-
Bardzo wesołe miasteczko
No CommentsArkadiusz Jadczak
My, chłopaki z Łąkowej trzy przez pięć – a było nas kilku przemądrzałych w grupie starszaków w przyzakładowym przedszkolu – prześcigaliśmy się w tym, kto jechał już sto kilometrów na godzinę samochodem. W trakcie leżakowania wymienialiśmy się znajomością marek najfajowszych aut, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie który jest lepszy. – Polski Fiat 127 p – krzyczał Marcin. – 132 p! – odpowiadał Jacek. Niektórzy znawcy twierdzili, że Ford Mustang albo Mercedes Benz 200… Auta z importu znaliśmy zresztą tylko z opowieści dorosłych. A ja, nie wierząc w to, że kiedykolwiek będę miał auto – byłem dumny, że moi rodzice zabierali mnie często do Lunaparku, gdzie jeździłem w tamtym czasie przede wszystkim kolejką “Santa Fe”. Była też, wbrew pozorom, nudna dla mnie jazda na kucykach czy wręcz wstydliwa dla chłopaka jazda na karuzeli z cukierkowymi słonikami… Godziłem się na nie, bo główną atrakcją i tak była przede wszystkim przejażdżka “Santa Fe”. To nic, że sunęła w kółko po tych samych, wąskich torach i była nieco większa od mojej ulubionej kolejki Piko… To nic, że w środku było ciasno, a każdy chciał siedzieć przy dzwonku, którym można było dzwonić do woli, jeśli tylko udało się komuś do niego dopchać. Mrużyłem oczy i wydawało mi się, że jestem na Dzikim Zachodzie, a że w telewizji oglądałem głównie westerny – przenosiłem się w marzeniach na prerie… Mama stała i machała mi ręką przy każdym okrążeniu, zupełnie jakbym odjeżdżał zza ocean. Tata spięty ostrzył obraz w obiektywie swojej Prakticy, prawie nigdy nie mogąc zdążyć z wykonaniem pamiątkowego zdjęcia na diapozytywie ORWO. Był siedemdziesiąty dziewiąty. Kiedy dziś patrzę po trzydziestu latach na ten slajd – widać wyraźnie jak wypłowiały kolory mojego płaszczyka z wełny Made in Poland. ?Santa Fe? wygląda jeszcze piękniej – jej żywe kolory: czerwień, żółcień i błękit przetrwały w przeciwieństwie do zakładów Original Wolfen i samego DDR. Z czasem wspomnienia stają się coraz bardziej wyraźne…
***
- Chodźmy do Beczki strachu! – wujek Andrzej, który przyjeżdżał do nas ze swoją rodziną dwa razy w roku: wiosną i jesienią przez prawie całe lata osiemdziesiąte – zawsze miał pociąg do adrenaliny. Podniecony wdychał spaliny motocykla pędzącego dookoła wnętrza wysokiej drewnianej beczki i aż wzdychał z podziwu. Tata gardził sportami motorowymi, więc tylko dwaj, razem z wujkiem staliśmy w chmurze spalin nachyleni nad wnętrzem beczki niczym nad wulkanem i podążaliśmy wzrokiem za przemykającym kaskaderem. Kręciło mi się w głowie od tej jazdy, a co dopiero musiał czuć ten facet… Momentami zatykałem uszy – taki był ryk silnika. To była Java z tego co pamiętam. Za każdym razem spodziewałem się katastrofy. Nie miałem jeszcze wtedy w szkole fizyki, nie wiedziałem jak to jest możliwe, że ten szalony jeździec z zasłoniętą twarzą jakąś białą chustką, okuty w groźnie wyglądający kask – jeździ w beczce ?przyklejony? do obłej ściany… Wujek zresztą też nie potrafił mi tego wytłumaczyć, on bowiem do fizyki w szkole już nie doszedł. Ale cieszył się jak dziecko i klaskał z gracją po tym spektaklu niczym miłośnik klasycznej opery. – Psia jucha! Jak on to robi? – wujek próbował każdorazowo i bezskutecznie rozkminić zagadnienie, a że sam jeździł na motorze – to podejrzewam, że zabrakło mu tylko tak dużej beczki, aby sprawdzić to empirycznie… Z ?Beczki strachu? szliśmy od razu do położonego nieopodal baraku ?Głowy Medium?. Wujek obeznany z procedurą – szykował już przy wejściu swój wymięty dowód osobisty i pchał się do pierwszego rzędu jakby chciał krzyknąć: ?Wybierz mnie!?. Ale nigdy mu się nie udało – za to jak ?Głowa Medium? odgadywała czyjś numer dowodu, datę urodzenia lub drugie imię ?klienta? – Wujek Andrzej był pewny, że mamy do czynienia z zaświatami… Otwierał usta szeroko niczym szczupak i zastygał w bezruchu. Mnie ?Głowa Medium? przerażała. Wiedziałem, że to trick, ale nie potrafiłem nawet podejść racjonalnie do tematu. Czułem się, jakbym obejrzał jakąś zakazaną rzecz, dziwactwo, coś, czego jako dzieciak nie powinienem jeszcze oglądać. To mnie podniecało. Dlatego tak bardzo lubiłem tam wchodzić. I też pchałem się do pierwszego rzędu. Potem było też dość perwersyjnie. Zwykle przenosiliśmy się do ?Gabinetu luster?, w którym obserwowałem jak wuj 115 kilo żywej wagi chudł w oczach, a raczej w krzywym zwierciadle… Jego olbrzymie tatuaże na ramionach i piersiach: monstrualnych rozmiarów Kaczor Donald, tajemnicza długowłosa nieznajoma, wesoła Myszka Miki – nabierały dziwnego wyrazu twarzy. I to mnie także przerażało, ale wiedziałem, że tu nie ma żadnych sił nadprzyrodzonych, więc śmiałem się do łez. Wuj też.
***
Wizyta na ?Fali?, spacer po parku ?Zdrowie?, buszowanie po prawie bezludnym Ogrodzie Botanicznym – zapuszczanie się jak najdalej od domu na pierwsze randki z dziewczynami – najlepiej rówieśniczkami z sąsiedniej szkoły… Najwyżej ceniona i tak była wycieczka do Lunaparku, gdzie przede wszystkim chodziło oczywiście o szpan podczas opłacenia dziewczynie biletu wstępu na teren wesołego miasteczka (tak, wtedy płaciło się za wstęp przy głównym wejściu). Nie każda dziewczyna chciała tam iść, ale jeśli już któraś poszła – zawsze chciała przekonać się z jakim twardzielem ma do czynienia. I wcale nie chodziło o popisy na strzelnicy, na której lufy wiatrówek były tak skrzywione, że szczytem umiejętności było już trafienie w tarczę… Zresztą ?dziewczyny z ikrą? gardziły sztuczną różą… Im chodziło o coś bardziej ekstremalnego, a to mogła zapewnić tylko ?Kolejka górska?. Pamiętam, że już jak się stało pod tym kłębowiskiem stalowych torów – człowieka przechodziły ciarki… A potem nadjeżdżała królowa Lunaparku grzechocząca niczym wąż grzechotnik. Obsługa żądała często dokumentu potwierdzającego odpowiedni wiek (z tego co pamiętam było to piętnaście lat, a może dwanaście?), ale szło się z nimi dogadać. Dobrze wiedzieli po co stawało się z tak zwaną ?płcią przeciwną? na podeście startowym. Człowiek ryzykował reputację w szkole, na podwórku, wizerunek i poważanie u pięknych kobiet, a to w tym wieku jest dużo ważniejsze od potencjalnego kalectwa… Jak już się przeżyło zapierający dech w piersiach najdłuższy zjazd i kilka szalonych zakrętów w niewiarygodnie przekrzywionym wagoniku – zakochanej parze zostawał tylko lód na patyku ?Bambino?, kupowany w błękitnej budce stojącej przy alejce prowadzącej do wyjścia. Nie pamiętam jaki trzeba było mieć budżet, ale była to dość kosztowna randka. Było warto – przynajmniej w jednym przypadku. Powrót do domu za rękę z Ewą i podziw w gronie kolegów w trakcie opowieści o tym dniu, dał mi na długo wiarę w siebie.
***
Potem chodziło się tam na wagary. Czasem z nudów, czasem w poszukiwaniu gotówki, a czasem tylko w poszukiwaniu kłopotów. Lata osiemdziesiąte powoli się kończyły, romantyzm Lunaparku został wyparty przez pieniądze. Pojawiły się automaty na pieniądze, powiało hazardem. To było nasze małe, ale wesołe Las Vegas… Na niektórych automatach można było grać po okazaniu dokumentu tożsamości. Nie było przebacz. Tam, gdzie pojawiały się duże pieniądze – nie było miejsca dla małych uczynków. Nie wpuszczano nas zatem do środka najważniejszego budyneczku tuż przy samym ogrodzeniu. Jabłońskiemu udało się kiedyś przechytrzyć bramkarzy i wejść na moment do środka. Ale zwykle patrzyliśmy z zewnątrz jak dorośli zbijają fortunę – wtedy tak myśleliśmy. Czasem udało się znaleźć w trawie jakąś monetę. A może żeton, nie pamiętam – bo był taki moment, że oficjalną walutę Lunaparku stanowiły żetony wykonane z lichego plastiku. Muzyka grała coraz głośniej – wieczna dyskoteka, nieważne: rano czy w południe. Ze skrzeczących głośników bardzo często leciały nasze ulubione kawałki. Kręciło się tam wtedy w środku tygodnia mało osób, ale każda z nich była jakaś podejrzana. Ciekawiło mnie zarówno kim są Ci ludzie, którzy zamiast być w pracy przyszli właśnie tutaj w godzinach przedpołudniowych, jak i to, kim są Ci ludzie, którzy obsługują karuzele prawie z pustym przebiegiem i inne urządzenia będące na wyposażeniu wesołego miasteczka. Zawsze myślałem, że to są cyrkowcy, żyjący w drodze niczym Cyganie. Ale miasteczko stało od lat, a przecież żaden cyrkowiec nie wytrzymałby tyle lat w jednym miejscu. Mimo coraz częściej rządzącego tą rzeczywistością pieniądza – był to wciąż magiczny świat. Kolorowe żarówki świeciły jakby żyły własnym życiem i same dyktowały sobie nierówne tempo, kasjerki o wielkich piersiach uwięzione w budkach ze spawanej blachy uśmiechały się szyderczo, w powietrzu unosiły się odgłosy i piski ludzi fruwających pod niebem na rozpiętych parasolkach… Nieśmiertelny, magiczny świat spozierający zza ogrodzenia. Pachnący kiełbaską z rożna i musztardą sarepską, podawanymi na tekturowych tackach… Kicz. Ale i zawrót głowy połączony z kołataniem serca. Odrobina strachu, mdłości; próba odwagi i wytrzymałości. Byli bowiem i tacy, którzy wymiękali na ?filiżankach?, gdzie na jednym drewnianym podeście tej szalonej karuzeli zbiegały się wszystkie możliwe prawa fizyki, aby … No właśnie? Aby co? Chyba aby pamiętać te kilka minut długo jako niespotykane przeżycie, przygodę odbytą w środku blisko milionowego miasta. Aby oderwać się na moment od szarej rzeczywistości, przemykającej teraz w szalonym tempie przed oczyma widza wciśniętego w fotelik karuzeli. Jednak już wtedy karuzele powoli odchodziły w niepamięć. W końcu przejadły mi się niczym wata cukrowa czy obwarzanki sprzedawane tuż za bramą Lunaparku na szarym sznurku wykonanym z papieru.
***
W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych chodziliśmy tam w wąskim gronie już wyłącznie ?dla obciachu?. Wpadaliśmy do Lunaparku na moment, niejako ?po drodze?, aby pozderzać się małymi samochodami elektrycznymi z przyczepionym na tyle drutem-pantografem. Odwiedzaliśmy wcześniej świadomie wzgardzony przez nas ?Zamek strachów? jako szczyt obciachu, bardziej z ciekawości, żeby sprawdzić jaki numer odwali tym razem obsługa zamku, kto się w czym pomyli, co przeoczy, z czym przesadzi (słynny dotyk niewidzialnej łapy) i czy Pan Goryl to przebrany gość czy raczej lalka, kukła… Koledzy wygłupiali się także na ?Łańcuchach?, łapiąc się za foteliki, odpychając, okręcając się nawzajem dookoła. Mnie już od samego patrzenia na dole chciało się rzygać – to chyba dla mnie największe wyzwanie do dziś: wytrzymać jedno okrążenie na ?Łańcuchach?. Do tej pory boję się skorzystać z tej karuzeli. Nigdy na niej nie jeździłem i chyba już tak pozostanie… Zresztą na dłuższą chwilę zapomniałem o Lunaparku. Bardzo często przechodziłem tamtędy, ale ani widok dawnego magicznego świata, ani dochodzące mnie stamtąd dźwięki nie robiły na mnie wrażenia, aż do momentu kiedy…
***
O wizytę w Lunaparku poprosiło mnie tego lata moje dziecko. I nagle znów odkryłem świat kolejki ?Santa Fe?… Świat prawie tych samych tajemniczych kolorowych maszyn – teraz wzbogaconych o wielkie pompowane zjeżdżalnie, ?karuzele młoty?, bardzo wyszukane sposoby zakręcenia ludziom w głowie, urządzenia, przy których trzeba chwilę postać, aby zrozumieć co tam będzie się działo i w jakich płaszczyznach za chwilę znajdzie się nasze ciało, jeśli skorzystamy z tej atrakcji i naszej odwagi… Teraz miasteczko wydało mi się jednak dużo mniejsze. Czułem się jakbym chodził na szczudłach, patrzył z innej perspektywy. Podróż przez ?Zamek strachów? z nieco przerażoną córką przytuloną do mnie w wagoniku trwała moment… Byłem trochę zawiedziony, moje dziecko wręcz przeciwnie. Stałem nieco zdołowany z aparatem fotograficznym Nikon, robiłem pamiątkowe zdjęcia, a raczej aparat robił je za mnie, patrzyłem refleksyjnie na moją żonę machającą nam ręką na pożegnanie, kiedy odjeżdżaliśmy z córką samochodzikiem z napędem elektrycznym… Wcale nie było mi wesoło w tym całkiem wesołym miasteczku. Kiedy później obejrzałem zdjęcia z tej wizyty w Lunaparku – prawie w ogóle nie zwracałem uwagi na doskonałe kolory (Kodak) – zrozumiałem za to, co czuł mój tata, kiedy podczas wizyt ze mną jako dzieckiem w wesołym miasteczku – zazwyczaj milczał… Ja podczas tej ostatniej wizyty też milczałem. Pomyślałem o tym, że nie tyle przeminął ten świat, co przemijam ja sam… Zadałem sobie pytanie: kiedy wrócę tu znów po dłuższej przerwie? Może jako dziadek wraz ze swoim wnukiem? Na pewno nie wrócę tu już z wujkiem Andrzejem, bo od kilku lat, psia jucha, już nie żyje, ?wącha kwiatki od spodu?, jak zwykł mówić o umarłych. ?Głowa Medium? pewnie podałaby mi za dopłatą dokładną datę tej wizyty, ale teraz chwilowo przebywa gdzie indziej, zresztą nie wiadomo jakie medium wybrała… A w ?Gabinecie luster?, gdybym tylko do niego wszedł – zobaczyłbym pewnie siebie wychudzonego lub przeciwnie: mocno grubego, tak, jak będę wyglądał być może za te kilkanaście lat. Ale póki co nie chcę przeglądać się w krzywym zwierciadle. Póki co mrużę oczy i wydaje mi się, że jestem na Dzikim Zachodzie, jadę w wagonie kolei ?Santa Fe?. Z czasem rzeczywistość staje się coraz bardziej rozmyta…
Tekst zajął pierwsze miejsce w konkursie: “Lunapark wczoraj i dziś”
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze