ze sklepu.
Rzeczywiście cieszyliśmy się jak dzieci.
Po chwili doszliśmy do lotniska sportowego, gdzie stał już długi ogonek ludzi. Ustawiliśmy się grzecznie na końcu kolejki. Była trzecia w nocy.
Tak więc staliśmy w kolejce do nieba: ja i trzech moich kumpli, a zimno było piekielnie! I nagle pomyślałem, co będzie, jak się okaże, że nieba są cztery? ?Nie, to niemożliwe! Musi być jedno niebo: dla nas, świętych, frajerów i złodziei.? Moje wątpliwości rozwiał Kwiatek, znajomy złodziej samochodów z podwórka. Gdy zobaczyłem, jak spaceruje wzdłuż kolejki, trochę odetchnąłem.
- Cześć Kwiatek! – odezwałem się ochoczo.
W pierwszej chwili mnie nie poznał.
- A, cześć!
- Widziałeś kogoś znajomego?
- Tak – Przywitał się z moimi kumplami. – Przede mną stoi Lady Diana, a kilka metrów za mną Niki Lauda – chichrał ze śmiechu pod nosem.
- No ale że Ciebie tu spotkam, to nie przypuszczałem…
- Ja tylko na moment, zaraz się zmywam.
- Jak to?
Nachylił się nade mną i zaczął szeptać do ucha.
- Stoję tu dla zmyły. Tu zagadam, tu spojrzę i pilnuję.
- Pilnujesz czego? – spytałem zaskoczony. – Kolejki?
- Nie! Chłopaki kroją samochody tych, którzy tu przyjechali swoimi wózkami, a ja jestem na oku. Właśnie idę zobaczyć czy wszystko w porządku. – I mrugnął do mnie porozumiewawczo.
Poszedł dalej, a kumple spytali mnie co jest grane.
- Wszystko w porządku – odpowiedziałem przerażony. – Kwiatek powiedział, że za nim stoi ksiądz, który przegrał kościół w karty!
Chłopaki ryknęli śmiechem. I nagle kobita, która stała przed nami, ubrana w karakuły, odwróciła się jak na komendę. To była babcia Andruszki, dobry człowiek. Zmarła pięć lat temu na raka wszystkiego.
- Dalej zadajesz się z tymi lewusami! Tfu! Skaranie boskie. – I odwróciła się na pięcie.
Widziałem jak Andruszce zmiękła rura. Ja też nieco przygasłem. Zrozumieliśmy wszyscy czterej, że to nie żarty. Na dodatek kolejka posuwała się strasznie wolno.
O piątej nad ranem weszliśmy na betonowy pas startowy. Świtało. Przez moment wydawało mi się, że widzę mojego psa, którego zakopałem rok temu pod balkonem. Przetarłem zaspane oczy. To był zwykły kundel, który błąkał się w poszukiwaniu jedzenia. Chłopaki nie odzywali się od ponad godziny. Zacząłem myśleć o Bogu, czy aby na pewno jest szczęśliwy? Intuicja podpowiadała mi, że nie. Jak można być szczęśliwym, kiedy jest się samotnym? A te tabuny ludzi, które się tam wybierają? Z nich nie można być ani zadowolonym ani niezadowolonym. Dlatego pewnie powstało jedno niebo: jedno i niebo. Dla wszystkich. Bogu było obojętne. Chciał mieć tylko kogoś blisko siebie. A my stoimy w tej kolejce, bo za wszelką cenę chcemy się dowiedzieć, co tam dają?
?Byle tylko się okazało, że nie ma ich czterech albo więcej. Nie przeżyłbym tego. Magnet, Andruszka, Bodzio, ja – wszyscy w oddzielnych niebach, z których nie można wyjść, bo przecież to jest niebo, a nie jakaś tam pierwsza lepsza knajpa…?
Oczywiście Bodzio życzyłby sobie, żeby niebo było knajpą. Widziałem przed chwilą jak trzęsły mu się ręce od braku piwa.
- Turlam się na początek, zobaczyć dlaczego idzie tak wolno – odezwał się nagle Bodzio i powiedział to samo ludziom, którzy stali za nim. I poszedł. Tyle go widziałem…
Minęła godzina i ani Bodzio nie wracał, ani kolejka nie posunęła się do przodu.
?Pewnie Bodzio kłóci się z bramkarzem, jak to miał w zwyczaju? – pomyślałem odrzucając złe przeczucia.
Chciałem powiedzieć Andruszce, żeby zagadał coś do babci. Stara stała cały czas obrażona. I kiedy się odwróciłem, zobaczyłem jak mój kolega mdleje od tego stania. Upadł wprost na ręce Magneta.
- Weź go ocuć – wydałem polecenie, jakbym był opiekunem naszej grupy.
- Wiesz co, w dupę się pocałuj! Mam gdzieś to twoje niebo! Myślisz, że będziemy tu stać do usranej śmierci? Ja spadam! – Magnet poklepał Andruszkę po twarzy i ledwo przytomnego wyciągnął z kolejki. – I was też mam w dupie, skończeni naiwniacy! – krzyknął do ludzi stojących w kolejce.
- Idziemy!
Zrobiło mi się głupio. Ale nikt z sąsiadów nie spojrzał na mnie źle. Wszyscy wciąż mieli opuszczone głowy. Ogonek przygarbionych ludzi wyglądał jak korowód zesłańców w czterdziestym drugim. Przed nami było widać tylko dal i świecące Słońce. Ludzie milczeli. Wydawało się, że godzą się na wszystko i będą tu stać jeszcze przynajmniej rok. Jak w stanie wojennym po kilo chleba.
Zobojętniało mi to czekanie. Nie interesowało mnie już czy niebo jest jedno czy cztery. Właściwie przestało mnie interesować, czy ono jest w ogóle. Coś jednak kazało mi czekać dalej. Jednak niezbyt długo. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta. Właśnie otwierali spożywczy przy pętli autobusowej. Pomyślałem, że to niebo, to jedna wielka lipa, a nawet jeśli – to jak mam tam iść sam, to wolę nie iść w ogóle. Zapaliłem papierosa na czczo i wyszedłem z kolejki. Napiję się piwa – postanowiłem. Przynajmniej wieczorem będę miał o czym opowiadać kumplom. Opowiem im o tym, jak stałem w kolejce do nieba… Puściłem kółko z dymu, które zatrzymało się w powietrzu nad głową jednego z oczekujących.
?Jak aureola? – pomyślałem i pożeglowałem w stronę sklepu. Był chłodny jesienny poranek. Na niebie pojawiły się
ciemne chmury.GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze