Jadczak.net Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

February 2012
M T W T F S S
« Oct    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Mickey Mouse in the House

      Arkadiusz  Jadczak

      Dziwny chłopak był z tego Muchy. Studiował na politechnice, a codziennie przychodził do gmachu uniwersytetu, w którym mieściła się polonistyka. Gdy mijał wykładowców sunących ciemnym korytarzem jak żółwie, bezczelnie mówił im: ?Dzień dobry Pani Profesor!?, ?Witam Pana Profesora!?, a oni z czasem uśmiechali się do niego, jak do swojego najlepszego studenta.
      Poznałem go w bibliotece. Brał kilka książek Kafki. Wyglądało, że na oślep. Kiedy spytałem dlaczego akurat Kafka, spojrzał się na mnie jak na żółtodzioba i odpowiedział:
      - Na Kafkę najlepiej biorą!
      Wkurzał mnie i chłopaków z roku ten tani Casanova, który jechał przez całe miasto, by kręcić się wokół naszych dziewczyn. Powiedziałem: naszych, bo w istocie czuliśmy się na tych studiach panami. Czterech facetów i ponad sto kobiet! A ile dziewic było wśród nich? – o tym może powiedzieć tylko Mucha. Dlatego go znienawidziliśmy. Nienawidziliśmy faceta będąc studentami najbardziej sfeminizowanego kierunku na uniwersytecie…
      Zaczęło się od Olgi, tej wyzwolonej modelki o nogach jak stąd do Los Angeles. Już od pierwszych dni kusiła nas swoim chodem, dekoltem i wyzywającym makijażem. Ale była tak głupia, że nie dało się z nią rozmawiać o czymkolwiek. Konradowi, który próbował do niej startować, powiedziała, że przyszła na te studia, bo chce się nauczyć pisać i wydać książkę tak, jak Naomi Campbell. Wyglądała na super namiętną, ale gdy ją zaczął ściemniać na fuksówce, zachowywała się jakby nie wiedziała o co chodzi.
      - Widziałem tego pajaca z Olgą – rzucił kiedyś Konrad i nawet nie spytaliśmy gdzie.
      - To musiało być chyba bardzo dawno – odezwał się Adam.
      - Dawno? Widziałem ich wczoraj wieczorem w ?Babilonie?!
      - Mówiłem, że dawno. Dziś rano przyprowadził do instytutu Gabryśkę, tę z największymi cyckami na całym wydziale filologicznym. Szli pod rękę.
      - Pieprzony profesjonalista! Ciekawe, która będzie następna.
      W istocie Mucha nie wkurzał nas tym, że podrywał dziewczyny. Irytowało nas jego zachowanie, to, co wyczyniał na korytarzu w czasie okienek, jego odzywki i gesty.
      Po tym, jak Marcin spotkał się kilka razy z Dominiką w jej domu, Mucha zaczepił go przy wejściu do gmachu uniwersytetu.
      - No jak tam mały!
      - Jak tam twój mały? – zripostował go szybko Marcin.
      - Nie narzekam. Co, podoba ci się ta blondaska? Kręci cię?
      - Nie mniej niż ciebie.
      - No dobra. Nie będziemy się dublować! I tak chcę przelecieć wszystkie te wasze nauczycielki.
      - Jesteś fajny chłopak Mucha, tylko ci z dupy śmierdzi! – powiedział Marcin i ruszył schodami na pierwsze piętro do sali wykładowej.
      - Nie pękaj mały! – Mucha krzyczał przez całą klatkę schodową gmachu – To nie mydło, nie wymydli się!
      Po Gabryśce zaliczył jeszcze Ankę, Baśkę, Jolkę, Kaśkę i Czarną.
      Najbardziej przeżyliśmy właśnie Czarną, którą mieliśmy za dziewczynę z klasą. A ten inżynier-cwaniak wyrwał ją w zwykłą piątkową potańcówkę w klubie studenckim. Był przy tym Adam. Tańczył akurat z jakąś damą z pedagogiki, gdy usłyszał obok znajomy głos przekrzykujący głośną muzykę:
      - Znam Englerta, ?Stare dobre małżeństwo? i mam Centertela.
      Lekko pijana Czarna opierała swoją kształtną głowę na barczystych ramionach Muchy. Chyba już nic nie słyszała. Dziewczyny z akademika widziały ją potem, jak poddawała się prężnym ruchom lędźwi Muchy w sali cichej nauki na drugim piętrze.
      Nie oszczędził nawet Wiolki spod Głowna. Nie była ani ładna ani zgrabna. Ale on jako miejski lowelas, mógł zaimponować dziewczynie ze wsi.
      Któregoś dnia postanowiliśmy rozpracować Muchę. Podejrzewaliśmy, że nie chodzi tu o zwykłe ?zaliczanie? kobiet. Musiało się kryć za tym coś głębszego. Wskazywało na to jego zachowanie.
      - Jak jesteście tacy ciekawi, to pokażę wam listę, którą sobie ułożyłem. Pozostała mi jeszcze połowa. – I szczerzył te swoje nienagannie białe zęby, jak amerykański aktor.
      Poderwał przecież kilka naprawdę ładnych dziewczyn. Mógł spotykać się z nimi przez dłuższy czas i dopiero potem je zmieniać, jak przysłowiowe rękawiczki. Jednak on działał jednorazowo. Z zimną krwią liczył, kalkulował i podchodził do kolejnej ofiary.
      ?Jak to się stało, że dziewczyny go nie znienawidziły?? – zastanawialiśmy się jeszcze długo po tym, jak go rozszyfrowaliśmy. ?A może zdradzał im swoją tajemnicę, tę, której nie chciał zdradzić nam??
      Zaczęliśmy pytać o niego naszych kumpli z politechniki, ale nikt nic nie wiedział albo wiedzieli bardzo mało.
      Postanowiliśmy wybrać się do jego domu. Ja i Adam wypytaliśmy kilka dziewczyn o jego adres. Nie wiedziały gdzie mieszka. Okazało się, że Mucha nigdy nie zaprowadził żadnej z naszych koleżanek do swojego domu. To dało nam do myślenia.
      - Ten sukinsyn coś przed nami ukrywa! – zgodziliśmy się wszyscy czterej i umówiliśmy na małą przejażdżkę.
      Konrad pożyczył samochód od starych. Przełożyliśmy wszystkie nasze zajęcia popołudniowe na inny dzień, uciekliśmy z wykładu i czekaliśmy w samochodzie, tuż obok budynku, na Muchę i jego kolejną damę. Wyszli zaraz po wykładzie z językoznawstwa.
      - Kto tym razem? – spytał Adam podpalając papierosa.
      - Anita.
      - …?
      - Wiesz, ta ruda.
      - Anita? Gdzie on chce ją zerżnąć. Przecież ona mieszka ze starymi?
      - Zaraz zobaczymy.
      Mucha wziął pod rękę niewysoką dziewczynę i ruszył z nią w kierunku centrum.
      - Nie jadą tramwajem ani autobusem? – zdziwił się Konrad.
      - Muszą mieć metę gdzieś blisko.
      - Albo są romantykami i lubią spacery – powiedział żartem Marcin, ale nikogo ten żart nie rozśmieszył.
      Skręcili w Towarową.
      Samochód wolno ruszył za nimi.
      - Chłopaki, szkoda nafty! Oni się wybrali na spacer, tak, jak mówił Marcin – odezwał się zniecierpliwiony Adam.
      Milczałem, bo właśnie przyszło mi do głowy, dokąd idą. Jeśli skręcą w Nowotki, a potem przejdą przez park Krasickiego, znajdą się tuż przed domem studenta politechniki.
      Tak też się stało.
      - A myślałem, że stać go na coś więcej… – stwierdziłem sucho i powiedziałem chłopakom, że mogą iść do domu. – Ja zostanę i przyfiluję go dalej.
      - Zostajemy razem – odezwali się zgodnie.
      Po godzinie Mucha wyszedł z akademika z Anitą, wsadził ją do tramwaju, a sam poszedł w kierunku przystanku autobusowego.
      - No panowie! Teraz jedziemy do jaskini lwa! – Konrad ucieszył się nagłą zmianą.
      Mucha wsiadł do 186 i pojechał w kierunku dużej dzielnicy mieszkaniowej.
      Jechaliśmy wolno pilnując cały czas autobusu, patrząc na przystanki i wysiadających pasażerów. Mucha wciąż jechał. Wysiadł prawie na samym końcu trasy. Szedł z opuszczoną głową, trochę zatroskany. Wstąpił do sklepu spożywczego i zrobił duże zakupy.
      - Co za przykładny tatuś, z tego Muchy! – Adam nie mógł się nadziwić.
      - Dzieci głodne, chcą chleba! – wtórował mu Konrad.
      Mucha podszedł do klatki. Zatrzymał się stawiając torbę z zakupami na ziemi. Nie użył domofonu, tylko wyjął klucze i sam otworzył sobie drzwi.
      - Wyskakujemy? – rzucił nerwowo Marcin.
      - Nie! Ryzykujemy. Chyba jego nazwisko będzie na domofonie.
      - Jak to?
      - Zmywamy się – wypowiedziałem finałową kwestię i nawet nie przejmowałem się tym, co myślą chłopaki. – Jeśli nie będzie nazwiska, zaczniemy szukać dalej – dodałem, bo w samochodzie zaległa cisza.
      Ruszyliśmy. Duży fiat kołysał się po źle wylanym asfalcie osiedlowych ulic. Kiedy udało nam się opuścić ten labirynt, pognaliśmy trasą W-Z. Pierwszy wysiadł Adam, potem Marcin. Zostałem sam z Konradem.
      - Jak myślisz, mieszka sam?
      - Nie wiem. Jutro to sprawdzę – powiedziałem beznamiętnie i poprosiłem, by mnie wysadził na najbliższym skrzyżowaniu.
      ?Dziwny chłopak z tego Muchy? – pomyślałem zaraz po tym, jak samochód Konrada popłynął głównym nurtem Łęczyckiej w kierunku centrum.
      Wyjąłem kartkę z torby i szybko zapisałem z pamięci adres Muchy. Po chwili nadjechał mój autobus.
      Wybrałem się tam nazajutrz rano. Sam. Chłopaki poszli na zajęcia, Mucha pewnie też – taką przynajmniej miałem nadzieję. Nie interesowało mnie już z kim będzie dziś widziany na naszej uczelni. Spoglądałem na pomiętą kartkę i zastanawiałem się co lub kogo ukrywa przed światem ten facet.
      ?Może ta jego rozwiązłość to tylko poza, maska, jakiś ratunek?? – myśl ta zaprzątała mi głowę przez całą podróż do odległej dzielnicy, w której mieszkał Mucha.
      ?Przecież w ogóle go nie znam? – uświadomiłem sobie w mgnieniu oka. ?Kompletnie obcy facet, tyle tylko, że ma cholerne powodzenie i wykorzystuje je co do centa?.
      Poznałem przystanek, sklep i blok Muchy bez problemu. Poszedłem do domofonu i zacząłem szukać nazwiska, które podali mi znajomi z politechniki. Pod numerem 113 znalazłem tabliczkę ?Błaszczyk?, ale nie zadzwoniłem. Przycisnąłem guzik pod numerem 95.
      - Kto tam? – odezwał się zachrypnięty głos.
      - Poczta – rzuciłem bez zastanowienia.
      Po sekundzie włączył się brzęczyk i drzwi puściły.
      Wjechałem na siódme piętro. Podszedłem do drzwi oklejonych zieloną tapetą ścienną i już miałem zadzwonić, ale się zawahałem.
      ?Co powiem? Że jestem kolegą Muchy?? – miałem wątpliwości.
      Nacisnąłem jednak przycisk dzwonka. Nikt nie otwierał. Zadzwoniłem raz jeszcze. Stałem tak przez chwilę i już miałem odejść, kiedy drzwi się uchyliły. Podszedłem bliżej.
      To, co zobaczyłem, pozwoliło mi zrozumieć Muchę w ciągu jednej tysięcznej sekundy. Niczym migawka aparatu małoobrazkowego moje oczy zamknęły się po tym krótkim czasie, by zarejestrować na bardzo długo obraz, który jawił im się w drzwiach. Wykonałem cięcie filmu, który dopiero się rozpoczął.
      Przede mną stała upośledzona umysłowo kaleka, garbata dziewczyna o wzroście ledwo przekraczającym metr dwadzieścia, ze straszliwym grymasem na twarzy. Jej spuchnięte i wykrzywione usta chciały coś powiedzieć.
      Otworzyłem oczy w nadziei, że to jakieś złudzenie. Karlica wciąż stała na progu mieszkania i próbowała się uśmiechnąć. Z jej wykrzywionych ust ciekła mała strużka żółtawej śliny. Wydłużała się, poddając wszystkim ziemskim siłom. Dziewczyna ciągle coś bełkotała.
      - Ffffktoooplllplanaa…
      Z satysfakcją sadysty czekałem na moment, w którym ślina sięgnie ziemi, udając, że słucham jej bełkotu. Kiedy to się stało, poczułem, że czas na mnie.
      Autobusy w tej części miasta nie jeżdżą zbyt często.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      Mickey Mouse in the House, 5.0 out of 10 based on 1 rating
      No Comments
     
    Get Adobe Flash playerPlugin by wpburn.com wordpress themes