-
Jak dziadek zabrał babcię w podróż
No CommentsArkadiusz Jadczak
Tego drugiego dziadka tak naprawdę nigdy dobrze nie znałem i nigdy go już z pewnością nie poznam. Był z niego kawał drania i pierwsza szklanka w okolicy. Przynajmniej wtedy, kiedy jeszcze pił ze szklanki… Potem smolił już wszystko, co mu wpadło w łapy. Nawet z plastiku.
Odwiedziłem go tylko raz w życiu. Był trochę nafutrowany. Mieszkał sam w zapchlonej dziurze, w budynku z brudnej cegły, niedaleko kościoła – w dzielnicy, gdzie rynsztoki szumią jak górskie strumyki. Miał stolik, taboret i zniszczone linoleum od petowania fajek, które palił leżąc na zarwanym tapczanie. Ucieszył się. Podarował mi barometr w kształcie koła sterowego, który ściągnął znad łóżka, niemodną serwetkę i biały sweter z darów Czerwonego Krzyża.
- To jest barometr – powiedział, a potem spytał, co tak naprawdę porabiam w życiu.
Opowiedziałem mu w skrócie, że zdałem maturę, studiuję i mam dziewczynę, ale chyba już nic do niego nie dotarło. Patrzył się tylko i palił skręta za skrętem.
Barometr nie był nawet popsuty. Z ciśnieniem dziadka było za to chyba gorzej. Kiedy tak palił i palił, widziałem, że chce za wszelką cenę zachować fason. Uśmiechał się, a przecież był ledwo ciepły. Podobno wołał mnie w szpitalu na kilka sekund przed… Jedyne słowa, które dały się jako tako zrozumieć – to moje imię – przynajmniej tak twierdziła pielęgniarka. Jakbym był jego najlepszym kumplem. Dziwne. Tak naprawdę nigdy dobrze się nie znaliśmy.
Wszyscy twierdzą, że jestem do niego podobny – szczególnie kiedy bardzo krótko zetnę włosy.
- Cały Władzio – mówią. – Też taki wysoki, szczupły i krótko obcięty. Tylko Władzio był w Treblince…
Ale nie o tym przecież miało być. Dziadek jaki był taki był. Babcia straciła przez niego minimum 75 % zdrowia i nikt już jej tego nie zwróci. Nawet otwarty fundusz emerytalny. Więc dziadek jaki był taki był, ale zabrał raz babcię nad morze.
Kupił motocykl. Emzetkę Tropic, Tropical czy Tropicana. Posadził babcię za sobą, kazał się mocno trzymać i ruszył na Północ. Przejechali tak pół Polski i dotarli do Gdyni. Władzio zaparkował Emzetkę w porcie, tuż przy dużym statku w kolorze wojny i stanął na tle stali, prężąc się w przykrótkich spodniach ? la dzwon, niczym zawodowy marynarz. Potem splótł dłonie jak do modlitwy, pozwalając babci trzymać się ?pod rękę? i kazał się sfotografować. Babcia była szczęśliwa. Wreszcie, po kilkunastu latach bezustannej ciężkiej pracy w fabryce pończoch – wyrwała się z domu na wakacje. Wreszcie przyjechała nad morze…
Zrobili sobie jeszcze jedno zdjęcie, już bez motocykla, a potem dziadek odpalił błyszczącą w słońcu Emzetkę. Kazał babci usiąść za sobą i mocno się trzymać, po czym ruszył na Południe. Przejechali tak pół Polski i dotarli do domu.
Babcia do dziś wspomina ten wyjazd, choć o dziadku woli w ogóle nie mówić. Była szczęśliwa, że przyjechała nad morze i kiedy przypomina sobie tamtą wycieczkę, ma łzę w oku. Opowiedziałbym jeszcze o ich jakiejś innej wspólnej fascynującej podróży (bo o reszcie nie warto przecież opowiadać), ale to był ich j e d y n y w y j a z d … Nie ma Emzetki Tropic, Tropical czy Tropicana, nie ma dziadka. Fabryka pończoch też nie istnieje. A babcia jest.
Tak sobie myślę, kiedy na nią patrzę: ?dobrze, że wtedy wyjechali? i jestem wdzięczny dziadkowi za tamtą podróż. Przynajmniej babcia widziała morze… Nie to, co mój cioteczny brat, tak zwany kuzyn, który jeszcze nigdy nie był nad Bałtykiem, a ma Dużego Fiata i nie pije.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze