-
Wielkie pranie
No CommentsArkadiusz Jadczak
- Aniu – krzyknęła matka przez okno – przyprowadź Rambo do domu!
- Dobrze mamusiu. – Dziewczynka wyrzuciła patyk, którym bawiła się w ogrodzie i poszła w kierunku winogron.
Brodziła w suchych liściach rozgarniając je nogą, jakby szukała muszli w wodzie.
Patrzyła na ziemię. Przyglądała się przegniłej trawie w kolorze zepsutej papryki. Zawsze jesienią znajdowała wśród liści małe zabawki, które gubiła latem podczas zabaw z sąsiadką.
Basia, jej rówieśniczka, córka właścicieli domu stojącego tuż obok, przychodziła do nich dość często. Strasznie bała się Rambo, więc pies zostawał w domu, gdy dziewczynki biegały w ogrodzie.
Ania spojrzała z nostalgią w kierunku domu sąsiadki. Nie było ich już trzy dni.
Nie wiedziała, gdzie pojechali. Było jej smutno, że Basia nie przyszła nawet powiedzieć, dokąd jedzie z rodzicami.
Postanowiła jeszcze się upewnić i poszła w najdalszą część ogrodu. Tu, w rogu, gdzie nie ma już winogrona, tata palił śmieci i nie pozwalał Ani na zabawę. Stąd jednak dobrze widać taras domu państwa Leśniewskich.
Powoli zapadał zmierzch, dlatego dziewczynka nie bała się, że zostanie zauważona przez ojca. Wydało jej się, że matka ponownie krzyknęła przez okno. Przyśpieszyła więc kroku. Ominęła taczki, kopiec popiołu i jej oczom ukazał się Rambo. Stał w dużej dziurze wygryzionej w ogrodzeniu.
- Maaaaamooooo! – przeraźliwy głos Ani odbijał się od nagich drzew i wędrował w kierunku domu – Maaaamoooo!
Kiedy rodzice dobiegli do dziewczynki, Ania siedziała w kucki i płakała. Obok niej stał Rambo wspięty na swoich muskularnych łapach. W jego wciętym pysku wisiał Azor – biały kundel państwa Leśniewskich.
Matka podniosła dziewczynkę z ziemi i przytuliła do siebie.
- Ciiiii – wyszeptała.
Ojciec podszedł do psa. Ich podpalany rottweiler był najbardziej przywiązany do pana Białeckiego. To ojciec wydobył z niego posłuszeństwo i teraz Rambo słuchał przede wszystkim taty Ani.
- Rambo! Siad! – krzyknął.
Pies spojrzał na ojca migdałowymi oczami i wolno usiadł na opadającym zadzie.
W pysku trzymał cały czas psa sąsiadów, który wyglądał jak duża ryba.
- Dobry pies. A teraz otwórz pysk! – Pan Białecki złapał Rambo za głowę i cisnął drugą ręką na mocne kości policzków psa.
Po drugiej próbie martwy Azor upadł na ziemię. Ojciec Ani złapał Rambo za kark, podszedł do żony i córki, i nie zważając na Azora, odprowadził wszystkich do domu.
- Ania jest w szoku. Połóż ją spać. Potem zajmiemy się tym kundlem – powiedział już w korytarzu i poszedł do garażu po stary koc. Wcześniej zamknął Rambo w kuchni.
Matka zajęła się córką. Wiedziała jak bardzo Ania lubiła psa sąsiadów. Tymczasem zabił go ich własny czworonożny ulubieniec.
Pan Białecki poszedł do ogrodu. Bez trudu odnalazł zwłoki psa. Rozłożył na ziemi stary wełniany koc, którego używał przy naprawach samochodu i przeniósł na niego Azora.
Nie widział żadnych ran i szczegółów. Było ciemno i chciał jak najszybciej zabrać psa do domu.
- Gdzie Ania? – spytał żonę, gdy otworzyła drzwi wejściowe.
- Leży w łóżku i płacze, ale już się uspokoiła. Zaraz uśnie.
- Idę z nim do łazienki. – Pokazał na zawiniętego w koc psa, którego trzymał jak niemowlaka. – Przyjdź do mnie, jak tylko będziesz mogła.
Matka poszła do pokoju Ani. Usiadła przy niej i zaczęła ją głaskać po małej głowie. Dziewczynka przestała płakać.
- To się zdarza córuniu – odezwała się po dłuższej chwili. – Psy często się gryzą.
Po chwili Ania już spała, tuląc do siebie pluszowego pieska. Pani Białecka wyszła po cichu z pokoju córki, delikatnie domknęła drzwi i skierowała się do łazienki.
Ojciec Ani stał przy pralce, na której położył Azora. Nic jeszcze z nim nie zrobił. Odwinął tylko koc i patrzył na zwłoki, jak na świątecznego karpia. Było mu trochę żal tego stworzenia i jednocześnie myślał, jak by się do niego zabrać.
- Leśniewscy chyba zabiją naszego psa, jak się dowiedzą, że to Rambo zagryzł Azora.
- Zobacz, Piotrze, on nie ma jakiś dużych ran – zauważyła pani Białecka.
- To skąd ta krew?
Zwłoki Azora były oblepione ziemią, krwią i śliną Rambo. Jego oczy zmatowiały jak u zdechłej ryby.
- Powiemy Ani, że Azor wyzdrowiał. Umyjemy go i oddamy Leśniewskim – zaproponował pan Białecki
- Jak to oddamy???
- Zwyczajnie. Wsadzimy do budy. Jak go znajdą, pomyślą, że zdechł. Przecież nie ma ran szarpanych. Uwierzą na pewno.
- Piotrze, opanuj się! – protestowała żona.
- Nie żyjemy z Leśniewskimi w najlepszych stosunkach.
- Zrobisz jak zechcesz… Tak czy inaczej trzeba go umyć. – Pani Białecka sięgnęła po kosmetyki Rambo, które stały za pralką.
Puścili wodę i przenieśli zwłoki do wanny.
- Jest za gorąca – stwierdziła.
- To nie ma już znaczenia. – Pan Białecki wpierw tarł sierść Azora ręką, a potem sięgnął po szampon. Polał nim trochę wzdłuż grzbietu psa i zaczął wcierać we włosy. Azor cuchnął przeraźliwie. Smród nie ginął nawet w trakcie kąpieli. Za to kawałki błota, skrzepy krwi i piana po ślinie Rambo zniknęły bez problemu. Wśród śnieżnobiałych włosów nie było widać żadnych ran. Tylko na szyi Azora perliły się dwa małe nakłucia od zębów Rambo. Były jednak mało widoczne.
- Co ten nasz pies mu zrobił? – zastanawiała się Pani Białecka, przystawiając dwa palce do małych dziurek w sierści martwego Azora, jakby chciała je zalepić lub zagoić ranę.
- Złapał go za szyję i pewnie tarmosił jak szczeniaka. Azor stracił trochę krwi i po wszystkim.
- Może mu coś złamał w środku. Na zewnątrz niewiele widać.
- Rambo to duży pies. Wystarczy, że go raz ścisnął.
- To jednak twoja wina. Pamiętasz jak sztukowałeś siatkę w końcu ogrodu? Wiedziałeś, że Rambo może ją przegryźć.
- Zabrakło mi pół metra. Musiałem sztukować – tłumaczył się Pan Białecki. – A może
to Azor przegryzł ogrodzenie?
- Co to ma za znaczenie. – Kiwnęła głową ze złości.
Włosy Azora zatkały spływ w wannie. W czasie, gdy rozmawiali, nabrało się dużo wody i pies prawie utonął.
- Uważaj! – krzyknęła. – Chcesz go jeszcze wypełnić wodą!
Pan Białecki oczyścił sitko. Woda szybko spłynęła. Zakręcił kran i poprosił żonę by wytarła psa.
- Nie będziemy go trzymać w domu. Pójdę sprawdzić czy nikt się nie kręci koło Leśniewskich. Potem go zaniosę.
- Nie chcę mieć z tym nic wspólnego – odpowiedziała mężowi, który patrząc na nią prosił wzrokiem o pomoc.
- Tylko nie wycieraj go ręcznikiem. Strasznie śmierdzi. Weź jakieś szmaty. – Ojciec Ani wyszedł z łazienki i poszedł się ubrać do korytarza.
Pani Białecka wyjęła Azora z wanny. Położyła na pralce i poszła do kuchni po dużą ścierkę do naczyń, którą i tak chciała niebawem wyrzucić. Kiedy otworzyła drzwi kuchenne Rambo skoczył na nią liżąc jej dłonie.
- Odejdź. Odejdź ty niedobry psie! – Odepchnęła go gwałtownie.
Rambo odszedł do kąta. Pani Białecka wzięła ścierkę, zamknęła drzwi i wróciła do łazienki.
- Ty biedny kundlu – przemówiła do Azora i zaczęła go wycierać. Futro psa było jednak ciągle mokre.
- Weź suszarkę – odezwał się nagle zza pleców żony pan Białecki.
- Co?
- Weź suszarkę. Będzie szybciej. Teraz jest dobra okazja, by go oddać Leśniewskim.
- Chyba przesadzasz! – Pani Białecka spojrzała na męża jak na zbrodniarza. Kiedy jej oczy zwężyły się nieco, sięgnęła do swojej szafki po suszarkę do włosów. Niczym automat wykonała polecenie, które w pierwszej chwili wydało jej się absurdalne.
Szybko wysuszyli psa, który wyglądał teraz jak kula białego futra. Ojciec Ani wykonał jeszcze kilkanaście pociągnięć szczotką, rozprostował sierść Azora w kilku miejscach i zapakował psa w reklamówkę ?Marlboro?.
- Idę z nim. Zaniosę go do budy i wracam.
Pani Białecka stała jak wryta. Patrzyła na tę ostatnią drogę psa sąsiadów i było jej żal małego kundla, który często podbiegał do ich płotu. Zdenerwowana już wcześniej samym faktem śmierci Azora, zaczęła szybko ściągać wilgotne jeszcze skarpetki suszące się na sznurku, tuż pod sufitem w łazience. Płakała.
Ojciec Ani przeszedł przez ogrodzenie domu państwa Leśniewskich w miejscu do tego najlepszym – nad furtką.
Przedtem przełożył delikatnie torbę z Azorem. Skierował się do budy, która stała po drugiej, niewidocznej stronie domu.
Kiedy do niej doszedł, rozejrzał się raz jeszcze, choć dookoła patrzyła tylko noc swoimi czarnymi oczami. Dopiero teraz się bał i uświadomił sobie, że trzyma w ręku zwłoki psa. Wyjął Azora z reklamówki, poprawił jego wygląd rozczesując palcami zbitą sierść i spróbował postawić na ziemi. Śmierdzący niczym siedemnastowieczny kuter wydobyty z głębin morza – pies – tylko przez moment utrzymał się na sztywnych łapach, a potem upadł na bok.
Pan Białecki ponowił próbę. Azor znów, przez chwilę, wyglądał jak koń na biegunach, a kiedy leżał na ziemi podobny był do pluszowego misia.
Ojciec Ani podniósł psa z ziemi, trzymając go na bezpieczną odległość. Azor mimo, że wykąpany i umyty, śmierdział na kilometr.
Zdenerwowany całą sytuacją, włożył martwego psa do jego budy jak chleb do piekarnika i nawet nie sprawdził, czy Azor dobrze leży. Szybko podszedł do furtki, przeskoczył ją, jakby przed kimś uciekał i znikł we wnętrzu swojego domu.
Nazajutrz o świcie wziął się do naprawy siatki w ogrodzie. Jak tylko umiał najlepiej dosztukował kawałek ogrodzenia, likwidując wygryzioną przez Rambo dziurę.
Ich pies wychodził tego dnia tylko na krótkie spacery z Panem Białeckim. Matka Ani wywiozła dziecko do babci, żeby jak najszybciej zapomniało o tym, co się stało wczoraj wieczorem w ogrodzie. Leśniewscy nie wracali.
Wrócili na drugi dzień. Pan Białecki reperował rynnę, kiedy usłyszał wołanie sąsiada od strony ogrodzenia.
- Panie Piotrze! Niech pan pozwoli na moment! – krzyczał tamten machając ręką.
Ojciec Ani odłożył śrubokręt na ziemię, wytarł czoło udając, że jest zmęczony i ruszył w kierunku płotu z opuszczoną głową. Idąc tak, zastanawiał się, co powie, jak się wytłumaczy. Tysiące kłamstw przychodziło mu do głowy w trakcie tej dziesięciometrowej drogi. Kiedy podszedł do siatki wyciągnął przyjaźnie rękę do sąsiada. Tylko na tyle było go stać w tej chwili. Spojrzał jeszcze prosto w oczy Leśniewskiemu plącząc się w jego krzaczastych brwiach. Leśniewski był podniecony.
- Niech pan sobie to wyobrazi!!! – mówił przejęty. – Pięć dni temu zdechł mi pies. Zakopałem go w końcu ogrodu, pod gruszą. Wracam dzisiaj z rodziną, a nasz Azor leży w budzie jak żywy!GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze