-
DOMENOT
No CommentsArkadiusz Jadczak
Dla Ani
Dobrze że jesteś
Dobrze że mniej próżni
Krzysztof Sapkowski
Nie żebym ja z nią… Nie. Przynajmniej nie od razu. Choć kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem pod gołym niebem, dotykałem wzrokiem całego jej ciała, tak, jakbym chciał dostrzec najdrobniejszy puch jasnej skóry; by go moczyć językiem i rozgarniać wśród kropel, jak kępy młodej trawy po deszczu.
A przecież była noc. I środek lasu. Pensjonat. Ludzie też jakby obcy. Dookoła sterczały wysokie sosny niczym strzeliste wieże gotyckich kościołów. A ONA swymi wielgachnymi i ciemnymi oczami próbowała mnie odstraszyć jak kot. Przemykała po tarasie tego domu, czając się to tu, to tam. Widziałem, że widzi. Czułem, że czuje. Śmiałem się, że się śmieje…
A rzęsy? To nie były rzęsy – to były długie konary drzew bezlistnych w kolorze wron. Kiedy z nią tańczyłem, bałem się w nie zaplątać. Bałem się w ogóle patrzeć prosto w te wielgachne i ciemne oczy. Bałem się, że w nich utonę. Choć strach to był niewielki i taki przyjemny, jak nie strach zupełnie.
To było wszystko, zanim powiedziała mi, że jestem wariatem.
- Słuchaj, zakochałem się – przyznałem się przyjacielowi, tuż po powrocie z tej potańcówki, gdzie ją spotkałem.
- A zdarza się… – westchnął. – Po prostu wypiłeś za dużo wódki.
Nie wierzył, choć po kilku godzinach sam zauważył, że coś nie tak. Bo przecież nic nie piłem i to mu powiedziałem, kiedy tak chodził od ściany do ściany i mi się przyglądał.
Śmiałem się do niego i cały byłem jak dziecko, któremu obiecano Zoo albo Lunapark w słonecznoniedzielne popołudnie. Zawsze powtarzał, jakby na pocieszenie, że kobiet jest dwadzieścia milionów. A teraz nic o tym nie mówił. Tylko patrzył i kiwał głową z niedowierzaniem, a potem rzucił coś w rodzaju: ?Ej, stary, wpadłeś jak kot w pomidory!?.
- Ale to dobrze. Przyda ci się.
To pamiętam.
*
To dziwne; to jedno z pierwszych jej pytań, bo te przecież zazwyczaj są chybione – ?Czy lubię psy??.
- Owszem. Bo sam czuję się jak pies – odparłem i zawahałem się czy mnie zrozumie.
Nie chciałem mówić o tych minionych latach, pomyłkach. Żadnej litości dla nich nie mam, żadnego żalu. Były, a teraz jest ONA. Nawet sobie nie zdawała sprawy, jak szybko robi się ważna, jak szybko dokonuje przewrotów kopernikańskich w mojej głowie i cała ta moja spaczona przez kobiety psychika, wywraca fikołki. Raz w przód, raz w tył. Przez tydzień, może dwa, czułem się jak radziecki kosmonauta w stanie nieważkości. Wszyscy na mnie patrzyli, a ja unosiłem się i opadałem. Zupełnie samoistnie. Jak płacz przez sen…
Zresztą to ONA pierwsza powiedziała, że to kosmos.
Oczy – migdały, piersi – pomarańcze, choć może nieco mniejsze – jak mandarynki, ale to nic, bo przecież kształtne i piękne w tym kształcie i jeszcze gęsia skórka na pośladkach, a brwi jak dwa półksiężyce nad oczami, trochę cygańskie i cała ONA cygańska z tymi czarnymi włosami nie tylko na głowie… Czy może być coś czarniejszego?
I mógłbym snuć tak jeszcze dalej kolejne zwrotki mojej piosenki nad piosenkami, tylko nie chcę: bo wolę patrzeć i sycić się nią, jak widokiem uroczej okolicy, gdzie ostry zapach siana atakuje nozdrza doprowadzając je do rozkoszy, a oczom rodzą się wszystkie barwy; bo ONA nie lubi baroku, jak mi powiedziała, a mnie ten barok by chyba groził, gdybym ją zaczął opisywać. Więc powiem tylko, że przeczytałem ?Pieśń nad Pieśniami? i wcale mi się nie podobała, z wyjątkiem jednego małego fragmentu. Napisałem jej o tym w liście i ONA chyba zrozumiała.
Mój miły sięgnął ręką przez otwór u drzwi,
a wnętrzności moje zadrżały ku niemu.
To te wnętrzności tak mi się spodobały! Bo o nich wcześniej rozmawialiśmy, kiedy każdy z nas opowiadał, jak odbiera… wstyd się przyznać – sztukę. To ta cała bebechowatość tak mnie urzekła, bo czułem JĄ w sobie od razu. A ONA się dziwiła dlaczego mi ciągle burczy w brzuchu.
I nic nie jadła. Prawie nic, z wyjątkiem grapefruit?ów, które kroiła tak jakoś inaczej, by drążyć łyżką miąższ w czarze; by sok wolno spływał po łokciach.
- Ty się ciesz, że nic nie jem.
- Dlaczego? – spytałem zaskoczony.
- Bo kiedy jestem zakochana, to nic nie jem…
*
To fantastyczne uczucie tak nagle odkryć materię, tak nagle i tak obok siebie… Miłość to wcale nie idealizm, to czysty materializm! Może czasem dialektyczny…
Odkryć po prostu, że nie ma próżni dookoła – tylko jest ONA i sycić się tą świadomością aż do bólu; wbijać paznokcie i czuć opór, a nie tylko rozgarniać powietrze palcami… Tulić i miziać.
- Zobaczysz jakie to przyjemne, kiedy ?ktoś? biega po pokoju… – pocieszał mnie przyjaciel
To całkiem tak, jak u Arystotelesa: materia jest tworzywem tego wszystkiego, co może powstać. Jest możnością, potencją. Ale musi istnieć ?coś?, co ją udoskonali, stanie się jej rzeczywistością. Nie pytajcie ?co? tylko ?czy?. Bo ONA w pewnym momencie też mnie spytała:
- Czy chcesz mnie mieć?
- Chcę być z Tobą – odparłem nieco oburzony na to ?mieć?.
Chyba rozumiecie i ONA też zrozumiała.
Rozumiała wszystko i to najbardziej mnie cieszyło. Choć ta wiedza JĄ przeraziła. Przeraziło JĄ to, że jestem wariatem; wariatem na JEJ punkcie, oczywiście. I wtedy, po tym całym zrozumieniu, po tych kilku tygodniach, przyznała się, że wątpi; że jestem bardziej marzeniem niż rzeczywistością, a przecież jestem z nią – ja z krwi i kości, wariat czy nie wariat, syn Anny i Janusza, ale jestem.
- Jesteś wariat – powiedziała.
Może przesadzam, ale inaczej nie potrafię do niej podejść. Połykam JĄ wzrokiem, ssę uśmiech z jej różowych ust, nawijam grube włosy na palce jak wełnę, drażnię rzęsy niczym wypustki jednokomórkowego stworzenia i kąsam szyję językiem-żądłem, wypuszczając ślinę zamiast śmiertelnego jadu.
?Ale to wszystko nic? – jakby powiedział boski Markiz, którego święty Duch unosi się nade mną, kiedy ściągam z niej powabną sukienkę i moim oczom ukazują się zwyczajne białe majtki w różowe ciapki.
Od chwili, kiedy pierwszy raz przeczytałem pewien fragment jego pism, noszę go w sercu, jak najdroższy amulet; najważniejsze przykazanie:
… Wyobraźnia jest prawdziwą kolebką rozkoszy, jedynie ona je stwarza, nimi kieruje; we wszystkim, w co nie tchnie swego ducha i czego nie upiększy, ostaje się już tylko pospolita… głupia fizyczność.
Tego by chyba nie wymyślił nawet pijany Tristan z Izoldą, a Romeo po usłyszeniu takich słów, na pewno nie umówiłby się już więcej z Julią, tylko zająłby się uprawą konopi indyjskich…
Więc w Duchu boskiego Sade?a nurzam się w najmniejszych fałdach tych jej powabnych sukienek, a moja twarz odbija się na cienkim materiale jak całun turyński…
*
Choć są i chwile, w których wyobraźnia nie wystarcza. I kiedy wspomnę jak leży, a jej łonowe włosy układają się we wzór jodły – wąskie pasemka rozchodzą się od czarnego pnia, który opada poniżej pępka aż po samą dziuplę i ja tak nad nią i nie ma mowy, żeby dalej się przyglądać… to wtedy chce się człowiekowi przeżegnać i szybko zmówić modlitwę do boskiego Sade?a: Ojcze nasz, który jesteś z nami, zmiłuj się i odpuść nam te grzechy. Chwila przerwy, ale tylko chwila i dalej: Bo nie wiem, co czynię. A On patrzy i nie grzmi…
Więc ja patrzę na nią i widzę Egipt jej oczu, a potem Ona mnie wywodzi z domu niewoli dopokąd starcza jej sił i tchu. I wtedy, właśnie wtedy, otwiera usta do plus nieskończoności, tak, jakby chciała powiedzieć: ?Ja jestem A i Z? i wcale nie musi, bo przecież takie są jej inicjały i przez te otwarte usta, widać, jak jej wnętrzności zadrżały…
I powracając do tych wątpliwości – cisną mi się na język jakieś litery i wiem, że nic nie mogę zrobić, że będzie to, co będzie i w myślach mówię sam do siebie, wymawiam to imię-zaklęcie-orędzie-pociechę-prośbę-rozkaz-przykazanie w nadziei, że ONA to usłyszy, jak falujące w powietrzu nuty, dźwięki takiej najmniejszej w świecie gamy: Do-Me-Not
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze