-
Jeszcze kilka zdań na temat wiary
No CommentsArkadiusz Jadczak
A powracając jeszcze na chwilę do kwestii wiary, to muszę przyznać, że tak naprawdę to wcale nie tak mało zawdzięczam kościołowi… Gdyby nie pomoc służb kościelnych w czasie stanu wojennego, nie poznałbym do dziś smaku solonego masła prosto z Ameryki. Pamiętam te zimne korytarze w podziemiach wielkiego niczym hangar kościoła, gdzie po odstaniu swojej godzinki albo dwóch ? dostawałem raz w miesiącu przydział z importu: butelkę oleju słonecznikowego i wielką kostkę słonego masła, tak słonego jakby pochodziło z dna, a nie zza Oceanu… Matka i ojciec błogosławili mi po powrocie do domu, ciesząc się, że moja wiara czyni cuda, ale po pewnym czasie zabronili mi tych wypraw, twierdząc, że to nie godne ich syna, aby chodzić i się prosić o imperialistyczne produkty w kościele. W ten sposób urwał mi się kontakt z Ameryką i tylko jeszcze raz miałem okazję zetknąć się z wielkim amerykańskim światem, gdy rok później brałem pierwszą komunię świętą wraz z murzynem. Nie wiadomo zresztą, czy ten murzyn był z Ameryki, ale wtedy wszystkim nam murzyni kojarzyli się raczej z Ameryką niż z Afryką… Mały murzyn miał pięknie skrojony garniturek w kolorze kości słoniowej, a na jego ciemnym nadgarstku błyszczał nowiutki elektronik. Musiał więc być Amerykaninem, bo kogo było wtedy stać na elektroniczny zegarek? My mieliśmy za to inne luksusy w kościele. Mogliśmy raz w tygodniu wydać pieniądze przeznaczone na ofiarę na gumę do żucia marki ?Donald?, co też niniejszym robiliśmy beż żenady. Jakoś żal było dawać dziesięć złotych smętnemu kościelnemu, który chodził między ludźmi i chciwym ruchem podstawiał koszyk pod nasze ręce. Opuszczaliśmy wtedy głowę w wielkiej skrusze, a w garści ściskaliśmy srebrną monetę, za którą uśmiechnięty pan w warzywniaku dawał nam w najbliższy poniedziałek pachnącą gumę owiniętą w kolorową historyjkę o śmiesznym kaczorze… Mszy zresztą nie lubiłem, bo cały czas było mi niedobrze od kadzidła i w ogóle mnie jakoś mdliło tam, wśród tylu ludzi wypachnionych jak u fryzjera albo w teatrze… Tak więc do dziś msza święta kojarzy mi się z owocowym smakiem Donalda, a Donald kojarzy mi się z grzechem kłamstwa – gdy na pytanie matki o to, czy złożyłem ofiarę w kościele podczas mszy – odpowiadałem z pełnym entuzjazmem: – Ależ oczywiście mamo, że dałem dziesięć złotych na ofiarę! W innym wypadku nie dostałbym przecież tej dychy na Donalda…
A tak w ogóle to lekcje religii, tak zwane katechezy, nudziły mnie z czasem coraz bardziej. Na początku, jeszcze w pierwszej klasie – było jak Cię mogę: rysowaliśmy Pana Boga i można było dostać piątkę, ale później robiło się już coraz trudniej. Same pamięciówki, skomplikowane historie i te podchwytliwe zagadki sióstr zakonnych w stylu: ?jaki wzór chemiczny ma święcona woda??… Gdy zaczął nas uczyć ksiądz zrobiło się tragicznie. Ksiądz Rysio nienawidził chłopców i ciągnął nas za baki. Uśmiechał się do dziewczynek, a na nas łypał maślanymi oczami niczym stary, ohydny belfer. Czasem, gdy się zdenerwował potrafił nawet bić po głowie. Po bierzmowaniu dowiedzieliśmy się, że wyleciał z parafii za życie z kobietą po cywilu. Dobrze mu tak, bo zrobił nam strasznie ciężki egzamin z bierzmowania i nie chciał się zgodzić na kilka śmiesznych imion, które sobie wybraliśmy razem z kolegami. Jedno jest pewne: gdyby nie ksiądz Rysio nie zrozumiałbym grzechu cudzołóstwa…
Wiele jeszcze przygód miałem w kościele, ale nie wypada mi ich wspominać. Nie wypada nawet o nich myśleć, bo to przecież grzech. Pomyśleć o czymś to dokładnie tak samo jakby to coś zrobić. A co dopiero z pisaniem… Dlatego święcie wierzę, że już mam za to pisanie przefikane… Choć muszę przyznać jeszcze na koniec, że wcale nie tak mało zawdzięczam kościołowi… Więc póki co: Amen.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze