Jadczak.net Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

May 2012
M T W T F S S
« Mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Ojcostwo: dyscyplina sportowa?

      Arkadiusz Jadczak

      Zawsze ceniłem w swoim ojcu to, że od początku mojego życia zależało mu, abym stał się człowiekiem silnym, niebanalnym, prawym. Jednym słowem: podobnym do niego. Nauczył mnie praktycznie wszystkiego: czytać, pisać, mówić, uczyć się, podróżować, odkrywać, tworzyć, zaciskać zęby, przebijać głową mur, zwalczać ból, wygrywać i przegrywać… Nauczył mnie przede wszystkim chcieć ? co dziś okazuje się największym skarbem jaki posiadam. Dzięki niemu zrozumiałem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Pomimo 35 roku życia (jak głosi pewna ludowa mądrość ? w chwili przełomowej, bowiem jeśli wierzyć ludowi – gdy człowiek nie dokona do tego momentu czegoś istotnego ? raczej już niczego nie dokona w swoim życiu) ? ciągle chce mi się działać, zmieniać, szczególnie to, na co się nie godzę. Dziś mogę powiedzieć, że ojciec nauczył mnie proaktywności, cechy, której brakuje mi u wielu Polaków. Prowadzę własną firmę, wierząc w nią i żyjąc nią, pakując swoją twórczą energię, pomimo, że moi koledzy wybrali ciepłe posadki; z zawodu konformiści – preferują wygodne kompromisy, uginają się niczym giętka trzcina przed różnymi układami, chochołowatymi ludźmi i corporate games w korporacjach w trosce o święty spokój, czyli odwieczne marzenie przeciętnego Polaka. Wiadomo, już od przedszkola uczono nas nie wychylać się, nie podskakiwać, nie zgłaszać żadnych pomysłów, by przypadkiem się nie wyróżnić czy podpaść… Być może to już relikt poprzedniej epoki, ale nie sądzę, obserwując młodsze pokolenia. Niestety czasem nawet mam wrażenie, że pomimo panującego dobrobytu jest jeszcze gorzej…
      Mój ojciec był i chciałoby się powiedzieć, że jest dla mnie wzorcem ojca. Ale nim nie jest pomimo tego jak wiele mu zawdzięczam… Opowiadam ludziom o nim z dumą, choć zawsze zazdrościłem i zazdroszczę do dziś swoim kolegom i koleżankom, że ich ojcowie byli i są po prostu … zwykłymi ojcami skupiającymi całą swoją energię na dzieciach, marząc by było im lepiej w życiu, rozumiejąc ponadczasowy sens prokreacji, zakładania i utrzymywania rodziny: by następne pokolenie miało lepiej, by nie popełniło tych samych błędów, by zwyczajnie żyło im się lepiej. Tak rozumiem sens ewolucji, biologicznego postępu, sens zwyczajnej (a może właśnie niezwyczajnej) miłości do dziecka, któremu można i warto oddać wszystko. Syn powinien być mądrzejszy od ojca, który powinien być mądrzejszy od swojego ojca, itd. Takim ojcem chcę być i staram się być dla swojego pięcioletniego dziecka. Najzwyczajniej chcę, aby moja córka była ode mnie mądrzejsza, by wiodła bardziej udane życie, by odnosiła większe sukcesy. Owszem, być może mam mniej czasu na dziecko w porównaniu do mojego ojca przed laty, ale jest ono dla mnie najważniejszym elementem życia tu i teraz na Ziemi. Stanowi jedyny sens, gwarancję i jednocześnie zagadkę nieśmiertelności. Tymczasem ja dla własnego ojca stałem się rywalem, a zawsze chyba byłem niegodnym przeciwnikiem, który owszem: uprawiał z nim różne, czasem ekstremalne i niezwykłe sporty, wyjeżdżał w odległe krainy, przeżywał cuda nie-dziwy, jednak był tylko sparing partnerem, którego rolą było udowodnić mu, że jednak jest lepszy, że mu nie dorastam do pięt, że nigdy go nie pokonam, nie prześcignę intelektualnie… Pamiętam do dziś jak każdy nasz mecz tenisa rozpoczynał stwierdzeniem, że nie dożyje momentu w którym go pokonam, wcale nie motywując mnie tym do walki, którą i tak podejmowałem  zmotywowany do zwycięstwa. Ale przegrywałem, bo był w tym lepszy. I chyba byłem mu do tego właśnie potrzebny. Wiadomo: łatwiej jest wygrać ze słabszym. Teraz to widzę, szczególnie, że więzi między nami słabną (jeśli nie dążą stale do zera), a podświadoma rywalizacja ze mną jest widoczna na każdym kroku… Kiedy skończyłem studia humanistyczne ? wyśmiewał mnie, pomimo, że otwarcie w oczy powiedziałem mu, że to moja pasja. Gdy w wyniku różnych zawieruch zawodowych po latach doszedłem do wniosku, że jednak pasjonuje mnie technologia, innowacyjne podejście i myślenie połączone z projektowaniem, kiedy zacząłem studia techniczne, już jako stary koń ? wyśmiał mnie odwodząc mnie od tej decyzji. Nie zmieni jej ? za późno. Skończę te studia, bo chcę to robić. Jednak co innego jest ważniejsze: co chwila, po latach okazuje się jak bardzo jesteśmy sobie odlegli, jak różne mamy podejście do życia, do dzieci, do siebie… Mamy różne priorytety: dla niego liczy się tylko on. Dla mnie, jego dziecka, liczy się tylko moje dziecko… I najbardziej niepokoi mnie, że na pytanie o to jakim powinienem być ojcem dla swojego dziecka by mnie kochało i szanowało jako ojca, odpowiadam sobie poprzez negację: ?powinienem być dokładnie, kompletnie innym ojcem niż mój ojciec był dla mnie…? Ten paradoks nie daje mi spokoju. Mój ojciec rzadko mi pomaga, kiedy spotykamy się ? może godzinami rozmawiać jedynie o sobie, swoich sukcesach, interesuje go własne ego, podsycane głodem zatrzymania czasu. Są miesiące, w których nie mamy ze sobą kontaktu, po czym odnawiam go, ale skutek jest praktycznie taki sam jak zawsze: dowiaduję się o kolejnych sukcesach, nowych dyscyplinach, zdobyczach ojca. Nie interesuje go ani ja ani moje dziecko, z którym ma bardzo rzadki kontakt (Święta Trójca: Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Dziecka). Cały czas wciąga mnie w tę grę, tyle, że teraz ja, już jako dorosły człowiek, świadomie jej nie podejmuję… Pomimo, że on chyba cały czas na to liczy i mnie do tego prowokuje.
      Nie mogę narzekać, wielu synów chciałoby mieć takiego ojca (lub w ogóle mieć ojca), być może mi nawet zazdrości, że pomimo 59 lat i siwych włosów mój ojciec jeździ na rolkach, snowboardzie, skacze na rowerze górskim, dwa razy w tygodniu wspina się na sztucznej ścianie, właśnie wrócił spod Annapurny, opłynął Spitsbergen, namiętnie uprawia kulturystykę, dużo podróżuje, ćwiczy jogę, podczas gdy ich ojcowie spędzają połowę dnia przed telewizorem z pilotem w ręku, opanowawszy do perfekcji sztukę przełączania kanałów telewizyjnych, w drugim ręku mocując się z puszką piwa ?Dębowe mocne?.
      Być może wyda się to dziwne, ale mam 35 lat i tęsknię za ojcem… Za ojcem, z którym mógłbym coś jeszcze zrobić, u boku którego czułbym się bezpieczny, doceniany, któremu podoba się to, co robię, który doceni może nie wszystko, ale jest w stanie powiedzieć choćby ?Dobra robota, synu. Jestem z Ciebie dumny!?. W tym wieku ojciec też jest potrzebny jako wzór, jako autorytet, jako ostatnia instancja, której można się zawsze poradzić, poprosić o pomoc, pożyczyć pieniądze w razie kłopotu. Ojcem powinno się być na zawsze.
      Tęsknię za ojcem, który jest w stanie zrezygnować ze swoich licznych przyjemności, szalonych i ambitnych planów, który zamiast cały czas udowadniać sobie, że jest młody, że czas stoi w miejscu, mnie przy okazji udowadniając, że jestem stary, gorszy, osiągam gorsze wyniki, pomimo, że nie osiągam gorszych (sic!) ? najzwyczajniej w świecie zainteresuje się co u mnie słychać, pochwali mnie za to, że jestem dobrym ojcem, człowiekiem, dostrzeże we mnie swoje dziecko, któremu ciągle trzeba okazywać serce, a nie odwiecznego rywala, z którym wiecznie chce się porównywać, któremu ciągle chce tylko dowalać, który paradoksalnie ? jakby mu zagrażał i stał przeszkodą… tylko do czego?
      Teraz tak sobie myślę, że być może nie sprawdziłem się w tym wielkim ojcowskim teście trwającym już ponad trzydzieści lat. Być może jajo syn-kumpel nie dorównałem kroku ojcu-kumplowi. Być może zawiodłem go wiele razy… Nie spełniłem jego oczekiwań. Nie pobiłem rekordu. Nie zwyciężyłem w wielkim stylu. Ale do cholery: jestem tylko dzieckiem. Oczywiście: jestem już dorosłym facetem, który sam ma dziecko. Jednak w sensie biologicznym powinienem go ciągle obchodzić, ciągle powinno mu na mnie zależeć. Ciągle powinien we mnie wierzyć, trzymać za mnie kciuki, choć trochę mi pomagać. A może się mylę? Może istnieje bariera, po przekroczeniu której (wiek?, pozycja życiowa?, rozwód?) dla mężczyzny liczy się już tylko on? Może są mężczyźni, którzy nie powinni być w ogóle ojcami, ponieważ nie potrafią dawać, a jedynie brać: od życia, od dziecka, od bliskich? Nie dotarło do nich, że dziecko to ślad, który po sobie zostawiają. Może to zwykły jego egoizm, egocentryzm, schyłkowa acz nieco przydługa andropauza, a może brak wyczucia na krzyk, który podnoszę od kilku lat, zwracając mu uwagę, że zatracił się w sobie, w przyjemnościach, z których nie potrafi zrezygnować: ani dla mnie, ani dla mojego młodszego brata (rezerwowego sparingpartnera w naszej rodzinie), ani dla swojej wnuczki, ani dla żadnej rzeczy, która jego jest…

      20.01.2008

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      Ojcostwo: dyscyplina sportowa?, 4.0 out of 10 based on 1 rating
      Podaj dalej:
      • Google Bookmarks
      • Blip
      • Google Buzz
      • LinkedIn
      • MySpace
      • Pinger
      No Comments
     
    Get Adobe Flash player