-
Homo Automobile
No CommentsNie umiem odpowiedzieć na pytanie czy moi sąsiedzi czerpią więcej przyjemności z jazdy czy z dbania o swoje auto… Przed oczyma mam „Pana Toyociarza”, który spędza pod swoim autem zaparkowanym zawsze w tym samym miejscu przed blokiem (nikt nie wątpi, że to właśnie jego miejsce) – każdy weekend, a czasem nawet letnie popołudnia. Uwielbiam patrzeć jak z wielką gracją rozkłada na ziemi kocyk, na którym kładzie się delikatnie, cmokając z zachwytu. Nikt nie potrafi rozstrzygnąć od 10 lat co naprawia. Być może lubi tylko poleżeć i patrzeć na swoje cudo od dołu… Sąsiad z naprzeciwka dla odmiany potrafi spędzić całą sobotę siedząc w aucie zaparkowanym w garażu. Uchyla sobie bramę wjazdową, aby było widniej, ale też po to – by wpatrzony w przednią szybę pucując coś nieustannie – nie musiał sobie wyobrażać jak wygląda droga… Przed oczyma ma bowiem ulicę, po której inni … jeżdżą. W tle leci muzyka ze starego samochodowego kasetowca, a on jest najszczęśliwszym człowiekiem w okolicy. A kulejący Pan Jarek? Pan Jarek parkuje przy śmietniku swoje błyszczące czarne BMW, po czym otwiera wszystkie drzwi i po dokładnym odkurzaniu i stosowaniu wszelkiej maści kosmetyków w sprayach – wietrzy auto przez całą niedzielę. W powietrzu unosi się zapach weluru. A Pan Jarek chodzi dookoła auta i chyba się nim zaciąga. I powtarza ten rytuał co tydzień, podczas gdy jego żona z dziećmi najpierw idzie do kościoła, a potem szykuje obiad. Pan Jarek ma wtedy święty spokój. I rozrywkę, bo z wnętrza dobiegają dźwięki radio: muzyka i fakty.
Nie mam wątpliwości, że większość facetów kocha swoje auta, nawet te podupadłe, przerdzewiałe, ale też i bite. Kochają je prawdopodobnie bardziej niż swoje zrzędzące i starzejące się żony. A przede wszystkim szanują je bardziej niż własne zdrowie. Inaczej nie byliby stałymi bywalcami myjni, warsztatów, stacji diagnostycznych, punktów technicznych, gdzie jeżdżą często i regularnie na przeglądy – częściej niż sami chodzą na badania kontrolne do przychodni i okresowe konsultacje u lekarza. Nie nadawaliby też pieszczotliwych imion swoim skrytym lub ujawnionym kochankom, gdyby nie to wielkie uczucie jakie drzemie (skrycie lub nie) w sercu każdego kierowcy. Madzia (Mazda), Saabina (Saab), Dżeti (VW Jetta), Agnieszka (Opel Agila), Iza (Seat Ibiza), Renata – dla znajomych Renia (Renault), Hania (Honda), Nesia (Daewoo Nexia), Saxonetka (Citroen Saxo), Beata a po jednym piwie: Beatka (BMW) czy w końcu popularna Kasia (Nisan Qashqai). Który mężczyzna nie chciałby ich posiąść? Który mężczyzna o nich nie marzył choć przez chwilę? Ale zdarzają się i obrzydłe typy, które bez żadnego wyczucia, niczym męskie szowinistyczne świnie krzywdzą swoje oblubienice okrutnymi przezwiskami: Padlina (Fiat Panda), Drakula (Dacia), Łajdaczka (Łada), Ściera (Ford Sierra). Dobrze, że na polskich drogach nie ma już Syren, bo te, nie wiadomo czemu – przezywane były przez swoich właścicieli (sic!) „Skarpeta”.
W czasach gdy do wyboru był wyłącznie, albo prawie wyłącznie: Borewicz (Fiat 125 p), Skodillack (Skoda 100), Kaszlak (Fiat 126 p), Żul (Żuk), Nyssan (Nysa), a w końcu i sam doskonały Poldek (Polonez) – nie było mowy o modzie na auta, wybujałych kolorach, dodatkach, kosmetykach i innych niemęskich aspektach motoryzacji. Nikt nie wybrzydzał. Auto miało jeździć i każdy się cieszył, kiedy jeździło. Nawet tuning był czymś niezrozumiałym. Wręcz niepożądanym, bo „jak to by wyglądało, gdyby mój Poldek różnił się od Poldka sąsiada?” Auta mogły być w jednym sraczkowatym kolorze i też wszyscy kierowcy pialiby z zachwytu. Dlaczego? Dlatego, że wystarczyło, że jeździły do przodu. Choć właśnie w tych czasach zaczynałem karierę kierowcy i kochanka jednocześnie i odebrawszy prawo jazdy zabrałem pożyczonym od ojca Wartburgiem 353W swoją ukochaną na nocną przejażdżkę za miasto. Zupełnie jak w NRDowskim filmie. Szkoda tylko, że zamiast romantycznie – było nerwowo. Wjechałem w las i… Wyjechać z niego mogłem już tylko tyłem. Bowiem zamiast jeździć do przodu – Helmut lub “Warczyburg” mojego ojca mógł jeździć tylko do tyłu czyli na wstecznym biegu. – Pękła jakaś tulejka. Tak przynajmniej nazajutrz zdiagnozował to bezzębny mechanik. I dźwignia skrzyni biegów umiejscowiona w kolumnie kierownicy, ta niezwykła myśl techniczna niemieckich inżynierów popularnie nazywana „parasolką” – zamieniła moją noc w koszmar. Były momenty, że mogłem jechać np. tylko na trójce, ale większość trasy pokonałem i tak na wstecznym… Dziś pewnie byłbym zlinczowany przez innych kierowców – wtedy nieliczni mijający mnie samochodami tylko dziwnie na mnie patrzyli.
Auto dla mężczyzny jest jak kobieta. Dla niektórych może znaczy nawet coś więcej. Znam wielu facetów, którzy w życiu nie kupili i nie kupią swojej ukochanej perfum lub sukienki, ale na auto wylewają wyszukane i drogie kosmetyki, wcierają w nie kosztowne pasty, woski, potrafią wydać pokaźną sumę na nowy lakier, a już na pewno kręcą ich wszelkie ozdoby i dodatki. Niczym choinkę obwieszają i wyklejają swą ukochaną karoserię ozdobami. I nie mam wcale na myśli reklam. Ot po prostu – takie elementy zdobnicze jak tatuaż w postaci naklejek, wyklejanek lub uwaga, zapomniane słowo: kalkomanii. Może jak u Indian – te różne barwy wojenne i oznaczenia mają odstraszyć potencjalnych wrogów, konkurentów albo wręcz przeciwnie: jak u zwierząt – przyciągnąć płeć piękną? Choć czasami zdarzają się napisy i hasła kompletnie niezrozumiałe, a jednak świadomie umieszczane na autach, czasem też obraźliwe lub wprost atakujące, prowokujące nadjeżdżających kierowców. A kiedy w powietrzu testosteron miesza się z benzyną – powstaje mieszanka wybuchowa…
Ktoś mądry powiedział kiedyś, że stopień przywiązania ludzi do aut świadczy o ich poziomie cywilizacyjnym. Im większy – tym niższy poziom danego społeczeństwa… Miłość do aut to jedno, a wykorzystywanie ich jako broni to jeszcze coś bardziej niepokojącego… Czy zatem walki o ogień przed jaskiniami zamieniliśmy na walki o lewy pas? A spychanie na drodze małego auta przez ryczącego SUVa czy jeepa jest oznaką dyskryminacji, pogardy czy jawnej agresji skierowanej przeciw, no właśnie komu? Słabszemu? Mniejszemu? Wolniejszemu? Do prawa silniejszego dochodzą jeszcze wojny klanowe marek, nienawiść kierowców do określonych aut (ostatnio coraz częściej spotykam kierowców nienawidzących właścicieli Skody, którzy zgodnie z relacją tych pierwszych, co i ja sam potwierdzam – zachowują się na drogach jakby te auta były co najmniej lepsze od ich dawców organów czyli Volkswagenów), ogólna agresja, nieliczenie się z nikim oraz niczym w trakcie jazdy. Leczenie kompleksów, odreagowywanie stresu, zwykłe współzawodnictwo. „Ja Ci zaraz pokażę…” Nasuwa się jedna refleksja: „Dziś prawdziwych kierowców już nie ma…”. A przynajmniej trudno ich spotkać na drodze. Większość ludzi za kółkiem to zwykłe świry… A wyścigi od świateł do świateł, slalom po pasach, zajeżdżanie sobie drogi w ramach zemsty za wolną jazdę, potyczki wychodzących z aut kierowców to zwykłe, acz niepokojące stany chorobowe.
Dziś auto jest już tylko i wyłącznie oznaką statusu, majątku, wyznacznikiem pozycji społecznej. I jako takie stanowi obiekt kultu w naszym kraju. Owszem, ciągle służy do jeżdżenia, przemieszczania się (nawet po papierosy i kupon Lotto na osiedlu), ale wielu ludzi uważa, że auto ma do odegrania niebagatelną rolę w naszym życiu. Kupują więc luksusowe limuzyny, a już na pewno kupują najpierw auto, a dopiero potem mieszkanie czy dom, bo na to wskazują badania różnych zachowań konsumenckich w naszym kraju. W Porsche Cayenne, mimo jego dużych rozmiarów – nie da się mieszkać, ale żadne mieszkanie nie zapewni w okolicy i „na mieście” (nie mówiąc o „na wiosce”) takiego prestiżu jak spalający 20 litrów na 100 km porszak… Nawet bity wielokrotnie przed sprowadzeniem do Polski i liftingiem w warsztacie Pana Józka, spawany z dwóch w Belgii, kupiony po powodzi w Stanach czy po prostu kradziony w Niemczech. Czy to Bravulec (Fiat Bravo) w kolorze buraków, wszechobecny na polskich drogach Wolf (Volkswagen Golf), swojski Mondek (Ford Mondeo), malutki TikTak (Tico) czy poczciwa Korsyka (Opel Corsa) – każde auto da się przybajerzyć, uczynić ładniejszym, cenniejszym i poprzez nie określić się jako człowiek wraz ze swoim majątkiem. Doczesnym – jak wszystko na tym świecie. Choć leśne dukty pełne porzuconych nadkoli, zderzaków, układów wydechowych, przydrożne autoszroty, cmentarzyska aut i składy złomu, na których można znaleźć już nie tylko wysłużoną kaczkę (Citroen 2CV), Kadilaka (VW Caddy), proboszcza (Ford Probe), cygaro (Audi 80), cytrynę (Citroen), paska (Volkswagen Passat), anginę (Opel Agila), ale coraz częściej i stonkę (Matiz) – nie robią o dziwo na nikim wrażenia i nie nasuwają refleksji, że non omnis motor… Choć walka o to, aby auto uczynić nieśmiertelnym wciąż trwa. Zarówno walka właścicieli jak i producentów. Na pewno da się je już niebawem uczynić doskonałym. Tak doskonałym, że w końcu nie będzie potrzebny w nim kierowca. Po prostu odjedzie samo… I kto wie czy w tej sztucznej inteligencji auta nie leży przyszłość motoryzacji – maszyna może okazać się o wiele bardziej racjonalna za kółkiem niż jej twórca – człowiek.
A póki co mnie nic nie zastąpi dźwięków przerdzewiałego tłumika, stukającego łożyska, głośnego warkotu silnika, odgłosu tarcia o szybę zużytych wycieraczek, skrzypienia amortyzatorów i wielu innych objawów i sygnałów, że czas wreszcie podjechać do mechanika. Bo nawet auto ma swoją wytrzymałość i w końcu trzeba je też leczyć. „Poczciwy staruszek” – tak na nie mówię po dwunastu latach. I cieszę się, że wciąż jeszcze jeździ żwawo. Do tego w końcu zostało stworzone, gdzieś w irlandzkiej (Bogu dzięki, że nie słowackiej) fabryce w końcu ubiegłego wieku. Okrążyło już ponad czterokrotnie Ziemię, tyle, że na polskich dziurawych i wyboistych drogach, co między nami mówiąc – powinno liczyć się podwójnie. Nigdy nie było bite, klepane. Nie było też tuningowane, ani nie robiłem z nim żadnej rzeczy, która w modzie jest. I powiem Wam, że bardzo trudno będzie mi się z nim rozstać po tych wszystkich wspólnie spędzonych latach. Tak trudno, jak z najukochańszą osobą. Bo największym przyjacielem człowieka jest nie pies, a auto.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze