Jadczak.net
Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka
-
No Comments
Mamy pierwsze złoto w rodzinie! Chociaż była to bardziej spartakiada niż turniej tenisa ziemnego, o złotym medale dla drużyny, w której startowała moja córka (reprezentacja szkoły) przesądziła ostatnia dyscyplina: przerzucanie piłki nad siatką. Emocji było wiele – podobnie jak i dyscyplin: od sprintu, zwodów sprawnościowych, po hokej i piłkę nożną – oczywiście wszystko to działo się na korcie tenisowym Klubu Tenisowego Eurotenis.
Kiedy w jednej z rozgrywek drużyna mojej córki odpadła w ćwierćfinale – byłem ciekawy czy wpłynie to na ich dalsze zachowanie. Ale gdzie tam. Dzieci bawią się w najlepsze i chłoną atmosferę zawodów do tego stopnia, że szybko zapominają o przegranej. Dlatego już za moment, gdy zaczęły się kolejne rozgrywki i można było walczyć o nowe punkty – jakiś nowy duch w nie wstąpił :-) W efekcie zdobyli puchar (od wczoraj stoi w gabinecie dyrektor szkoły) i każdy z drużyny mojej córki otrzymał złoty medal. W naszej rodzinie jest to pierwszy złoty medal, dlatego mieliśmy z tego powodu tyle radości w domu wczoraj popołudniu. Najbardziej jednak cieszyliśmy się, że Nela świetnie się bawiła. W ciepłym słońcu październikowym nie mogło być piękniejszego widoku jak radość tych dzieciaków biegających i starających się z całych sił, by wygrać.
Mini fotoreportaż z zawodów zamieszczam poniżej:
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Kiedy miałem osiem lat (1981 r.) wystartowałem w swoich pierwszych zawodach pływackich reprezentując Szkolny Klub Sportowy “Delfin”. Z balkonu obserwował mnie ojciec, który robił zdjęcia i kibicował mi z całych sił, choć prawdę mówiąc to on mnie nauczył pływać, więc to on był moim prawdziwym trenerem, który przyszedł popatrzeć co zostało z jego nauki i czego jeszcze muszę się nauczyć. Jutro idę ze swoją ośmioletnią córką Anielą na jej pierwszy w życiu turniej tenisa ziemnego (Międzyszkolny Turniej Tenisa Ziemnego). Trenujemy od roku w szkółce przy Klubie Tenisowym Eurotenis. I choć Aniela będzie pod okiem fachowców – chcę być przy niej podczas zawodów, ponieważ wiem jak dużo znaczy obecność ojca – trzydzieści lat temu płynąłem głównie po to, by zrobić mu frajdę i pokazać, że umiem walczyć.
Jeszcze tylko rano muszę kupić świeżą bułkę, za moment kładziemy ją wcześniej spać by wypoczęła i wstała wyspana – i jutro o 09.00 zacznie się wielka przygoda. Nie jestem szalonym ojcem, który chce zrobić z córki drugą Agnieszkę Radwańską, ale motywuję córkę do tego, by trenowała, sam dając jej od jakiegoś czasu przykład i opowiadając jak sport wpływa na różne umiejętności, które przydają się w życiu. Nauczyłem ją pływać w sierpniu, późno, ale skutecznie. I to sprawiło mi wielką frajdę. Teraz sam czerpię przyjemność z wysiłku który towarzyszy mojemu powrotowi do gry w koszykówkę i nauce gry w tenisa… tuż po treningu córki. Choć dziś sport jest dla mnie wyłącznie próbą przezwyciężania własnych słabości i odreagowania stresu zawodowego – doceniam w nim ten dialog z własnym ciałem, które poddaje się i wielokrotnie mówi “nie”, a jednak można je namówić do wysiłku, do jeszcze jednego skoku, mocnego uderzenia rakietą i szybkiego biegu…
Mam zatem nadzieję, że jutro swoją obecnością dam swojej córce dodatkową energię – idę tam głównie po to. Wierzę, w jej możliwości, choć kocham ją za to kim jest, a nie za to co potrafi lub w najbliższym czasie będzie potrafiła osiągnąć. Jutrzejsza ewentualna porażka w końcu też nam otworzy drogę do przyszłych sukcesów :-)
Poniżej zdjęcia ze wspomnianych zawodów i treningu mojej córki:
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
2 Comments
Nie wybieram się na urlop, ale właśnie zacząłem rodzinne wakacje. Wczesnym rankiem odprowadziłem córkę na zbiórkę, skąd wyjechała nad morze na pierwsze w swym życiu kolonie. A chwilę później spakowaliśmy się i we czwórkę (ja, moja żona i dwoje naszych synów) przeprowadziliśmy się do podłódzkich Sokolnik – miasta-lasu. Na dwa miesiące, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Zacząłem więc życie w lesie, a moja córka Nela swoje pierwsze kolonie.
Wiele się zmieniło od czasu, gdy jako mały chłopak wyjeżdżałem pierwszy raz na kolonie. To było lato 1981 roku, szary Jelcz 043 (tzw. “Ogórek”), nieznane twarze synów i córek łódzkiej klasy robotniczej, pomidory i jabłka w torbie jako prowiant na drogę. Pamiętam, że trzęsło, fotele były niewygodne (kąt 90 stopni), a niemiłosierny upał spowodował, że dojechałem nad morze cały mokry. Nigdy tego nie zapomnę. Kolonii też, bo była to niezła szkoła życia…
Dziś moja córka Nela wsiadła do nowoczesnego autokaru z klimatyzacją, zasłonkami, regulowanymi fotelami i przemiłymi opiekunami. Na start Pani wychowawczyni zebrała od wszystkich dzieci kieszonkowe, dzięki czemu rodzice mają gwarancję, że wszystkie pieniądze nie zostaną wydane pierwszego, maksimum drugiego dnia. Moi rodzice trzydzieści lat temu takiej pewności nie mieli… Ale nie oszukujmy się – nie mieli też pieniędzy ;-) Nela wyjechała z czwórką swoich koleżanek z klasy, więc już przynajmniej zna cztery osoby i może w piątkę przetrwają razem wszystkie “kolonijne atrakcje”. Dlatego cieszyłem się razem z nią i jestem pewny, że jej się spodoba.
Co prawda nie na wszystkich zdjęciach jest uśmiechnięta, ale dawno nie widziałem jej tak podekscytowanej i zadowolonej. W końcu zaczęła prawidzwe wakacje. Ja też, bo właśnie siedzę wśród drzew na werandzie drewnianego domu w środku lasu i pisząc ten post słucham dogasającego śpiewu ptaków. Dawno tak nie odpocząłem jak dziś. Wakacje czas zacząć!
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.
Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.
Do utraty tchu
Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.
Różnica między trzy a dwa to nie jeden…
Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…
Płeć
Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.
Powtarzalność
Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?
Coda
Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.
Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Po serii chorób spod znaku grypy, czasie spędzonym w domu z termometrem w ręku, nerwówce i nieprzespanych trzech nocach (tak, trójka chorych dzieci plus żona to już jest wyzwanie dla jedynego nie chorującego domownika), udało mi się dziś wyjść z córką na rodzinne warsztaty karnawałowe organizowane przez łódzkie Muzeum Fabryki w Manufakturze.
Miejsce być może nie kojarzy się z działaniami plastycznymi, ale pracownicy zorganizowali to naprawdę fajnie, za co należą im się same pochwały. W kameralnej atmosferze, przy dźwięku krosien uruchamianych co pewien czas dla zwiedzających muzeum, a na nas działających mobilizująco – można się było całkowicie zrelaksować. Tematem prac były maski karnawałowe, które przyszykowaliśmy na zbliżający się za 9 dni – bal ostatkowy. Razem z Nelą przygotowaliśmy aż 6 masek. I dawno już się tak nie uspokoiłem siedząc na krześle przy stole pełnym farb, pędzli, klejów, brokatów, błyskotek, piórek, kokard i wszelkich bibelotów, które mogły przydać się do fantazyjnego ozdobienia masek. Sprawdziły się zresztą bardzo dobrze.
Sam przygotowałem aż dwie maski, które nazwałem: “Avatar” oraz “San Francisco”. O ile pierwsza nawiązuje bezpośrednio do wyglądu Navi, o tyle druga ma wszystko, aby niczego nie zabrakło ;-) i dobór kolorów również nie jest przypadkowy ;-)
Nela zrobiła aż 4 maski karnawałowe i poszła zdecydowanie w minimalizm: “Kotek”, “Piórko”, “Tęcza” i “Gwiazdka” to albo czarne, lekko przyozdobione maski dla tajemniczej kobiety, albo żółto-czerwone dla nieco odważniejszej damy.
Wszystkie maski karnawałowe można obejrzeć na poniższych zdjęciach, które wykonałem telefonem w pośpiechu, aby papierowe maski nie odeszły wraz z tegorocznym karnawałem.
I znów Manufaktura okazała się idealnym miejscem na niedzielne popołudnie, gdzie wcale nie trzeba od razu coś kupować i konsumować, aby poczuć się lepiej – można po prostu miło spędzić czas z dzieckiem, zrealizować się choć trochę twórczo, a przede wszystkim zrobić coś własnymi rękoma i mieć z tego dużą frajdę. W dodatku pod okiem instruującego nas plastyka. Jak tworzyć coś z niczego – to tylko w muzeum :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Czytam właśnie wraz z córką jej pierwszą poważną lekturę obowiązkową w pierwszej klasie szkoły podstawowej – “Jak Wojtek został strażakiem”. Nazwisko autora – Czesław Janczarski, jak i sama treść książki, wydały mi się dość znajome. Przez chwilę coś mi zaczęło się składać w siwej już głowie. Przede wszystkim to nazwisko autora kojarzące się z Misiem Uszatkiem. Ale i sama książka, a w niej charakterystyczne obrazki – na przemian kolorowe i czarno-białe.
I kiedy przejrzałem uważnie ostatnią stronę tej książki – oniemiałem… Wypożyczone z biblioteki szkolnej przez moją córkę wydanie tej książki pochodzi z 1980 roku, a więc z okresu, kiedy sam uczęszczałem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, a wydana w tym roku przez Instytut Wydawniczy “Nasza Księgarnia” książka jako lektura obowiązkowa dla klasy pierwszej – to “raptem” XIII wydanie tego tytułu… To oznacza, że od 1950 roku – bo wtedy ukazał się ten tytuł po raz pierwszy – czytana jest przez czwarte pokolenie Polaków… Tym czwartym pokoleniem jest właśnie moja córka. Pytanie tylko, czy zawsze to była lektura obowiązkowa w szkole, ale ja zapewne ją czytałem jako lekturę, skoro ma takie oznaczenie w formie charakterystycznego wachlarza, a wtedy to było dość restrykcyjnie traktowane przez system szkolnictwa w PRL. Pamiętam tę książkę jak przez mgłę, choć pewny być nie mogę, a moja nauczycielka z pierwszej klasy, choć jeszcze żyje – też może tego nie pamiętać.
Ale powracając do historii opisanej w książce – jest dość uniwersalna i zapewne może trafić do umysłów dzieci teraz, podobnie jak działo się to 60, 50, 40 i 30 lat temu. Ochotnicza Straż Pożarna wciąż przecież istnieje, uratowanie dziecka z pożaru zawsze będzie czynem heroicznym, w remizach co sobota odbywają się zabawy strudzonych strażaków, zresztą dość barwnie opisane w książce, tylko pytanie czy dzisiaj każdy chłopiec marzy, tak, jak tytułowy Wojtek – o złotym kasku i stalowym toporku; o tym, by zostać strażakiem? Jak pisze autor:
“A strażacy tutaj – to sam kwiat młodzieży. Zgrabni, silni, młodzi, opaleni chłopcy. Dumni są z nich swoi, a chwalą ich obcy“.
Odnoszę wrażenie, że gdyby nie ta książka – współczesne dzieci z miast w ogóle mogłyby nie dowiedzieć się, kim jest strażak i na czym polega jego praca. Zwłaszcza strażak z OSP, który ratuje życie innych, nie tylko w pożarze, ale i w przypadku innych klęsk żywiołowych – dobrowolnie i nieodpłatnie, co dla współczesnego dziecka, narażonego na komercyjny odbiór świata i otoczenia, może być niezłą abstrakcją.
A teraz puenta: książka mnie zachęciła do tego, aby zabrać dzieci w Międzynarodowy Dzień Strażaka przypadający 4 maja na festyn, obchody, imprezę plenerową, aby pokazać im z bliska na czym polega praca tych zgrabnych, silnych i młodych, opalonych chłopców. Znów, po 30 latach chcę spojrzeć na nich z rozmarzeniem i podziwem. Zawsze kręcił mnie mundur: chciałem być, jak wielu moich rówieśników: strażakiem, policjantem, lotnikiem, konduktorem, kolejarzem. Jedynie żołnierzem nigdy nie chciałem zostać, jakbym czuł, że oprócz obrony ojczyzny, robią komuś innemu coś niemiłego… O strażaku tego powiedzieć nie można. Strażacy to sam kwiat młodzieży.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Pokazać dzieciom, co sprawia mi przyjemność i dzielić się swoją pasją. Zacząć kształtować ich świat. Zaszczepić im wartości. Uczyć ich poprzez to, co mówię, poprzez przykład co tak naprawdę w życiu jest ważne. Ale tak, by byli sobą, a nie mną. Duże wyzwanie – dla nich i dla mnie. Ćwiczyć ich charakter, umiejętności i odpowiednie postawy. I jeszcze zachować tę relację, która jest teraz, właśnie się rodzi, tak – by przetrwała całe nasze życie…
Zaczynam teraz zastanawiać się, jak nigdy wcześniej, nad własnymi doświadczeniami z dzieciństwa. Obrazy sprzed 30 lat wracają niczym slajdy, które gdy jest ich wiele – ogląda się w pośpiechu. Ciekawe jak w dużym stopniu dzieciństwo wpłynęło na moje dorosłe życie? Gdy usypiam córkę, czasami prosi mnie, bym opowiedział jej jakąś swoją przygodę. I teraz uzmysłowiłem sobie, że zawsze opowiadam jej przygody, jakie miałem z ojcem jako mały chłopiec. A przecież tyle rzeczy wydarzyło się później… I już bez udziału ojca. Wychowywanie dzieci jest jak przeżywanie dzieciństwa po raz drugi.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Czytam książkę “Syn dobrze wychowany” autorstwa Cheryl L. Erwin, którą kupiłem z palącej potrzeby dowiedzenia się, co robię źle, co mógłbym robić lepiej, wierząc, że rodzicielstwo jest umiejętnością, której można się nauczyć. Wpierw nauczyć się łączyć miłość z mądrością. A potem nauczyć dziecko tego samego.
Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się tak poważnie czym jest męskość i kiedy ona się rodzi… Teraz w trakcie lektury wracają wspomnienia z okresu, gdy sam byłem małym chłopcem i u boku swojego ojca poznawałem świat, chłonąc jak najwięcej się da, nierzadko stawiając czoła przeciwnościom losu, ale też i kamieniom pod nogami, o które się potykałem. Choć akurat mój syn robi to intensywniej, dogłębniej, będąc “małym odkrywcą”, co z jednej strony przeraża – tak jest to absorbujące – z drugiej zaś cieszy, że ma taką ciekawość wszystkiego.
Zrozumiałem teraz sens słów autorki, która pisze, że “istnieje coś takiego jak dobre dopasowanie. Mówiąc prosto, Ty masz swój temperament i tak samo Twój syn. Czasem rodzicom i dzieciom łatwo jest się porozumieć, dorastać razem i rozwiązywać problemy. W innych przypadkach nie przebiega to tak gładko”. A więc jest nadzieja, że będziemy się rozumieć i to nie przypadek, że on chce robić wszystko to, co ja, choć ma dopiero półtora roku. Czemu oczekiwałem czegoś innego? Czemu spodziewałem się, że to będzie przebiegać spokojniej, wolniej? Może dlatego, że moim pierwszym dzieckiem jest córka? A może przez te cholerne potrzeby rodzicielskie i oczekiwania, które podpowiadały: a może będzie spokojnym dzieckiem? Nie, nie będzie i cieszę się, że teraz to rozumiem. Właśnie dlatego, że nie będzie, że nie jest takim spokojnym duchem – mamy szansę ze sobą współgrać, razem czerpać ile się da z życia w przyszłości.
Od razu kupiłem też i “Córka doskonała” dwóch innych autorek. Choć póki co odłożyłem ją na bok, by nie czytać tych dwóch książek jednocześnie. Ja wiem, że zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy powiedzą, że “rodzicielstwo ma się we krwi” albo “tego nie da się wyczytać z książek” – jednak już w trakcie lektury tej pierwszej książki doceniam wiele praktycznych rad dotyczących wychowywania syna i wierzę, że rodzicielstwa da się nauczyć. Gorąco polecam tę książkę ojcom, matkom synów – aby czerpali z niej wychowując swoje pociechy – przyszłych wspaniałych ojców :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Dziś dowiedziałem, że moim trzecim dzieckiem będzie chłopiec. Kiedy ma się już córkę i syna, zatem w rodzinie jest równowaga płci (2/2) – w takim momencie oczekiwanie na tę wiadomość jest ubarwione dodatkową ciekawością, jak będzie wyglądał dalej – nie chcę powiedzieć “układ sił”, bo rodzina to nie walka, ale: związek. Kogo będzie więcej, a zatem która większa grupa będzie opiekować się mniejszą, co jest chyba zjawiskiem naturalnym, wręcz biologicznym.
Dlatego tak cieszę się, że to chłopiec. W trzech facetów na pewno damy radę wspierać nasze dwie kobiety: moją żonę i córkę. Od trzech facetów dostaną więcej miłości, szacunku, ciepła. Ale patrząc też i z drugiej strony – będzie sześć rąk do pracy, sześć nóg do poszukiwań, sześć oczu do ogarnięcia tego wszystkiego, co zapewne przed nami: czyli wspólnego życia. Mam nadzieję – jak najdłuższego.
Trójka dzieci to niebywałe wyzwanie – i teraz – pomimo życia “w czwórkę” nie potrafię sobie jeszcze przedstawić jak będzie wyglądał podział prac między mną a żoną, ponieważ dotychczas rozkład prac czy obowiązków – np. usypianie dziecka – mogło rozłożyć się równomiernie: moja żona usypia syna, ja usypiam córkę. A od lutego? To właśnie nieparzystość stanowi to niebywałe wyzwanie. Ale “trzy” to moja szczęśliwa liczba, Bóg kocha trójcę, a ponadto nasza córka stanowi jakby część wspólną: jest najstarsza spośród rodzeństwa i już udowodniła, że potrafi nam pomagać. I najwięcej radości dziś właśnie przysporzyła mi nie sama wiadomość o płci trzeciego dziecka, tylko jej radość, że będzie miała drugiego brata.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
1 Comment
Kim jesteś tajemnicza istoto? Pewnie przybyszem z kosmosu. Czy będziesz “Nią” czy raczej “Nim”? Czy będziesz bardziej podobna/y do mnie czy do mojej żony? Jak dać Ci na imię?
Mnóstwo pytań.
Lecz teraz zamiast szukać odpowiedzi – patrzę, próbuję słuchać, staram się niczym dziecko zrozumieć, że już jesteś, że wkrótce będziesz z nami.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze