Jadczak.net Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

May 2012
M T W T F S S
« Mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Tych około parę lat temu…

      Arkadiusz Jadczak

      Jest wczesna jesień. Łódzka jesień – ponura i nijaka. Która to już z kolei taka pora roku? Nie chce mi się liczyć… A my wciąż, jak przed laty, mieszkamy na Grynbachu, czy jak kto woli na Podgórzu, w każdym razie ciągle gnieździmy się w tym samym, rozpadającym się drewniaku. Wśród kocich łbów płyną rynsztokami cuchnące ścieki i odpadki. Wiją się bezszelestnie niczym pradawne rzeki w górzystej krainie i chyba nikt już nie zdoła ich zatrzymać, tak, jak nikt już nie zdoła odmłodzić zasuszonych, starych kumoszek z ulicy Antoniewskiej. Staruszki wiecznie plotkują, siedząc nieruchomo na ławeczkach, w cieniu suszącej się bielizny i wietrzącego się pościelowego. Kolor ich włosów nieuchronnie zlewa się z bielą prześcieradeł wiszących na grubych, brudnych sznurach. Kumoszki siedzą tak całymi dniami przylepione do szarobrunatnego pejzażu ceglanych baraków, a pranie łopocze ponad ich głowami niczym wielkie, wilgotne żagle. I mimo, że od dłuższego już czasu wieje silny wiatr z Zachodu, Łódź ciągle stoi w miejscu… Choć kilka rzeczy odpłynęło stąd już bezpowrotnie. Tylko szpitalny wieżowiec, ten bez okien, stoi tutaj niczym wrak ogromnego statku i rdzewieje, obrastając wilgocią. Ciekawe, czy tylko mnie straszy swymi pustymi oczodołami…
      Dziś brakuje mi w tym łódzkim krajobrazie dymiących kominów i huku maszyn. Brakuje wycia fabrycznych syren, które budziły nas wczesnym rankiem. Nawet poczciwa ?Ariadna? jakby nieco przycichła i coraz mniej kobiet wychodzi po pracy ze starej, widzewskiej fabryki nici. Jak to się dzieje, że ich ubywa, a kumoszek jest ciągle tyle samo… Brakuje mi też różowej oranżady w ciemnych butelkach z porcelanowym korkiem, którą ojciec kupował nam w sklepie przy Kresowej, wtedy, kiedy jeszcze chodził. Wielu ludzi odeszło, a stare domy pozostały i sterczą w ziemi niczym suche, martwe pnie. Za to dzieciaki babrzą się w kałużach i błocie przy hydrancie, zupełnie tak jak my przed laty. Listonosz Połaniec, jak zawsze, przyjeżdża na Grynbach rozklekotanym rowerem marki ?Ukraina? i wita się swym: ?Uszanowanie drogim paniom?, zupełnie jakby przybył tutaj w odwiedziny. Poczciwy pan Połaniec ? najbardziej uprzejmy człowiek w tej najbardziej menelskiej dzielnicy… Ciągle tu jeszcze zagląda, nawet gdy nie ma do nas listów, choć ja na jego miejscu, po tym, co się stało – omijałabym ten przeklęty dom z daleka…
      Najbardziej brakuje mi w tym swojskim krajobrazie Anny, mojej młodszej siostry, która spogląda na Podgórze zza okratowanych okien szpitala, tego nowego, po drugiej stronie ulicy Czechosłowackiej. Właśnie, po drugiej stronie, bo która to już jesień, gdy Anna milczy, a kiedy na mnie patrzy swym obłędnym wzrokiem w czasie odwiedzin – wygląda jakby nie była z tego świata, jakby stała na drugim brzegu rzeki… Może na drugim brzegu tego Zielonego Źródła, co to podobno dało nazwę naszej dzielnicy jeszcze za Niemców?
      Tamtej jesieni ojciec jeszcze żył, choć był już całkiem sparaliżowany. Poruszał się wyłącznie na wózku inwalidzkim. Babcia Weronka od trzech lat nie wychodziła ze swego pokoju ? była ciężko chora. Po tym, jak zeszłej zimy złamała sobie kręgosłup idąc po zakupy, w ogóle już nie chodziła. Cały czas leżała w łóżku i opowiadała Annie niezwykłe historie, najczęściej nieprawdziwe i zmyślone. Bo co można robić innego, leżąc w łóżku, jak nie zmyślać i wydziwiać? Teraz myślę, że tak naprawdę to babcia miała dobry kontakt tylko z Anną. Nas albo nie chciała widzieć, albo milczała godzinami, gdy już do niej zajrzeliśmy z drugiej izby, by spytać jak się dzisiaj czuje. Starzy ludzie bywają czasami nieuprzejmi, złośliwi i okrutni. Potrafią być nieznośni, jak kwaśny zapach wydobywający się z ich pościeli. Babcia zresztą i tak wolała Annę. Ja się dla niej nie liczyłam. Zawsze miałam wrażenie, że moja siostra była bardziej kochana…
      Matka chciała, by Babcia miała święty spokój, dlatego gnieździliśmy się we czwórkę, w drugim, mniejszym pokoju. Nie, nikt nie miał do niej o to pretensji. Nawet ojciec. To przecież babcia nas utrzymywała, a nie on. On nawet nie miał renty, bo kiedy jeszcze chodził – to zazwyczaj pił, a nie pracował. Nam kupował różową oranżadę, a sobie dwa, trzy owocowe wina. Wypijaliśmy napoje przed sklepem prawie jednocześnie… Potem ojca przynosili koledzy i kładli pod oknem jak ciężką kłodę drewna. Czasami nawet kładli go w kałuży. Żyliśmy w nędzy, z babcinej emerytury; całkiem dobrej emerytury jak na tamte czasy, nie to co dzisiaj… I my, bezbożnicy, modliliśmy się, by babcia Weronka żyła jak najdłużej…
      Ciągle się zastanawiam, czy na miejscu mojej matki postąpiłabym tak samo; czy dziś mogłabym to zrobić z nią, tak, jak ona zrobiła to z Weronką? Sama nie wiem… Jest nam przecież tak samo ciężko, a może nawet jeszcze gorzej. Babci już dawno nie ma, ojciec nie żyje, Anna jest wciąż po drugiej stronie, a ja nigdzie nie pracuję i ledwo wiążę koniec z końcem. Żyjemy jedynie z emerytury matki. Którą to już jesień nią się opiekuję…? Sama nie wiem, co bym dziś zrobiła. Gdy patrzę w smutne oczy Anny, mam ochotę krzyczeć, wyć, tak, jak ona wtedy krzyczała i zawyła, gdy zobaczyła babcię… Czasami nawet mam ochotę zemścić się na matce, choć przecież wiem, że ona to zrobiła tylko dla naszego dobra. Dlatego ja, bezbożnica – jej wybaczam i modlę się, bym nie musiała jeszcze raz przez to przechodzić.
      Pamiętam, jak pewnego listopadowego dnia Anna nagle zawołała mnie i matkę. Siedziała, tak, jak zawsze – przy łóżku babci i bawiła się ?w aptekę? jej lekami. Anna przybiegła do nas i powiedziała, że babcia nagle zaczęła bardzo charczeć, stękać, a potem zawołała: ?Mamo! Mamo!? i tak jeszcze kilka razy.
      - Mamo, babcia cię chyba woła do siebie… ? Anna była strasznie wystraszona.
      Matka rzuciła wszystko, pobiegła z nami do pokoju babci i tylko zasyczała:
      - Co tu się dzieje? ? Po czym odepchnęła od łóżka przerażoną Annę.
      Patrzyła na nas wtedy jakoś złowrogo.
      - Przynieś szybko wodę! ? krzyknęła na swoją młodszą córkę, a potem złapała za głowę Weronkę i podtrzymywała ją tak, jak trzyma się ciało niemowlaka nad łóżeczkiem.
      Zostałam przy matce. Stałam nieruchomo i patrzyłam, jak babcia krztusi się i kaszle niczym gruźlik. Gdy moja siostra wróciła do pokoju niosąc wodę, matka wyrwała jej z rąk kubek i groźnym głosem spytała gdzie są leki. Anna cofnęła się, z założonymi za sobą rękoma i twarzą wpatrzoną w podłogę. Matka tymczasem szybko rozejrzała się po pokoju. Po chwili zauważyła swym obłędnym wzrokiem fiolki, słoiki i pudełeczka ustawione na podłodze. Rzuciła się na nie jak oszalała i podniosła jednym, zręcznym ruchem.
      - Ile razy ci mówiłam, żebyś nie przeszkadzała babci i nie bawiła się lekami!
      Czułam, że chce ją walnąć w twarz jak to zazwyczaj robiła w takich chwilach, ale znów miała zajęte obie ręce, a babcia coraz bardziej rzęziła.
      Anna wybiegła z pokoju. To dziwne, w przeciwieństwie do mnie była taka odważna… A ja jeszcze patrzyłam, jak matka opuszcza głowę Weronki na poduszkę i zastawia łóżko dziurawym parawanem. Przypominało to jakiś rytuał.
      - Idźcie stąd szybko! ? krzyczała, odwrócona do mnie plecami i zajęta podawaniem leków babci. Idźcie natychmiast do ojca!
      Nawet nie zauważyła, że od dłuższej chwili stoję sama.
      Dłużej nie mogłam tego słuchać; nie mogłam na to patrzeć. Mimo, iż miałam wtedy już dwanaście lat i byłam starsza od Anny o całe trzy lata ? niewiele jeszcze rozumiałam z tego, co się działo. Wyszłam z pokoju zła i jakby nieco zawstydzona. Pamiętam tylko, że gdy już byłam w progu drzwi, babcia nagle krzyknęła swym ochrypłym głosem:
      - Mamo, to ty?!
      - Tak, to ja! Tak. Już dobrze, dobrze. Ciii… – odpowiedziała matka delikatnym, jakby nie swoim głosem.
      - Jak dobrze, że wróciłaś, mamo.
      Zamknęłam delikatnie drzwi za sobą i szybko podbiegłam do wystraszonej Anny. Ojciec spał w rogu izby, wtulony w wózek niczym ranny, zmarznięty owad. Anna siedziała pod stołem i płakała. Dopiero wtedy do mnie dotarło, co się dzieje.
      - Iza, jak myślisz, czy babcia Weronka pójdzie do nieba?
      Milczałam, bo nie wiedziałam wtedy, co jej odpowiedzieć. Anna była inna. Na pewno inna ode mnie… Zaczęłam ją tylko głaskać po jej małej, czarnej główce.
      - Tak, babcia na pewno pójdzie do nieba. ? odezwała się, chlipiąc świeże łzy. – Tylko co ja bez niej zrobię… Z kim będę się bawić i rozmawiać?
      Złapałam ją za rękę. Była chłodna i wilgotna.
      - Pani w szkole powiedziała, że kiedyś wszyscy tam się spotkamy, pod warunkiem, że będziemy grzeczni. ? Na moment zacisnęła swoje wąskie wargi i wyszeptała pospiesznie kilka słów, prosto do mojego ucha:
      - Obiecuję ci, że od dziś będę rozrabiała jak tylko umiem, to wtedy babcia może szybko wyzdrowieje i wcale nie pójdzie do tego nieba…
      Siedziałyśmy pod stołem dobrych kilka godzin. Anna trzymała się mnie bardzo kurczowo. Zasnęła mi na rękach, a potem ja sama przysnęłam, opierając się plecami o drewnianą nogę. Obudził nas ojciec. Chciał się napić i zrzucił ze stołu szklankę, którą próbował chwycić po ciemku swymi powyginanymi dłońmi. Wtedy też weszła do pokoju matka. Zapaliła mętne światło. Jej twarz była aż wykrzywiona od zmęczenia. Szybko zamknęła za sobą drzwi na klucz, który schowała do fartucha i oznajmiła, że babcia śpi i nie wolno jej przeszkadzać.
      - Tylko mi tam wejdziesz, to ci nogi z dupy powyrywam! ? zwróciła się do Anny, grożąc jej grubym, napuchniętym palcem.
      Zachichotałam, a matka spojrzała na mnie takim wzrokiem, że pamiętam go do dziś… Zrobiło mi się przykro – w przeciwieństwie do mojej siostry byłam zawsze posłuszna.
      Ojciec o nic nie pytał. Był jak roślina ? wystarczyło go tylko podlewać i czasami myć. Nawet jeść dostawał w płynie.
      My wtedy też nic nie podejrzewałyśmy i o nic nie pytałyśmy. Byłyśmy młode, co również matkę również doprowadzało często do szewskiej pasji.
      - Skaranie boskie z tymi dziewuchami! Miałabym chłopaków, to by przynajmniej w domu coś pomogli… A te dziewuszyska ani mądre, ani też nic dla domu nie zrobią. Ciekawe, kiedy coś zarobią i czy w ogóle coś przyniosą…
      Nie lubiłam jak matka mówiła o nas ?dziewuszyska?. Anna zdawała się nie słyszeć matki w takich chwilach. Ona żyła w swoim świecie, w świecie utkanym starannie przez fantazję ? swoją i Weronki.
      Minął tydzień, jak  matka wypędziła nas z pokoju babci – tego ponurego popołudnia. W tym krótkim czasie zauważyłam jak Annie brakuje wizyt w tamtym pomieszczeniu, jak bardzo brakuje jej rozmów z Weronką. Ja nie lubiłam tam przebywać, mimo, że przecież babcię kochałam prawie tak samo, jak i moja siostra. Drażnił mnie jednak smród wilgoci i wymiocin. Zamiast mówić coś do babci, myślałam tylko o tym, że kiedyś będę śmierdzieć tak, jak ona. Ale Anna od tygodnia była smutna i zagubiona.
      - Mamo, co z babcią? ? spytała wreszcie przy obiedzie.
      - Wszystko dobrze. ? Matka odpowiedziała w miarę uprzejmie, ale już po chwili warknęła na nią jak jakiś wściekły pies: – Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy, gówniaro!
      Po obiedzie kazała nam nakarmić ojca, a sama zaniosła do pokoju babci zupę. Zastanowiło nas, dlaczego zamknęła za sobą drzwi na klucz, ale nie śmiałyśmy jej zapytać, gdy wyszła stamtąd po dwudziestu minutach z pustym talerzem. Widząc nasze zainteresowanie i podejrzliwość w naszych oczach – sama się do nas odezwała:
      - A wam jak zupa smakowała, bo babcia mówi, że jest fest. – Uśmiechnęła się jakoś sztucznie.
      Kiwnęłyśmy twierdząco głowami. Nie odważyłyśmy przyznać się do tego, że ledwo łykałyśmy tę ohydną wodę z obierkami. Ja w każdym razie miałam dosyć tej zalewajki dla ubogich, a Anna całą noc rzygała do miednicy. Powiedziała mi wtedy na ucho, że to nie przez zupę, tylko dlatego, że śniła jej się babcia w trumnie…
      - Głupia! ? powiedziałam, bo byłam na nią wściekła tamtej nocy. To mnie bowiem matka kazała wynieść na dwór rzygowiny w misce.
      I kiedy stałam przed naszym drewniakiem w świetle Księżyca, pochylona nad rynsztokiem, zobaczyłam, że okno do pokoju babci jest całkiem uchylone.
      ?Jak babci nie jest zimno?? ? pomyślałam, ale bałam się odezwać do matki, która już cała trzęsła się od nerwów.
      Nad ranem okno było przymknięte, ale cały czas do pokoju Weronki wpadało świeże, rześkie powietrze. Albo raczej wydostawał się tą szparą przeraźliwy smród. Chciałam tam zajrzeć, ale okno było za wysoko. Poza tym bałam się, że  matka mnie zobaczy i dostanę wciry…
      Ten sam rytuał powtarzał się prawie codziennie: wpierw matka jadła z nami, potem kazała nam zająć się ojcem, a sama wymykała się z jedzeniem do pokoju babci. Powoli zaczęłyśmy zapominać jak babcia wygląda i z nadzieją wypatrywałyśmy przed domem pana Połańca, który raz w miesiącu przywoził na swym skrzypiącym rowerze pieniądze dla Weronki. Kiedy przyjechał z emeryturą na grudzień, na ziemi leżało już sporo śniegu.
      - Uszanowanie drogim paniom! ? Miał przyprószone wąsy i cały płaszcz okryty białym puchem.
      Wyglądał jak Święty Mikołaj na rowerze. Kiedy wszedł do izby i wyciągał z wielkiej, czarnej torby biały kwitek z podczepionymi do niego spinaczem pieniędzmi – marzyłyśmy o tym, by wyciągnął jeszcze dla nas choć jeden mały upominek…
      - A co to Weronka nie chce się dzisiaj widzieć ze mną? ? zażartował, gdy naciśnięta przez niego klamka drzwi do pokoju babci, niespodziewanie stawiła opór.
      - Babcia śpi, a pokój zamykam, bo dziewuszyska cały czas jej przeszkadzają. Co rusz tam wchodzą, budzą ją i hałasują. ? Matka była bardzo zdenerwowana i nieco przestraszona.
      - Święta racja, pani Edyto. Niech starowinka sobie pośpi w spokoju… Święta racja. Pani podpisze tutaj za matkę. Ja was znam, to mogę z wami po przyjacielsku takie sprawy załatwiać. No nie, dziewuszki? ? I pokazał nam swoje wszystkie srebrne zęby.
      Kiedy wyszedł, matka aż westchnęła z ulgą. Lubiłyśmy listonosza, choć ja nie cierpiałam, gdy ktoś mówił do mnie ?dziewuszka? tak samo, jak i nie lubiłam, gdy ktoś mnie nazywał ?dziewuszyskiem?. Połańcowi jednak wybaczałam, bo dzięki temu, co przynosił, mogliśmy żyć do następnego razu.
      ?To był taki głód na kredyt? – Tak matka powiedziała mi, już gdy dorosłam.
      Rzeczywiście drzwi do pokoju babci były cały czas zamknięte. Matka zabroniła nam nawet pojawiać się w ich pobliżu, a co dopiero próbować je otwierać. Dziurkę od klucza, zaraz po śniadaniu, zatykała watą.
      Anna strasznie tęskniła do Weronki. Coraz mniej jadła i miała sińce pod oczami. Pewnego razu powiedziała, że jeśli matka nie weźmie jej ze sobą do pokoju babci, to w ogóle przestanie jeść. Matka spojrzała na nią, a potem tak chlasnęła Annę w twarz, że mojej młodszej siostrze aż wypadła łyżka z ręki. Od tego czasu Anna nie pytała już o babcię, a ja coraz częściej myślałam, o tym, żeby poprosić jakiegoś starszego chłopaka z naszej ulicy, by wdrapał się do okna i zajrzał, co tam się naprawdę dzieje. Bałam się jednak, że sąsiadki zauważą jak majstrujemy coś przy oknie i poskarżą na mnie matce. Wtedy zbiłaby mnie co najmniej na kwaśne jabłko… W naszej dzielnicy aż roiło się od przekupek, plotkarek, podglądaczy i ciekawskich, i nie można było wyjść z domu, nie będąc zauważonym przez te stare baby… Wszyscy wiedzieli kto i kiedy ma rentę, emeryturę i który ile przepił.
      Anna dostała manto jeszcze raz, zaraz po Nowym Roku, kiedy chciała wsunąć babci list szparą pod drzwiami. Gdy matka zobaczyła ją, jak klęczy na podłodze i zagląda do pokoju, mało jej nie skopała. Biła ją przez minutę, a ja w tym czasie szybko schowałam list pod pazuchę.
      - Nudzisz się? To zaraz znajdę ci zajęcie! ? Kazała jej całe popołudnie przynosić do domu z komórki na podwórzu węgiel w ciężkich wiadrach.
      Zachowałam ten list do dziś. Nie, nigdy go nie pokazuję Annie, gdy jestem u niej w szpitalu, choć zawsze mam go przy sobie podczas tych odwiedzin. Na wymiętej i pożółkłej kartce w kratkę, wyrwanej z jedynego zeszytu mojej siostry, widać wyblakłe niebieskie ślady kredki: ?Nawet po śmierci będę cię kochać?.
      Rozumiałam ją doskonale, choć byłam tylko nieco starsza od niej ? nie mogła rozmawiać z babcią, to próbowała chociaż do niej pisać. Dziś, kiedy Anna nie mówi, a babcia dawno już nie żyje – też do niej pisze listy. Rozmawia w nich z nią jak przed laty, a oprócz tego radzi się w swoich ?życiowych sprawach? i chce jej opowiedzieć o tym wszystkim, co widzi dookoła, tam na drugim brzegu… Biorę od niej te listy pod koniec każdego widzenia i oczywiście obiecuję, że dostarczę je babci jak najszybciej. Uśmiecha się wtedy do mnie jak małe dziecko i wiem, że to jedyna taka więź na świecie i że można żyć ze zmarłym… Wiem także, że gdyby nie to wspólne przekleństwo i żałoba, wspólne cierpienie ? nasza wzajemna miłość wyglądałaby dużo gorzej.
      Jednak na wiosnę Anna kompletnie zdziwaczała. Jakby zgodnie z jej wcześniejszą obietnicą z tamtej listopadowej nocy, gdy po raz ostatni rozmawiała z babcią ? zaczęła rozrabiać i robić nam różne psikusy. Wiedziałam o tym, ale bałam się powiedzieć matce ? Anna przestała wtedy chodzić do szkoły. Całymi dniami włóczyła się albo wzdłuż torów na Warszawę – licząc podkłady kolejowe, albo spacerowała wzdłuż czerwonocegłych murów ?Ariadny?, a potem chowała się na terenie pobliskich ogródków działkowych, gdzie przesiadywała nieraz i do późnej nocy. Czasem szukałyśmy jej razem z matką po całej naszej dzielnicy, błądząc między barakami i kikutami domów, niekiedy oślepione przez ostre światło promieniujące z masztów stadionu. Nie, matka już jej nie biła. Ciągnęła ją tylko za rękę, jak ciągnie się nieposłuszne zwierzę. A kiedy Anna siedziała w domu, udawała przede mną i przed matką, że nic się nie stało… Że tamten pokój tak naprawdę nie istnieje. Siedziała godzinami przy brudnym stole. Nie podchodziła do drzwi, bo coraz bardziej stamtąd cuchnęło i nawet ją już to drażniło. Matka zabroniła nam się wspólnie bawić. Więc Anna bawiła się swoją jedyną lalką. Właściwie to wyżywała się na niej, a nie bawiła, bo albo goliła jej włosy maszynką taty, albo robiła jej zastrzyki. Z pełnym zaangażowaniem wstrzykiwała wtedy w dupę lalki brudną wodę, którą napełniała wcześniej w kałuży starą strzykawkę znalezioną na ulicy. Widziałam, że sprawia jej to przyjemność; że dzięki temu się wyżywa. Przestałam z nią rozmawiać. Bałam się jej i coraz bardziej bały się jej także inne dzieci na podwórku. Chłopcy, których opluła raz bez powodu, obiecali, że dadzą jej wielkie wpierdy. Próbowałam ich nawet przeprosić, ale w naszej dzielnicy raczej się nie przebacza. Nawet dziewczynkom.
      Pan Połaniec przestał z jej powodu wchodzić do naszego domu. Podawał matce emeryturę w progu i szybko odjeżdżał, w obawie, że mała Anna go pogryzie. Raz przecież rzuciła się na niego, gdy po raz kolejny, tak, jak zawsze ? spytał jak się dzisiaj czuje babcia Weronka. Matka, strasznie to przeżywała. Teraz zamykała się w pokoju babci nawet na dwie godziny, a gdy akurat była cisza, starałam się podsłuchiwać, co robi tam razem z babcią. Wydawało mi się wtedy, że matka skarży się Weronce i obie płaczą, bo prawie było słychać jak ich ogromne łzy kapały na podłogę.
      Gdy kończył się czerwiec i już było wiadomo, że Anna nie zda do czwartej klasy, matka coraz dłużej przesiadywała w tamtym pokoju. Wychodziła tak smutna i przybita, że już nigdy później w życiu jej takiej nie widziałam… Nawet po śmierci ojca.
      Pamiętam, że raz podeszłam do niej, przytuliłam się i zapytałam:
      - Mamo, co będzie z Anną, co będzie z babcią, co będzie z nami?
      Nie odpowiedziała na moje pytanie, tylko przykucnęła i uśmiechnęła się, jak gdyby nic w ogóle się nie stało.
      - Trzeba dalej żyć, moje kochanie.
      Tak, jestem tego zupełnie pewna, powiedziała wtedy: ?moje kochanie?. Przeraziłam się, bo matka nigdy tak wcześniej do mnie nie mówiła, ani tym bardziej nie mówił tak do mnie ojciec, który z natury był wielkim gburem i zazwyczaj milczał, wtedy, gdy jeszcze w ogóle mógł cokolwiek mówić… Kiedy patrzyłam na niego jak usycha w tym swoim wózku, nienaturalnie wygięty, zapatrzony gdzieś w najdalszy punkt sufitu ? miałam ochotę ściągnąć go na podłogę. Chciałam go wywlec z domu na podwórko, by leżał tam do końca swoich dni w wielkiej kałuży, jak przed paraliżem, gdy przynosili go koledzy. Myślałam wtedy, że to on jest winien wszystkiego, co się stało. Nienawidziłam go. Ciekawe, czy to stąd się wziął mój obsesyjny lęk przed małżeństwem? Wciąż przecież uważam, że mężczyzna, tak, jak mój ojciec ? może przynieść tylko rozczarowanie; że mężczyzna to tylko kłopot…
      Więc kiedy tego pamiętnego dnia, na początku lipca, zaczął się dusić – marzyłam tylko o jednym: by wreszcie od nas odszedł. Matka wpadła w panikę i mało nie rwała sobie resztek włosów z głowy. Wybiegła przed dom na boso, w samej halce, i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. W oczach miała strach. Wpadła jeszcze na moment do środka i zabrała z małej szafeczki nad umywalką resztkę pieniędzy na lekarstwa. Trzymała je w słoiku po musztardzie… A potem pobiegła w kierunku Niciarnianej, zostawiając nas samych z umierającym ojcem. Anna kucnęła przed nim i obserwowała, jak szarpany konwulsjami, przesuwa wózek to w przód to w tył o kilka centymetrów. A ja nie miałam wątpliwości co mam robić.
      Zaczęłam szybko przewracać wszystkie ubrania i szmaty matki, które leżały na komódce i brudnej podłodze. Wiedziałam, że to jedyna okazja by dostać się do babci. Teraz albo nigdy… Rozrzucałam ubrania w powietrzu, wpadając w szał przeszukiwania. I wtedy, właśnie wtedy Anna zrobiła coś, co mnie kompletnie zaskoczyło i unieruchomiło. Podczas gdy ja -stałam wściekła na środku pokoju, a ojciec coraz bardziej rzęził, dusząc się własną śliną ? ona spokojnie podeszła do niego i sięgnęła ręką ku jego chudej szyi. Na żółtej tasiemce, pod brudną koszulą, wisiał klucz do pokoju babci. To właśnie tam ukrywała go przed nami matka, o czym Anna chyba wiedziała już od dawna. Ściągnęła ostrożnym ruchem pętlę z szyi ojca i wolnym krokiem podeszła do przeciwległych drzwi. Byłam bezbronna i bezwolna. Na chwilę zapomniałam o ojcu i tylko przyglądałam się uważnie, jak Anna swą delikatną ręką przekręca klucz w tajemnym zamku. Zrobiła to z taką wprawą, jakby otwierała ten pokój już tysiące razy, jakby to ona, a nie nasza matka, była strażnikiem i opiekunką babci.
      Na moment zamknęłam oczy. Po sekundzie skryłam je jeszcze  w dłoniach, bo czułam, że same powieki nie zasłonią tego, co zaraz mogę ujrzeć. Jakbym się spodziewała, jakbym już wszystko wiedziała… Dlatego może właśnie zapamiętałam tak dokładnie dźwięk, nie obraz: ten przerażający krzyk i wycie mojej siostry, gdy zobaczyła babcię… Krzyk ten do dziś brzęczy w moich uszach. Czasami jeszcze mi się wydaje, że nałożył, się z ostatnimi jękami ojca.
      Podążałam do pokoju jak po linie uplecionej z dźwięków. Na jej jednym końcu stała Anna, na drugim, niczym ryba dławiąca się powietrzem – wił się ojciec. Mogłam jeszcze wybrać ? i jakoś instynktownie wybrałam pokój babci. Ruszyłam.
      Na przegniłym łóżku leżał szarobiały kościotrup. Tym, co mną wstrząsnęło najbardziej – były resztki zębów, nagie i koślawe. Anna leżała na plecach, na podłodze usłanej pajęczynami i martwymi muchami. Wydawało mi się, że cała drgała, a jej pięty stukały o drewnianą podłogę. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, co mam zrobić. Zamarłam. Stałam tak prawdopodobnie do powrotu matki. Nie pamiętam, co się wcześniej działo. Dopiero gdy matka mnie spoliczkowała kilka razy i spytała, co się stało z Anną – zaczęłam cokolwiek kojarzyć. Teraz na widok kościotrupa babci o mało nie zemdlałam. Dopiero po chwili zobaczyłam jak Anna leży na podłodze, tyle, że w innym miejscu i nie na plecach, tylko na brzuchu, z ręką wciśniętą pod głową. Matka zdawała się nie zauważać najważniejszego: faktu odkrycia przez nas zwłok, a właściwie: kości babci. Jeszcze raz mnie spoliczkowała i spytała, co jest z Anną.
      - Nie wiem ? odpowiedziałam.
      Matka niewiele myśląc odwróciła Annę na plecy i sprawdziła czy ta w ogóle oddycha. Oddychała, choć było to coś raczej w rodzaju delikatnego sapania. Po chwili matka znalazła w kącie pokoju kilka pustych fiolek, słoiczków i opakowań po wszystkich lekach babci. Były puste. Rzuciła się na mnie i kazała mi szybko przechylić głowę Anny, a potem wpychać palec do jej ust i gardła, tak, by wszystko zwymiotowała. Sama wybiegła szybko z domu.
      Nie wiem ile czasu minęło, nim wróciła z lekarzem. Może pięć, a może dziesięć minut? Matka nigdy mi nie powiedziała gdzie znalazła tego łapiducha i czy zawołała go do ojca czy do Anny… Ojciec już zresztą nie żył, gdy przybiegli. Udusił się swoimi plwocinami – taki przynajmniej podano nam później wynik sekcji zwłok. Annę udało się uratować, choć tamten lekarz był tak zdruzgotany tym, co zastał w naszym domu, że stracił głowę i prawie nie wiedział co ma robić. Tego samego dnia było u nas kilku Milicjantów. Milicja w tej części miasta to nic nadzwyczajnego, ale oni siedzieli u nas w domu do północy.
      - Za dużo trupów jak na jeden wieczór, obywatelko… ? powiedział jeden z Milicjantów, ocierając ręką pot na tłustym czole.
      - Imię męża? ? rzucił drugi.
      - Leon. ? Matka była przez nich przesłuchiwana jak jakaś morderczyni.
      Było mi jednocześnie wstyd i przykro.
      Dopiero, gdy spytali ją przed północą dlaczego przez dziewięć miesięcy nie mówiła swoim dzieciom o śmierci babci i przez tak długi czas ukrywała zgon swojej matki-staruszki, a nawet: ?dlaczego towarzyszka ukrywała ten makabryczny fakt przed całym światem?, jak podkreślił zapocony grubas ? odpowiedziała z zimną krwią, patrząc im prosto w oczy:
      - Zrobiłam to, by moje córki mogły żyć… Zrobiłam to po to, by nadal pobierać emeryturę swojej matki. I jeszcze jedno: zrobiłam to, żeby ich nie smucić…
      Jednak tego już nie zanotowali. Na szczęście nic jej nie zrobili. Przychodzili do nas jeszcze kilka razy w ciągu roku, pisali raporty, wypełniali rubryki, a potem zabierali ze sobą te sterty papierów. Moja matka, mimo że prosta kobieta, dobrze wiedziała, że karać tak naprawdę może ją tylko los, a on już właśnie to uczynił. Dlatego przyjmowała Milicjantów w domu jak jakiś gości. Choć podawała im jedynie herbatę popularną, bo na więcej nas nie było nawet stać. Straciliśmy przecież emeryturę babci, zaś Anna w wyniku wstrząsu przestała mówić i trafiła do szpitala, na drugą stronę ulicy Czechosłowackiej.
      Odwiedzam ją w każdą sobotę, czasem w niedzielę. Matka nie chce tam chodzić. Zresztą chodzi już coraz mniej i pewnie niedługo będę ją musiała wozić wózkiem, tym samym, w którym przesiedział całe swoje spokojne życie mój przegrany ojciec… Boję się. Boję się, że…, ale nie chcę nawet tego wypowiadać, ani o tym myśleć.
      A Grynbach, czy jak kto woli Podgórze? Niewiele się tu zmienia… Może tylko pory roku, ale i one się przecież powtarzają jak historie… Prędzej szpitalny wieżowiec, ten bez okien, który stoi tu od tylu lat i przypomina wrak wielkiego statku ? odpłynie stąd w dalekie morze, nim będzie tu bogato i spokojnie… Choć jak opowiadała mi kiedyś moja siostra Anna, a jej opowiadała babcia, dawno temu rządzili tu ponoć niemieccy koloniści, potem widzewscy dziedzice, a poczciwa Niciarnia była własnością jakiejś spółki z Glasgow… Nie jestem jednak pewna czy można wierzyć Annie albo tym wszystkim opowieściom babci. Dla mnie Grynbach to zawsze będą: kocie łby, nasz drewniak i te rynsztoki, płynące niczym Ganges. Jestem przykuta i przywiązana: do tej dzielnicy, do Anny i do mojej matki. Na więcej nie mam czasu. Może właśnie dlatego nigdy się stąd nie ruszę? Ludzie mówią przecież, że po latach kocha się głównie z przyzwyczajenia… Ile to już lat? Nie chce mi się liczyć…

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      Tych około parę lat temu..., 7.0 out of 10 based on 1 rating
      Podaj dalej:
      • Google Bookmarks
      • Blip
      • Google Buzz
      • LinkedIn
      • MySpace
      • Pinger
      No Comments
     
    Get Adobe Flash player