-
O górach i ludziach
No CommentsDo Osmołody na marszrutce, w ciasnocie, z plecakami na kolanach, zamknięci niczym szprotki w puszce, niczym tuszonka, której mamy na 4 dni, a potem koniec drogi wyznacza koniec cywilizacji… „Dalej nie ma nic” – taka myśl kołacze się w głowie przez chwilę, ale przecież dalej są Gorgany… W piekącym sierpniowym Słońcu chce się pić, więc mała, trzyosobowa karawana posuwająca się wzdłuż potoku Kotelec zatrzymuje się co jakiś czas, aby zanurzyć twarz choć na chwilę w wodzie. Lodowate dłonie niczym łyżki nabierają kolejne porcje krystalicznie czystego napoju. Mam zgięte ciało niczym koń przy wodopoju. Dawno zwykła woda tak mi nie smakowała… Nie czas jeszcze na obiad, więc jemy kanapki z pasztetem przegryzając je cebulą. I do góry. Jakże się dziwimy, gdy na polanie Płyścace u podnóża Grofy spotykamy pokaźną grupę około dziesięciu osób. Krzątają się przy ognisku (zbyt wcześnie naszym zdaniem) przed pritułkiem, patrzą na nas zdziwieni, że się nie przysiadamy do nich, tylko po krótkim odpoczynku idziemy dalej. Zachęcają nas, by zostać. - Jest gdzie spać w drewnianym schronie – zapewnia nas facet pełniący chyba rolę przewodnika grupy, ale idziemy dalej zielonym szlakiem (tak, jeszcze jest szlak), by potem tuż przed zachodem Słońca zejść na małą polankę tuż przed kopułą Parenki. Tu, na bezludziu, ludzie pojawiają się i znikają niczym duchy… W jednej sekundzie można kogoś minąć, ale zwykle ten ktoś nie wyda z siebie dźwięku i zniknie chłonąc drogę dalej. Więc idziemy dalej. I w końcu Stepan dojrzał świetne miejsce biwakowe. Jest ślad po ognisku, obok którego ktoś wbił w ziemię na sztorc dwie łyżki i wyłożył cebulę. Taki kuchenny totem albo znak: „Tu zjesz dobrze i smacznie”. Cieszy nas to znalezisko jak dzieci. Cebuli nigdy zbyt dużo. Szybko rozbijamy nasz mały dwuosobowy namiot (znów będziemy ściśnięci niczym szprotki), zbieramy chrust i na naturalnym ogniu gotujemy kaszę kukurydzianą z tuszonką. Znaleźna cebula gryziona w całości smakuje jak cytryna. Palimy śmieci, a z rąk do rąk krąży już ciemny alkoholowy balzam – dusza Karpat. Tak też nazywa się woda mineralna, którą piliśmy jeszcze w Osmołodzie, aby przelać kupiony wcześniej alkohol do pustych plastikowych butelek. Tak też ochrzciliśmy wodę w potoku po drodze, ale najważniejsza jest właśnie dusza Karpat tkwiąca w ciałach moich dwóch przyjaciół Ukraińców: Stepana i Dimy. Śpiewają mi nieznane pieśni ukraińskie, choć porozumiewam się z nimi od Iwano Frankowska po rosyjsku, co boli szczególnie Stepana. Zasypiamy jednak pod gwiazdami w pełni Księżyca jak brat z bratem. Przykrywa nas jedno niebo, jedne gwiazdy, ale każdy śni chyba o czymś innym, bo wszyscy wiercą się niczym ryby.
W życiu nie widziałem takiej rosy! Zbierane jagody nad ranem na śniadanie ociekają wodą. Są wielkie jak młode czereśnie w polskim sadzie. Wrzucamy je do rozgotowanych płatków owsianych razem z suszonymi owocami i kruszoną czekoladą. I to jest prawdziwe musli! Podczas pakowania gotujemy czaj na drogę, a potem dopalamy śmieci. Przed nami kawał drogi. Ze szczytu Parenki, który był tylko małą przeszkodą na naszej drodze – roztacza się piękny widok na Popadia i Grofę. Stepan pokazuje mi ręką, gdzie grasują niedźwiedzie, ale to teren znacznie oddalony od nas, choć tu wszystko zlewa się w całość i horyzont wydaje się końcem wielkiego lasu. Tymczasem wiatr owiewa grań i dźwięki podmuchów uzupełniają chrobot gorganów, po których schodzimy jak po kamiennych schodach. Przed wejściem na Małą Popadia szukamy wody. Jest 800 metrów poniżej polany. Trzeba więc do niej iść trawersem. A potem wspinać się ponownie w prażącym Słońcu. Z Małej Popadia znów trzeba zejść sinusoidalnie by za chwilę mozolnie piąć się na właściwy szczyt Popadia. Ten szczyt to całkiem wysoki kopiec kamieni. Żółtych, rozświetlonych i trochę nagrzanych w Słońcu. Ale wieje chłodny wiatr i momentami myślę o założeniu cieplejszej bluzy. Gdy Stepan wchodzi na szczyt pierwszy – zatyka na maszcie swoją pomarańczową koszulę, która trzepocząc z daleka przypomina flagę nepalską. Krok po kroku, po chyboczących gorganach przyprószonych na szaro-zielono porostami, pniemy się do przodu. Do góry. A tam na szczycie same milczące kamienie. I piękny widok na Strimbę – nasz cel i majaczącą w oddali Czarnohorę, gdzie pewnie teraz jest więcej ludzi niż tu, w dzikich Gorganach.
Tak wieje, że aby coś zjeść, chowamy się w rodzaju okopu, koliby, dziurze wśród kamieni, znajdującej się kilkadziesiąt metrów poniżej szczytu. Sało (słonina), chleb i sól oraz pozycja wewnątrz okopu – przywodzą mi na myśl czasy wojny. Szczególnie, że na szczycie stałem przez moment przy dawnym polsko-czechosłowackim słupie granicznym z wyrytą na nim datą 1923 i starodawnym orzełkiem w koronie… Ale surowy krajobraz górski wypełniony wiatrem i Słońcem dodaje otuchy. Liczy się teraźniejszość. te chwile, które można chłonąć w ciszy. Choć wyobraźnia jednak pracuje jak nigdy. Kto tędy chodził, jak to wtedy wyglądało? Schodzimy ze szczytu idąc wzdłuż dawnej granicy, odmierzając odległość i orientując się po kolejnych słupkach granicznych. Niskich, zniszczonych, ale najważniejsze są na nich kolejne numerki. Przyroda jest tak dzika i swawolna, że pierwsza myśl, to taka, iż nikt tędy nie szedł przez ponad osiemdziesiąt lat… Żerep (kosodrzewina) o wysokości nawet dwa i pół metra wygina się leniwie i nie poddaje naszym rękom, uderzając nas w twarz, raniąc nieosłoniętą skórę. Czuję się jak podczas jakiegoś survivalu, a przecież to tylko zwykłe-niezwykłe góry… Jestem cały podrapany, ale mam frajdę, gdy w końcu pokonujemy labirynt kosówki. Nad nami krążą cztery wielkie sokoły – jedyne żywe istoty, jakie spotykamy. Łapię się na tym, że chcę do nich krzyknąć coś na powitanie, ale powstrzymuje się szanując ciszę, nie chcą zaburzyć ich spokojnego lotu. A potem już wilgotny las i coraz bardziej podmokłe tereny w okolicach Wierchu Czarnej Rzeki. Idziemy „na dziko”. I prawie, że wąchamy ziemię w poszukiwaniu wody pitnej, wygrzebując spod mchu ujście małych źródełek, by napełnić wodą butelki i termosy.
I właśnie wtedy zdaję sobie sprawę, że nie ma odwrotu, że jesteśmy w środku tej jeszcze dość dziewiczej przyrody, że zostawiliśmy za sobą kilka gór, których nie przeskoczymy w razie potrzeby, że pójście w lewo czy prawo nie ma sensu, że to tylko zagłębianie się w las, w nieznane, bez wody, która staje się dość krytyczna. Liczy się tylko to, co jest przed nami. A przed nami są góry. Kiedy sączę życiodajny płyn, nie przeszkadzają mi już kawałki mchu czy grudki ziemi znajdujące się w butelce. Taka woda jest dla mnie jeszcze bardziej naturalna, jeszcze bardziej smaczna. Tutaj zresztą nie ma innej poza tą wykradzioną Ziemi. Patrzenie na zachodzące Słońce, gasnącą w oddali kopułę Popadia, skupianie się na zwykłych czynnościach wykonywanych przed snem, przed wejściem do namiotu na nocne marznięcie – wszystko to nabiera mocy rytuału wykonywanego w ciszy. Ta cisza to pustka. Ta pustka to zbawienie. Pobliski las usypia. Góry już śpią. A nasza mała polana nieruchomieje, gdy ogień w ognisku przygasa. Noc daje nam w kość. Tak, że nad ranem potrzebna jest mini gimnastyka. Zaczynam sobie wyobrażać jak dziko musi tu być zimą… I jak trudno musi być przemieszczać się komuś samemu.
Następnego dnia czuję się jak buszmen, któremu brakuje tylko maczety… Wchodząc na Zadnią, a potem Perednią pokonujemy chaszcze, wielkie pola jagodowe, kosodrzewinę, zbocza porośnięte tak, jakby rosły sobie w najlepsze przez wieki, tysiąclecia. Na stromiznach wręcz wykorzystujemy to, że można się czegoś złapać. I podczas tej roślinnej wspinaczki uświadamiam sobie, że zawsze chodziłem po górach korzystając ze szlaków, depcząc ścieżki, wyznaczone na siłę, wbrew tym górom trasy i dukty. A teraz wreszcie góra jest górą. Nie poddaje się, choć próbuję ją pokonać i nie jest to wcale łatwe, a przecież ani to Himalaje, ani ekstremalne warunki. Problem tkwi w tym, że wdzieram się w nieswoje; w piękne, ale dzikie; w nieprzemierzone, ale do przejścia… To, gdzie pójdę zależy ode mnie ale i od góry, która może mnie zmylić wciągając w jeszcze większe chaszcze. Są chwile, że nie mogę się powstrzymać przed jedzeniem garściami wielkich jagód. I jeszcze te powalone drzewa. Gdzie w Polsce idzie się pod górę przez powalone drzewa, tak porośnięte mchem, porostami – jakby leżały wieki na dnie pradawnego morza… Ale przed Strimbą, przed tym naszym celem ostatecznym się poddajemy. Wypaleni Słońcem, nie widząc szans, by wejść na ten najwyższy szczyt w okolicy (1719 m. n. p. m.) przed nocą, a potem ze szczytu następnego dnia do południa do Kołaczawy – skręcamy na południowy wschód i zaczynamy schodzić w kierunku Niemieckiej Mokrej. Po drodze zabierają nas zbieracze jagód, którzy żyją z tych zbiorów w górnych partiach dolin przez całe lato. Kiedy dojeżdżamy do ostatniej wioski na pace rozklekotanej ciężarówki – jest już noc. Niby zeszliśmy z gór, ale wciąż jest nieznane. Tylko ludzie przemili i przyjaźnie nastawieni do nas. Choć gdy się odzywam – biorą mnie za Rosjanina i muszę gęsto się tłumaczyć, że jestem Polakiem. Wtedy mi wybaczają. A Strimba majaczy w oddali, ciemna, groźna, niepokonana. Przekrzywiona jakby układała się do snu. Zabrakło cholernego czasu – jutro musimy już wracać pociągiem do Kijowa przez Lwów. A do marszrutek, stacji kolejowej, jakiegokolwiek zorganizowanego transportu jeszcze bardzo daleko. Dlatego lituje się nad nami niejaki Wasyl o wielkich oczach, czarnym wąsie i urodzie Hucuła. Zaprasza nas do swojego domu, jak gdyby nigdy nic, gdzie przygotowuje w pośpiechu banię. Wychodzę z niej pierwszy rozgrzany nago, na zimne powietrze i chłód unoszący się nad szumiącym oszalałym potokiem. Stoję niczym dzikus. I w świetle gwiazd chłonę to miejsce jak dziecko. Uśmiechnięty, szczęśliwy, że można tak pogodzić ciepło z zimnem, radość ze zmęczeniem, ekscytujące góry z leniwym życiem w dolinie, w małej wiosce. A potem zasiadamy lekko pijani do kolacji (butelka z samogonem wypełniała luki w czasie), którą Wasyl przygotowuje niczym czarodziej – w kilka sekund. Na stół trafia cudowna świeża wurda, potem bryndza, smażone grzyby, mamałyga, świeże mleko od jego krowy, sało, najprawdziwszy barszcz ukraiński z pyszną śmietaną, wino, kompot, herbata, kawa, winogrono, gruszki, śliwki, truskawki, chleb, sałatki, nalewka z jagód, placek z gruszek – i po chwili upojeni już przepysznym samogonem – zastanawiamy się co jeszcze znajdzie się w tym domu… Po pieczonych kartoflach czuję się jak w niebie. Do tego ogórki małosolne, i w tle ta kołomyjka ze starego magnetofonu na baterie… Umyty, najedzony, napojony z wiarą, że wcale nie tak trudno znaleźć dobrego człowieka, zasypiam, zapadam się w łóżku, a w małym pokoju Stepan i Dima robią to samo chwilę przede mną.
Nad ranem po wyjściu z łóżka, obudzony powiewem lekkiego wiatru, szumem potoku, bólem głowy – kładę się w delikatnym Słońcu w maluteńkim sadzie na zboczu góry schodzącej na podwórko Wasyla. Obserwuję śliwki wiszące nade mną, smakując te, które podnoszę ręką z trawy. Znów upajam się ciszą przerywaną muczeniem krowy Wasyla.
Nie miałem innych wakacji w tym roku prócz tych trzech dni spędzonych w ukraińskich górach, nocnej podróży w Gorgany z Kijowa, gdzie chwilowo mieszkałem i całodniowym powrotem do Kijowa, który dopiero przede mną. Wszystko staje się coraz mniej rzeczywiste, po krótkim śniadaniu żegnamy się z Wasylem wykonując sobie pamiątkową fotografię przed jego skromnym domem abyśmy sami mogli uwierzyć, że tam byliśmy, że to wszystko zdarzyło się naprawdę; że są jeszcze takie góry i tacy ludzie – tu, prawie w samym sercu Europy. I cieszę się, że zabrałem tym górom tak mało – jedynie wspaniałe wspomnienia – obrazy w swojej głowie i kilka fotografii. Wspomnienia o górach i ludziach.
Zdjęcia z tej czterodniowej wyprawy można obejrzeć w mojej galerii Gorgany.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...




Ostatnie komentarze