-
Szczęśliwej drogi. Już czas
No CommentsArkadiusz Jadczak
Obudziłem się skacowany i zajechany jak konie po westernie. Była siódma trzydzieści. Poderwałem się szybko z łóżka, bo postanowiłem wyjechać.
- Jadę do Krakowa – odezwałem się w kuchni do Esdiego, który stał na środku i kiwał się jak Rumunka żebrząca przed ?Centralem?.
- Do Krakowa? – Esdi przestał się nagle kiwać.
- Tak, do Krakowa – odpowiedziałem. – Całą noc śnił mi się Szczerbiec.
- No i co z tego?
- Jadę go zobaczyć.
Esdi uśmiechnął się tak, jak zawsze. Dobrze wiedziałem, że mnie rozumie. Był moim przyjacielem, choć przyjaciół w życiu miałem tylko dwóch: jeden wydymał moją dziewczynę, a dziewczynę drugiego wydymałem ja.
Rozmontowaliśmy szybko jedną puszkę z mielonką. Potem Esdi podłączył się do kranu z zimną wodą, a ja wróciłem jeszcze na chwilę do swojego pokoju. Cały czas czułem samoloty w brzuchu, a ponieważ nie lubię pić ?na kota?, sięgnąłem po eliksir miłości, który trzymałem na półce. ?R a v e? – czarne litery na żółtym tle szczerzyły zęby jak napis na fiolce z trucizną albo materiałem radioaktywnym. Schowałem małą buteleczkę do kieszeni i skierowałem się do drzwi.
- Wracam jutro!
- Pozdrów Wandę, co nie chciała dać…*
- Wsadzaj póki stoi – powiedziała kobieta do niewysokiego mężczyzny. – No już, wsadzaj!
Tramwaj stał na skrzyżowaniu ulic. Mężczyzna leniwie włożył bilet do kasownika, a ja z niecierpliwością patrzyłem na zegarek. Czułem, że tracę szansę ujrzenia Szczerbca właśnie dzisiaj. I to przez tramwaj, który nie mógł jechać z powodu korka. Patrzyłem na gęby tych wszystkich smutasów. Byli mi obojętni.
- Nos w szybę i patrz na samochody! – krzyknął jakiś facet koło mnie do swojego syna.
Pomyślałem znów o Szczerbcu, kiedy oślepił mnie metaliczny błysk rozświetlonego słońcem BMW.
Tramwaj ruszył i już po chwili byłem na dworcu.
Nie całkiem pewny czy wsiadam do dobrego pociągu, wspiąłem się na stopnie wagonu. Od numeru klasy bardziej interesował mnie przekreślony papieros, ponieważ nie palę, to znaczy nie palę papierosów. Wszedłem do pierwszego wolnego przedziału. Rozebrałem się i usiadłem jak student pierwszego roku, grzecznie trzymając ręce na rozkładanym stoliku przy oknie. Czekałem. Czekałem na to, kto pierwszy wejdzie do tego przedziału. Zwykle nie mam szczęścia i dosiadają się do mnie kośmodruchy – nadzwyczaj brzydkie kobiety, które przez całą drogę rozwiązują krzyżówki. Był środek tygodnia, a więc nie musiałem się obawiać tłoku.
Nagle zaczęło mi zależeć na tym, by jechać samemu, by nikt się nie dosiadł. Chciałem spać. Miałem nadzieję, że znów przyśni mi się Szczerbiec.
- Czy wolne?
?Czy wolne? Co za dziwacznie postawione pytanie? – pomyślałem nie udzielając odpowiedzi.
- Czy wolne to miejsce? – Kobieta po czterdziestce wskazała palcem pustą przestrzeń koło mnie.
Kiwnąłem głową.
A jednak nie pojedzie ze mną dziś żadna ładna blondaska, by umilić mi podróż swym kształtnym profilem. Nie będę łapać cząsteczek jej perfum unoszących się w powietrzu, w nadziei, że się nimi odurzę. Nie będzie ukrytych spojrzeń, niby przypadkowych, a jednak wzajemnych.
?Spróbuj się opanować? – zdecydowałem.
Byłem ?na krótko?. Nie miałem pieniędzy na bilet powrotny, a co dopiero na kobiety.
Pociąg ruszył. Wyszedłem z przedziału na spacer w poszukiwaniu przestrzeni wolnej od ludzi. Wszędzie ktoś się kręcił. Starym zwyczajem postanowiłem zasztauować się w kiblu; dopóki nie spali się żarówka w małym czerwonym pudełku z napisem WC lub nie zostanę stamtąd wypieprzony przez konduktora.
Właściwie to nie chciałem rzygać. Jednak jak zaciągnąłem się smrodem kibla z domieszką gnijących od moczu podkładów kolejowych, wyrzucałem kolejne porcje nie strawionej mielonki z moich trzewi. Sięgnąłem po ?Rave? jak gdyby było to lekarstwo na mdłości. Sztachnąłem się dwa razy tymi kroplami kupionymi w Sex Shopie. Nikt nie wierzy w ich podniecające działanie na kobiety, po rozpyleniu w pokoju. A o ich fantastycznym działaniu po wąchaniu nikt prawie nie wie. Zrobiło mi się lepiej. Czułem, jak gorąca krew napływa mi do mózgu. Raz, dwa, trzy, cztery… – zawsze liczę, ale nigdy nie dochodzę do dziesięciu.
Pociąg zaczął się kiwać i wydawało mi się, że płynę statkiem. Płynąłem przez falujące morza do królestwa wspaniałego władcy, by złożyć mu hołd, pokłonić się do stóp, wylizać insygnia władzy i przede wszystkim popatrzeć na miecz. Rzygnąłem. Wąchałem i rzygałem na zmianę.
Chciałem umyć twarz, ale wody jak zwykle nie było. Zacząłem nerwowo przyciskać pedał na dole szafki pod lustrem. Pompowałem powietrze w nadziei, że ujrzę choć jedną kroplę wody. Pompowałem i pompowałem. Poczułem, że kibel rozrasta się jak wnętrze wielkiego białego balonu. Spojrzałem na siebie w zabrudzone lustro. I w tym momencie przypomniały mi się słowa mojego ojca, który wezwał mnie na rozmowę, gdy dowiedział się, że palę:
- Nienawidzisz samego siebie. Patrzysz w lustro i robisz wszystko, by zniszczyć swój wizerunek. Przez samozagładę. Ty po prostu nie lubisz samego siebie!
Byłem za trzeźwy – tak uznałem. Obrazy z przeszłości mieszały mi się z deformacjami rzeczywistości – skutkami wdychania ?Rave?u?. Jego zapach unosił się w powietrzu jak łagodna muzyka drażniąca tylko najsubtelniejsze końcówki moich nerwów. Wszystkie moje członki zaczęły drżeć jak u owada. Głowa przybrała na wadze i czułem, że dźwigam pod czaszką 30 kilo. Słyszałem jak tykają liczniki odmierzające liczbę komórek parujących z mojego mózgu. Szybko, coraz szybciej! Jakieś 300 tysięcy po każdym wciągnięciu ostrych oparów.
Przezroczyste lustro kusiło mnie bym coś z niego wyciągnął. Odsunąłem się i uchyliłem pedałem wylot muszli klozetowej. Ujrzałem pędzące podkłady, na które za chwilę tryśnie mój eliksir, żrąc drewno jak kwas. Bałem się, że ktoś znajdzie przy mnie krople. Wyrzuciłem ?Rave? przez dziurę w podłodze i chwiejnym krokiem wyszedłem z ubikacji. Na korytarzu stali ludzie, których jakby skądś znałem. Gruba dziewczyna z walkmanem na uszach słuchająca przez całą podróż ?Toscę?, krótko ostrzyżony facet czytający ?Medycynę niekonwencjonalną?, niedorozwinięty chłopak i staruszka trzymająca w ręku dużą torbę. Wydawało mi się, że ich znam.
Zacząłem im się kłaniać i przepraszać, kiedy torowałem sobie drogę do przedziału.
Patrzyli na mnie podejrzliwie i szeptali:
- Idzie król. Ooooooch, idzie król!
Pozostali pasażerowie zaczęli kłaniać się w pół.
- Wasza Wysokość to, Wasza Wysokość tamto!
?Już wiem skąd ich znam? – pomyślałem w kolejnym przypływie fali świadomości. ?Podróżowałem z nimi wcześniej pociągiem?.
- Streck aus deinen heißen gelockten. O Carmenita Scarfone! – krzyczałem w przypływie radości, a oni smarowali brudną podłogę korytarza tłustymi włosami.
Z trudem rozpoznałem swój przedział. Siedziało w nim teraz kilka osób. Wtoczyłem się na moje miejsce i oparłem głowę o szybę.
Pasażerowie przerwali na moment swoje zajęcia i przyglądali mi się z uwagą.
Odezwałem się do nich chyba po rumuńsku i odwróciłem głowę w kierunku szyby. Krajobraz migał jak na szybkim przewijaniu z podglądem, w kamerze video. Od tego ruchu znów zrobiło mi się niedobrze i postanowiłem zamknąć oczy, wciąż jednak trzymając głowę przy szybie. Trochę mi schodziło i czułem, że będę mógł spać. Zasnąłem.*
Kiedy się obudziłem, w przedziale nikogo nie było. Pociąg stał na bocznicy, jak zdążyłem się szybko zorientować. Wstałem i czym prędzej wysiadłem z wagonu.
Pierwsze, co poczułem – to rześkie powietrze, które owiało moje nozdrza jak poranna mgła łodygę rośliny. Ruszyłem obolałym krokiem przed siebie.
Wszystko było mi obojętne: gdzie jestem, która jest godzina i co tu robię.
Interesował mnie tylko mój sen, a właściwie jego bohater: koronacyjny miecz władców polskich.
?Szczerbiec! Muszę zobaczyć Szczerbiec? – pomyślałem jakby w odpowiedzi na moje wątpliwości.
Przyspieszyłem kroku, idąc cały czas wzdłuż stojącego pociągu. Cofałem się, a więc miałem szansę dotrzeć do stacji. Rozejrzałem się dookoła. Nigdzie nie widziałem strzelistych wież krakowskich kościołów. Zamiast nich wszędzie bielały, niczym mewy unoszące się na wodzie, bloki mieszkalne kilku nowych osiedli.
?To pewnie Nowa Huta? – tłumaczyłem sobie w myślach, mając w pamięci kroniki filmowe.
I pewnie za chwilę ujrzałbym jeszcze Wisłę, gdyby nie fakt, że stanęła przede mną, jakoś niespodziewanie, tabliczka z napisem: Gdynia Główna Osobowa. Po prostu wyrosła z ziemi. Mniejsza zresztą z tym, jak się pojawiła. Byłem w Gdyni, nad morzem, a więc kilkaset kilometrów dalej od Krakowa, niż mieszkam…
- Mate Christos! Co ja teraz zrobię?
Sprawdziłem swoje zasoby. W kieszeni miałem niewiele ponad 7 złotych. Ale nie miałem już ?Rave?u? i to mnie bardziej martwiło. Perspektywa powrotu na trzeźwo z nieudanej wyprawy spowodowała, że odechciało mi się iść nad morze. Tak! To dopiero będzie gratka! Przyjechać nad morze i nie widzieć morza! Czułem, że Esdi będzie ze mnie dumny. Zbliżyłem się do budynku dworca kolejowego i mogłem już bez problemu odczytać napis na jego froncie: ?Gdynia Główna Osobowa?. Zobaczyłem też kilku marynarzy i nie miałem już wątpliwości, że to nie Kraków.
Ruszyłem w kierunku hali dworcowej przechodząc przez tory.*
Okazało się, że pociągi do Łodzi i Krakowa odchodzą dopiero wieczorem. Dochodziła trzecia. Suszyło mnie niemiłosiernie i mdliło. Postanowiłem napić się gorzkiej herbaty w dworcowej restauracji. Wszedłem do dużej sali, w której stały długie blaty pokryte resztkami jedzenia i talerzami wpatrzonymi w twarze podróżnych. Kupiłem przy ladzie herbatę w plastikowym kubku i stanąłem przy jednym z blatów. Piłem i patrzyłem, jak brudne gołębie krzątały się między ludźmi i wyjadały rzucane im resztki jedzenia. Poczułem się jakbym był we wnętrzu kościoła. Delikatne uderzenia dziobów ptaków o linoleum przypominały stukanie o kamienną posadzkę. Stuk. Stuk. Stuk. I kiedy podniosłem twarz, by rozejrzeć się dookoła, ujrzałem żółty napis na szybie restauracji, namalowany tak, że widzą go tylko klienci: ?Prosimy nie karmić gołębi!?. Dopiłem herbatę, zgniotłem kubek i wyszedłem z knajpy.
Na dworze było wciąż jasno, świeciło Słońce i dzięki temu wiedziałem, gdzie iść, by nie natknąć się na morze. Postanowiłem pospacerować do odjazdu pociągu. Wciąż jednak nie wiedziałem dokąd mam jechać. Chęć ujrzenia Szczerbca powoli mi przechodziła, choć jego blask wyjęty prosto ze snu przyciągał mnie jak gwiazda w nocy.
?Zastanowię się? – zadecydowałem i ruszyłem w kierunku Słońca.
Blask, blask, blask. Widziałem tylko blask i tam szedłem. To tak, jakby Słońce prowadziło mnie przez labirynt ulic, przeskakując z dachu na dach. Nie wiedziałem gdzie idę i właśnie to sprawiało mi największą przyjemność. Zupełnie jak we śnie.
Nie wiem ile to trwało. W pewnym momencie po prostu Słońce znikło. Skończyła się ta droga donikąd, a ja z przerażeniem stwierdziłem, że nie wiem, gdzie jestem. Robiło się ciemno i nagle poczułem nieprzyjemny chłód. Stanąłem przy krawężniku, tuż na rogu dwóch ulic i zacząłem rozglądać się nerwowo. Po chwili podszedł do mnie nieznajomy. Mężczyzna. Po sześćdziesiątce. Miał protestancką twarz, trochę niemiecką. Srebrne oprawki jego okularów dodawały mu nieco powagi. Był tak pomarszczony, że nie wierzyłem, iż jego usta mogą się otworzyć.
- Czego Pan szuka?
- Dworca. Chce dostać się na dworzec. Główny – dodałem.
- To strasznie daleko, właściwie w drugim końcu miasta.
- Muszę jechać, bo spóźnię się na pociąg.
- A o której godzinie odjeżdża ten pociąg? – Nieznajomy mężczyzna nachylał się nade mną, kiedy czekał na odpowiedź; tak, jakby czuł, że chcę z nim rozmawiać.
Spojrzałem na zegarek. Było po dziewiątej. Oba pociągi odjechały kilka minut temu.
- Jest tu jakiś PKS w pobliżu? – spytałem.
- Niedaleko jest przystanek, ale o tej porze już nic nie jeździ.
Milczałem, bo prawdę mówiąc, nie wiedziałem co robić. Trwało to kilkadziesiąt sekund.
Stary stał obok tak, jakby wyszedł z psem na spacer i czekał, aż jego pupil się wyszcza na pobliski trawnik.
- Nie ma Pan gdzie przenocować? – spytał, choć zabrzmiało to w jego ustach, jakby znał odpowiedź.
Nie miałem. W pobliżu migał neon kina ?Mewa?.
Mogę Pana przenocować. Mieszkam niedaleko. Sam. W
kawalerce… – i pewnie mówiłby jeszcze dalej, ale mu przerwałem ?
- Ale ja nic nie mam. Do spania… ani pieniędzy.
- Nie szkodzi. Znajdzie się coś. – Uśmiechnął się życzliwie, choć kiedy już ruszyliśmy, wiedziałem, że to nie musi być życzliwość.*
Rzeczywiście była to kawalerka. Na trzecim piętrze w starym bloku. Włodek – bo tak kazał na siebie mówić – postawił wodę na herbatę. Jego jedyny pokój pełen był pierdoł, bibelotów i niemieckich książek. Na brązowej komodzie stało stare radio na lampy z dużymi pokrętłami. Miało lekko ze dwadzieścia pięć lat. Cały pokój wyglądał jak sala w ruskim przedszkolu. Zagwizdał gwizdek i Włodek poszedł do maleńkiej kuchni zrobić herbatę. Poczułem się zmęczony.
?Jeszcze nic nie wypiłem, nic mi nie dosypał, a już zasypiam? – pomyślałem.
Włodek stanął w drzwiach pokoju i spojrzał się na mnie z ciekawością.
- Czuj się jak u siebie w domu. Chcesz coś zjeść?
- Nie – odparłem.
Miałem spytać o książki, ale przyszła mi myśl, że obojętnie co się stanie, powinienem się umyć.
- Mogę się wykąpać?
Marzyłem o prysznicu, bardziej o prysznicu niż o pościeli czy wygodnym łóżku. Łóżko było zresztą tylko jedno i wcale nie miałem zamiaru w nim spać. Włodek był przecież facetem.
?Co ten stary kombinuje?? – patrzyłem na niego znad szklanki z herbatą.
Nie wiedziałem czy to ja się boję, czy on. Wypiłem i powtórzyłem pytanie.
- Tak. Za chwilę dam Ci świeży ręcznik.
W jego ciasnej łazience stały buty. Wszystkie rodzaje: pantofle, zimowe, kalosze i czarne lakierki. ?Chyba do trumny? – pomyślałem.
Kiedy wyszedłem spod prysznica i owinąłem się ręcznikiem pachnącym ?przyprawą na mole?, zapukał do drzwi i podał mi wykrochmaloną pidżamę. Pasowała do tego mieszkania. Była nieco wyblakła i miała szerokie, brązowe pasy. Ubrałem się w nią i wyszedłem z łazienki. Włodek był ubrany w podobną pidżamę tylko w zielone pasy. Stał po środku pokoju i wysuszoną ręką pokazywał mi pościelone łóżko.
- Gdzie wolisz: od ściany czy z brzegu? – spytał zupełnie naturalnie. – Bo ja wolę z brzegu. Ale wybierz Ty.
W głowie miałem mętlik. Trafiłem do mieszkania obcego faceta, a teraz mam z nim spać w jednym łóżku…
- Może prześpię się na fotelu, albo na podłodze?
- Żartujesz. Jesteś zmęczony. Widzę to po Twoich oczach. Musisz się wyspać. Jutro rano będziesz miał na pewno jakiś pociąg.
?Jeśli będę miał na czym usiąść jutro rano? – dodałem w myślach i wskoczyłem pod pościel.
?Co ja właściwie robię? Nie jestem pedałem. Poza tym nic nie mam. Nie może mnie nawet obrabować. A zabić? Właściwie to ja mogę go zabić! To ja mogę go obrabować, choć jechać z takim dużym radiem przez pół Polski to czyste szaleństwo.?
Włodek szybko się obmył, wsunął pod pościel niczym stary, zmęczony wąż pod stertę suchych liści i zgasił światło.
- O której Cię budzić?
- O siódmej trzydzieści.
- Dobranoc!
- Dobranoc!*
Leżałem na wznak i nie mogłem zasnąć. Słychać było tylko bicie zegara. Właściwie bałem się zasnąć. Bałem się, że ten przemiły starzec zacznie się do mnie dobierać.
Jednak Włodek leżał nieruchomo. Czekałem na jego pierwszy ruch, wyciągnięcie ręki pod pierzyną…
Nie ruszał się, więc pomyślałem, że na pewno poderżnie mi w nocy gardło, zwiąże, wbije nóż w plecy. I właśnie wtedy przyszło mi do głowy, że albo on albo ja. To ja muszę go zabić! Wtedy na pewno nic mi się nie stanie. Bezpiecznie spędzę noc przy boku pokrwawionych zwłok nieznajomego człowieka. A potem wstanę i pojadę na dworzec.
Leżałem tak przy Włodku i zastanawiałem się, czy jemu w ogóle przyszło to do głowy.
?Czy on też się boi?? ? spekulowałem.
Chyba spał. Nie ruszał się w każdym razie. Wyglądał jak kokon, poczwarka owinięta w materiał. Czekał na przyszłe życie albo nagłą śmierć.
Z drugiej strony byłem ciekawy co zrobi on. Myśl ta nie pozwalała mi wstać i iść do kuchni po nóż. Po długi srebrny nóż.
?Może to właśnie miał być ten Szczerbiec??- bawiłem się w psychoanalityka.
Poddałem się, jakbym nie mógł nic zrobić. Przyszło mi do głowy, że w życiu byłem najbardziej bezpieczny wtedy, kiedy byłem bezsilny… Tak, nigdy nie czuję się tak bezpiecznie, jak wtedy, kiedy jestem bezsilny. To tak, jakby siedzieć na przedzie samochodu obok kierowcy i patrzeć na uciekającą pod kołami drogę. A kierowca wciąż zwiększa prędkość…
Poddałem się – ostrożnie odwróciłem się do ściany i zasnąłem.*
Obudziłem się niewyspany i obolały. Była siódma trzydzieści.
Poderwałem się szybko z łóżka, bo postanowiłem wyjechać.
- Jadę do Warszawy – odezwałem się do Włodka krzątającego się po pokoju.
- Do Warszawy? – Włodek przestał się nagle krzątać.
- Tak, do Warszawy! – odpowiedziałem. – Całą noc śniły mi się piosenki Maanamu.
- No i co z tego?
- Jadę ich wysłuchać.
Włodek uśmiechnął się tak, jak wczoraj. Dobrze wiedziałem, że mnie rozumie. Choć nie był moim przyjacielem. Ubrałem się, podziękowałem mu za nocleg i szczęśliwy, że żywy, podszedłem do niego, aby się pożegnać.
- Może tu jeszcze wrócę.
- Szczęśliwej drogi!
- Już czas.GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze