-
LA CARPE DE NOËL albo Wielka Wigilijna Ryba
No CommentsArkadiusz Jadczak
Moje pierwsze spotkanie z karpiami miało miejsce w łazience. Było to kilka dni po tym, jak towarzysz Gierek tłumaczył podczas grudniowego plenum KC, że ?trudności skumulowały się właśnie obecnie, kiedy zaangażowanie środków jest znaczne, a uzyskane rezultaty nie mogą być pełne?. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, że system centralnego planowania właściwie już nie funkcjonował i sytuacja powoli stawała się bez wyjścia… Dla mnie był to moment przełomowy: dzięki tacie stałem się na kilka dni właścicielem małego stawu hodowlanego w emaliowanej wannie, z dwoma ?skarbami? w kolorze starego złota w środku. Co chwila wchodziłem do łazienki, bawiłem się z grubaśnymi i pękatymi rybami, zanurzając rękę w lodowatej wodzie i próbowałem karmić je lepkim chlebem gniecionym w małej dłoni. Żyły. Choć ich wybałuszone oczy matowiały coraz szybciej od smutku i przeczucia rychłej śmierci… Nie pomogła nawet moja interwencja ? szybka zmiana wody i przebywanie w ciemności podczas coraz częstszych odwiedzin. Zasnęły ? tak przynajmniej wytłumaczyła mi to mama.
Od tamtego czasu witałem karpie w domu z wielkim smutkiem. Doglądałem je w wannie, zmieniałem im wodę, karmiłem chlebem, ale za każdym razem, gdy wchodziłem do łazienki, spodziewałem się, że zobaczę ich bladosine brzuchy wystające z wody.
Po kilku latach tata zaczął mnie wtajemniczać w męski rytuał patroszenia świątecznego karpia. Robiłem to niezdarnie. Ręce miałem usłane srebrną łuską aż po same łokcie i pewnie bym zrezygnował, gdyby nie fantastyczna nagroda, jaka czekała na mnie w środku. Był to mlecznobiały pęcherz pławny ? trofeum i pamiątka jednocześnie, która pozostawała w dłoniach po tych smutnych i sympatycznych stworzeniach. Niestety na krótko. Jego ulotność można by śmiało porównać do życia motyli.
Potrzebowałem jednak jeszcze kilkunastu lat, by przekonać się o wielkiej mocy innego trofeum i poznać bardzo ciekawy bożonarodzeniowy obyczaj, związany z moimi ulubionymi rybami. Kilka lat temu przyszło mi spędzić Wigilię w nieswoim domu, bez rodziny, za to wśród ludzi mi od pewnego czasu przyjaznych. Moja mama i tata łowią bowiem od dobrych kilku lat oddzielnie… Trafiłem więc do wielkiego domu na Julianowie niczym karp na świąteczny stół: przystrojony i gotowy do wieczerzy. Byłem tak przestraszony, że milczałem i otwierałem usta tylko wtedy, gdy potrzebowałem zaczerpnąć powietrza. Kolacja wigilijna przebiegała zgodnie z tradycją, ale jedynie do momentu, kiedy to wszyscy członkowie rodziny zaczęli wyciągać z dzwonków smażonego karpia ości i porównywali je, która jest najdłuższa. Okazało się, że robią tak od kilkunastu lat i jest to wróżba na cały nadchodzący rok. Wierzą, że właściciel najdłuższej ości będzie miał dobry rok, dużo pieniędzy i powodzenie w życiu. Nie na tym jednak koniec. Obyczaj polega na tym, by tę najbardziej okazałą ość podarować komuś, komu się dobrze życzy i na kim temu komuś bardzo zależy… A ten szczęśliwiec musi ów dar nosić cały rok przy sobie, najlepiej w portfelu, portmonetce albo w ważnych dokumentach. Nie oznacza to, że oddaje się komuś dopiero co otrzymane ?szczęście?. Raczej ofiarowuje się je, dzieli nim – przez co, jak wierzą oni i ja również, samemu będzie miało się szczęście. Może dlatego pozostali członkowie rodziny wymieniają się nawet tymi najkrótszymi ościami i zawijają je w serwetki niczym najdroższe amulety…
Wigilia dobiegła końca. Wyszedłem z tego ciepłego domu z dwiema ościami, które trzymam do dziś. Niebawem skończy się kolejny szczęśliwy dla mnie rok i znów może zasiądę do wigilijnego stołu, tym razem z małym zawiniątkiem, którym mnie ci dobrzy ludzie obdarowują jako gościa co święta. Muszę pokazać, że je mam! Tak nakazuje obyczaj. Muszę odwinąć serwetkę i zaprezentować zeszłoroczne trofea w tym upominek od dwóch bardzo drogich mi przy tym stole osób. Muszę ? bo należy im się podziękowanie za ten symboliczny podarunek i dobre życzenia na cały rok.
Ach, gdybym wiedział, że te poczciwe stworzenia, najbardziej chyba poczciwe ze wszystkich ryb, mają w swoich ościach taką moc, nie wyrzucałbym od dziecka tych drobnych kostek, lecz zbierałbym je i kleił z nich Wielką Wigilijną Rybę ? niczym model i symbol wszystkich ryb mojego życia: tych dobrych i tych gorszych lat.
I może wtedy uwierzyłbym wreszcie, że człowiek jako kręgowiec – w prostej linii pochodzi od ryb…
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze