Jadczak.net Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

May 2012
M T W T F S S
« Mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Opowieść wigilijna

      Arkadiusz Jadczak

      Dla Stefana było to prawdziwe Idealstädte. Choć przyszywany wujek chłopaka, Popielas ? zawsze powtarzał, że ?Łódź to najszpetniejsze z tych wszystkich złych miast fabrycznych?. Ale Popielas nie był stąd i było mu chyba obojętne gdzie będzie żyć i gdzie umierać. Przyjechał z Czech, na wezwanie bogatego fabrykanta, po tym jak ojcu Stefana, popsuła się firmowa ciężarówka Tatra. A kiedy zreperował ją w niecałe trzy wieczory, papa Steinert zaproponował mu bez wahania, dobrą posadę głównego mechanika w swojej fabryce wyrobów bawełnianych przy Piotrkowskiej. Bowiem oprócz przędzalni na kilka tysięcy wrzecion miał jeszcze kilkanaście czeskich ciężarówek. Popielas podrapał się po głowie, popatrzył w niebo i odpowiedział – Wenn es heute regnet, bleibe ich zu Hause?. Gdy po godzinie zaczął padać deszcz, Popielas wszedł na wieżę fabryki, wyciągnął organki i zaczął grać smutną czeską melodię. Grał ją od tej pory codziennie dorastającemu Stefanowi, grał ją robotnikom przychodzącym do pracy o bladym świcie ? tak, jakby wiecznie tęsknił za domem i modlił się, by kiedykolwiek jeszcze wrócić do ojczyzny. Ostatni raz Stefan nucił ją jako dorosły mężczyzna, gdy na załadowanej po brzegi ciężarówce opuszczał Łódź w styczniowe popołudnie czterdziestego piątego. Żal mu było wyjeżdżać z miasta, które pokochał. I kiedy zaturkotał motor, Stefan Steinert płakał w rytm brzęczącej porcelany, pośród której on i inni Niemcy ukryli się, tak, by nie zauważył ich żaden z wkraczających z kilku stron do Łodzi żołnierzy radzieckich generała Katukowa. Wyjechał. I pewnie nigdy by tu nie wrócił, gdyby nie pewien wieczór wigilijny…
      Była sroga, zima, jakiej mieszkańcy Łodzi nie widzieli od kilku dobrych lat. Po ulicach jeździły jedynie tramwaje, puszczając z pantografów iskry niczym sztuczne ognie. W domach trwały jeszcze przygotowania do wieczerzy wigilijnej i kiedy wreszcie zabłysła pierwsza gwiazda na atramentowym niebie ? ze wszystkich stron do miasta wjechały konne zaprzęgi ciągnące sanie. Oto na zaproszenie wszystkich łodzian przybyli na Wigilię jej dawni twórcy i mieszkańcy: pierwsi osadnicy, drobni rzemieślnicy, właściciele młynów, założyciele manufaktur, fabrykanci. Wśród nich byli zarówno Niemcy, Żydzi jak i Polacy. W najbardziej okazałych saniach siedzieli otoczeni swoimi rodzinami: Karol Scheibler, Izrael Poznański, Ludwik Grohman, Markus Silberstein, Szaja Rosenblatt i inni przedstawiciele najznakomitszych rodów. Ale nie zabrakło także tych mniej znanych, na przykład kapelusznika Karola Goepperta, który jechał oczywiście w przypruszonym śniegiem filcowym meloniku. Gdzieś od strony Pabianic wjechał także na swoich sankach z dzieciństwa siwiuteńki Stefan. Udał się prosto na Piotrkowską 276, a kiedy zbliżał się do domu stojącego przy fabryce – łzy wzruszenia powoli zamarzały mu jak sople…
      Wszyscy machali do siebie, krzyczeli z radości, pozdrawiali się, a po małej rundce honorowej wzdłuż Piotrkowskiej rozjechali się każdy do swego dawnego domu, niektórzy nawet do pałaców, gdzie czekała już na nich kolacja wigilijna i domownicy, którzy do tej pory mogli jedynie czytać w książkach o swoich zacnych gościach z zagranicy. To nic, że rzadko który z gospodarzy mówił po niemiecku lub w języku jidysz. Do tego, by po wielu latach usiąść wspólnie przy jednym stole, radować się w tę jedną wyjątkową noc i zapomnieć kto jest robotnikiem a kto fabrykantem – nie potrzebne jest nic prócz ludzkich uczuć, prócz zwykłej gościnności, której Łódź nigdy nie odmawiała nikomu w swej historii.
      O północy wszyscy goście zaczęli szykować się do wyjścia ? raz jeszcze chcieli wspólnie przejechać się znajomymi ulicami by, zapamiętać ten przyjemny widok na kolejne kilkadziesiąt, może sto lat, kiedy znowu tutaj wrócą… A Stefan tuż po wyjściu ze swojego dawnego domu, ściągnął z elewacji niebieską tabliczkę z numerem ?276?, położył na piersi, przytulił, zapiął płaszcz i zwrócił się po polsku do zmarzniętego Popielasa: – Łódź to najpiękniejsze z tych wszystkich moich miast fabrycznych.

      * Jeżeli dzisiaj będzie padać, zostaję w domu.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      Opowieść wigilijna, 8.0 out of 10 based on 1 rating
      Podaj dalej:
      • Google Bookmarks
      • Blip
      • Google Buzz
      • LinkedIn
      • MySpace
      • Pinger
      No Comments
     
    Get Adobe Flash player