Jadczak.net

Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

May 2012
M T W T F S S
« Mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Nic tak nie ucieszyło mnie od blisko miesiąca jak dzisiejszy spacer z dziećmi po 25 dniach rozłąki i chwila spędzona z nimi na trawie, pod gołym niebem.

      To takie proste przyjemności. Bezcenne.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Skype ma tyle lat, co moja córka Nela. 7 lat to wystarczający czas, by podbić rynek w przypadku firmy, 7 lat to wystarczający wiek, by korzystać z tego genialnego wynalazku w przypadku dziecka…

      Ale kiedy twórcy Skype: dwóch szwedzkich programistów Niklas Zennström i Janus Friis wraz z grupą estońskich programistów z Talinna wymyślało ten komunikator – nie zdawali sobie chyba sprawy jak szerokie znajdzie on zastosowanie… A człowiek jest pomysłowy, w szczególności Polak ;-) Ostatnio dowiedziałem się, że mój kolega spowiada się księdzu przez Skype… Drugi znajomy, którego dziecko po rozwodzie mieszka kilka tysięcy kilometrów wraz z matką – czyta przez Skype córce bajki do snu. Czytałem też o uczeniu się języków obcych z nauczycielem, właśnie poprzez Skype. Hitem, o którym tylko słyszałem – jest transmitowanie meczu piłkarskiego przez polskich kibiców zrozpaczonych faktem, że transmisja była w zakodowanym kanale telewizyjnym, w ramach wideokonferencji zorganizowanej przez jedynego szczęśliwca, który siedział z laptopem z włączona kamerą nakierowaną na ekran telewizora… I pewnie jeszcze setki osób wykorzystuje Skype do rożnych celów, o którym nie śniło się ani poetom ani filozofom.

      Ja jednak, przebywając często zagranicą, uwielbiam “łączyć się z domem” co wieczór i po prostu: patrzeć na rodzinę, której mi cholernie brakuje, widzieć ich, choć dzieli nas równo tysiąc kilometrów, czyli milion metrów, czyli sto milionów centymetrów… Dzięki Skype mój syn Antoni, czy córka Nela, czy wreszcie żona Ania są kilka centymetrów przed moimi oczami, słyszę ich, a czasem wygłupiam udając, że ich całuję – zbliżając usta do kamery ;-) Nic nie zastąpi tej normalnej obecności, bliskości rodziny na kilka centymetrów, ale gdyby nie Skype – mógłbym tylko słuchać ich przez telefon. A tak pokazuję córce co robię, ona pokazuje mi, co narysowała, wygłupiam się z synem, który czasem wręcz chce wejść przez ekran do mojego pokoju… Thanks God is Skype

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      2 Comments
    • Zaczynałem pisać tego bloga, kiedy rodził mi się syn – dokładnie rok temu. Właściwie te narodziny Antka mnie natchnęły do tego, by wszystko spisywać – wszystko to, co ważne w moim życiu, rodzinie.

      I już minął rok – rok pełen wydarzeń, które biegły, pędziły wręcz, a to był cały rok z życia człowieka – w moim przypadku jeden z 37 takich lat. W przypadku mojego syna – pierwszy i najważniejszy rok, w którym się poznaliśmy nawzajem, pokochaliśmy, on zaczął chodzić, rozrabiać, gaworzyć. I choć nie umie jeszcze zdmuchnąć świeczki urodzinowej – umie już bardzo dużo. A kiedy patrzę na ciężką, wręcz siermiężną pracę i ogromny wysiłek mojej żony, która przeznacza wszystkie swoje siły na wychowywanie dzieci – wiem, jestem pewien, że właśnie tego potrzebują – zarówno nasz roczny syn jak i siedmioletnia córka. Ja to właśnie dostałem od moich rodziców i to mnie stworzyło. Dlatego w to wierzę.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Prawo Moore’a przestaje już obowiązywać, ale może czas najwyższy zacząć stosować je na gruncie edukacji informatycznej. Jak zatem brzmiałoby takie prawo? Powiedzmy, że tak: “Co 24 miesiące podwaja się umiejętność korzystania z komputera przez ludzi”.

      Oczywiście nikt tego jeszcze nie udowodnił i pewnie wybiegłem mocno do przodu, ale kiedy obserwuję jak moje starsze dziecko lub inne dzieci w jej wieku (6 lat) robią postępy w tak zwanej “Informatyce” – śmiem twierdzić, że coś jest na rzeczy. Sam z komputerem zetknąłem się mając 12 lat. To był 1985 rok i do dziś została mi ta fascynacja technologią. Chodziłem na pozalekcyjne zajęcia koła komputerowego w pracowni przy łódzkim planetarium. Wtedy ZX Spectrum, ZX Spectrum+ i Elwro 800 Junior udostępnione w pracowni, którą opiekował się profesor Kozłowski – rozgrzewały nas do czerwoności. Nauka języka BASIC, a właściwie jego dialektu Sinclair BASIC była połączona z nauką matematyki i wtedy to było dla nas dość oczywiste. Dziś, kiedy komputer osobisty (ta nazwa po upowszechnieniu się internetu też traci już sens moim zdaniem) niesie ogromne możliwości – odpowiedź na pytanie kiedy i w jaki sposób zacząć uczyć dziecko obsługi komputera, jest chyba oczywista: jak najszybciej. No dobrze, ale w jaki sposób uczyć?

      Pierwszy kontakt
      Do niedawna prowadziłem zajęcia dla dzieci w wieku przedszkolnym (5-7 lat) w świetlicy środowiskowej w Węgrzynowicach i te doświadczenia w pracy z dziećmi pozwoliły mi rozpocząć naukę z córką (kiedy miała 5 lat). Tak, jak i tamtejsze dzieci: uczyłem ją podstawowej obsługi systemu operacyjnego, podstaw budowy komputera, zrozumienia co to za urządzenie i z jakimi innymi urządzeniami współpracuje, obsługi klawiatury (w przypadku dzieci uczących się dopiero czytać i pisać jest to nie lada wyzwanie!). Lepiej idzie rzecz jasna nauka rysowania, w dowolnym, byle prostym programie graficznym, np. Paint. Z doświadczeń tych wynika, że nie należy przesadzić w żadną ze stron: nie powinno się pozwolić dzieciom wyłącznie grać, ani też nie ma co przesadzać z programowaniem. Najlepszy jest kompromis: jeśli gry to edukacyjne (przyjemne z pożytecznym) i/lub gra jako nagroda za wykonanie zadania. Zresztą ten etap to oswajanie dziecka z komputerem. Również z internetem, o którym dzieci, nie wiem skąd – ale wiedzą :-)

      Pierwszy przedmiot w szkole
      Kiedy jednak moja córka rozpoczęła naukę w szkolnej zerówce i pojawił się jej ulubiony przedmiot “Informatyka” – zrozumiałem, że czas na naukę czegoś bardziej zaawansowanego. Na początek postanowiłem, żeby w domu uczyła się równolegle obsługi alternatywnych dla Windows systemów operacyjnych: Mac OS X i Linux w środowisku graficznym. Co do nauki programowania – długo się zastanawiałem od czego zacząć i czy na pewno od pracy przy komputerze. Jest bowiem cała “szkoła” nauki informatyki bez użycia komputera zwana “Computer Science Unplugged” W końcu jednak zaczęliśmy :-) Uczę sześcioletnią córkę programowania w Logo. Aby połączyć to z nauką języka angielskiego zdecydowałem się nie na polskie: Logomocję czy Komencjusza, ale na Berkeley Logo i darmowy (oparty na licencji GNU GPL) interpreter UCBLogo. Choć marzy mi się (niestety koszmarnie drogi) program Baltie i uważam, że nauka programowania obiektowego w takim graficznym środowisku przyjaznym dla dziecka – to najlepsze co można zrobić w kierunku nauczania dziecka zarówno tego rzemiosła jak i logicznego myślenia oraz algorytmiki.

      A co robić z młodszymi dziećmi?
      Naukę “obsługi komputera” można zacząć wcześniej niż w wieku przedszkolnym. Ja już oswajam swojego półrocznego syna – może nie z komputerem sensu stricte, ale komputerem-zabawką. Ten “sprzęt” wydaje różne dźwięki, ma klawiaturę w układzie QWERTY, wyświetlacz, a nawet myszkę, więc zabawa zabawą (równie dobrze mógłby to być samochód), ale mam nadzieję, że w przyszłości, za kilka lat podejdzie do komputera bez żadnych obaw, a jego obsługa będzie dla niego czymś oczywistym. Za dwa lata pewnie będzie wiedział dużo więcej niż wie na ten temat teraz moja córka ;-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      9 Comments
    • W moim domu właśnie rozpoczął się sezon na kaszel. I tak jest od czterech lat między październikiem a kwietniem… Odkąd moja córka poszła do żłobka, a potem chodziła do przedszkola, sezon na kaszel trwa co roku. W szkole zresztą nic się nie zmienia, o czym przekonałem się dwa tygodnie temu…

      Jedyny ratunek to inhalacja. Nawet zapobiegawczo – wystarczy zwyczajna sól fizjologiczna. A kiedy choroba zaczyna się na dobre i do akcji wkracza lekarz – niestety stosujemy już sterydy: pół ampułki Pulmicortu dwie i pół soli fizjologicznej.

      Gorąco polecam inhalację jako sposób na zapobieganie i leczenie chorób górnych dróg oddechowych. Nie tylko u dzieci, bo inhalujemy się także z żoną. Inhalujemy też naszego syna, więc można inhalować także niemowlęta. Używamy inhalatora w kształcie pingwina firmy mebby o wdzięcznej nazwie Nebulbaby.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      1 Comment
    • 6 kwietnia 2009 roku. Poniedziałek. Niby zwyczajny dzień. Ale nie dla mnie i dla mojej żony…

      15.45-16.00
      Zaczyna się z buta… Jak w każdym dużym szpitalu państwowym. Najpierw opierdziel, że weszliśmy na Izbę przyjęć nie dzwoniąc (oczywiście nie było napisu “proszę dzwonić” oraz drzwi były otwarte!), potem zawistne spojrzenia i pogarda w oczach pielęgniarek. Znoszę to ciężko, wstrzymuję złośc i zaciskam pięści, tylko dlatego, że to wyjątkowy dzień. Witamy w PRL! Pani z okienka o wszystko ma pretensje. Czuję się jak w ZUS lub Urzędzie Skarbowym. Ania znika w depozycie ubrań, a potem prowadza ją gdzieś dalej.

      16.00-16.30
      Każą mi przejść za drzwi i trafiam do poczekalni dla ojców. Spaceruję. Mam wrażenie, że nikogo tu nie ma, jakby dzieci rodziły się w pustce, w pustym szpitalu na peryferiach miasta… Cisza.

      Klinika położnictwa CZMP w Łodzi

      16.30-16.50
      Przeraźliwie chce mi się siku. Jak małemu chłopcu, ale kibla nie widać… Czekam. Wychodzi pielęgniarka, która każe mi się ubrać w zielony strój. Muszę go kupić, ale oczywiście do maszyny trzeba wrzucić monety (3×5 zł), których nie mam. W panice zaczynam pytać wszystkich czy mają rozmienić dwie dychy… Zdesperowany wybiagm korytarzami do wind, opuszczam izbę przyjęć i udaje się do głównego hallu szpitala, aby rozmienić pieniądze. Znów pogarda, tym razem sprzedawczyń w sklepach, w których nikt nie ma (nie chce) rozmienić… W końcu rozmieniam 20 zł, kupując gumę do żucia.

      16.50-17.00
      Labirynt zielonych korytarzy… Nie wiadomo gdzie co jest, gdzie jest żona, którą zabrali (na salę?). Zero informacji. Lekki ból głowy. Chce mi się pić, ale nie piję, żeby się nie zesikać w ten piękny zielony fartuch i spodenki o pięć numerów za male (w tym kraju ciagle zakłąda się 170 cm wzrostu dla dorosłego mężczyzny)… Wszystko tu jest zielone. Można zwariować… Chodzę po tym labiryncie niczym lew. Denerwuję się. Wysyłam do Marcina, mojego wspólnika, z telefonu maila ze zdjęciem, które sobie robię, przyznając się, że jestem zdenerwowany. “Tak, da się zauważyć” – odpisuje po chwili.
      Nerwy przed porodem

      17.15
      Chyba coś się dzieje. Pielęgniarki kręcą się i uwijają, ruszając tymi swoimi zgrabnymi tyłkami. Zmiana?

      17.30
      Piszę SMS’a do córki, żeby się nie martwiła. Córkę “przechowujemy” u znajomych. Spędzi tam w sumie dwa dni, bo ja muszę jutro jechać do Warszawy.

      17.41
      Wchodzę do Ani na salę porodową. Leży na łóżku podłączona do KTG, w oczekiwaniu na jej kolej. Ma gorączkę z wrażenia. Ja też. Ale jesteśmy wreszcie razem :-) Jestem przy niej. Trzymam ją za rękę.

      18.01
      Bolą mnie nogi. ciągle stoję lub chodzę. Tak, pamiętam to z pierwszego porodu. Kobieta leży, mężczyzna stoi. Ciekawe ile dziś kilometrów przejdę… Czeka mnie cudowny spacer.

      18.15
      Kobieta obok rodzi. Czekamy aż urodzi. – Pani Dominiko, prze bardziej? – pyta co chwila położna.

      18.22
      Proponują nam spacer. Chodzimy z Anią zielonymi korytarzami. Znow zielone korytarze… Odnajdujemy toaletę zakamuflowaną w pomieszczeniu o jakże poetyckiej nazwie nazwie “Brudownik” ;-) Wielka ulga. Ania też korzysta. Okazuje się, że jedna z dyżurujących położnych nazywa się Ewa Jatczak. Niezły zbieg okoliczności. Dobry znak.
      Tablica z dyżurami

      18.54
      Zaczynamy! Wołają nas i Anię od razu znieczulają.

      19.03
      Nie pozwolili mi wejść… Stoję przy punkcie noworodkowym. Mają mi dać znać jak już będzie dzidziuś. Jestem wściekły. Biegnę jeszcze do lekarza prosząc, żeby mnie wpuścił. Odmawia i jeszcze na mnie krzyczy.

      19.06
      Zamknęli drzwi do sali operacyjnej/porodowej. Przystawiam ucho-nasłuchuję płaczu. To dla mnie będzie znak, że już, że już mam syna.
      iSala operacyjna

      19.15
      Jest! Słyszę. Ale drzwi są zamknięte i nie wpuszczają mnie. Katorga. Mnie nie wolno dotknąć, a dotykają go obce baby. Słucham ich rozmów – Ale mnie osikał. – No facet, ale jesteś długi. Mam wrażenie, że robią sobie z nim zdjęcia… Ale po chwili gryzę się w wargi – to są jakieś medialne koszmary i uprzedzenia.

      19.20
      Wpuszczają mnie. Zakładam maskę na twarz i czepek na głowę podane przez pielęgniarkę. Antoś jest piękny, długi (58 cm) i chudy (2970 gramm’ów). Zupełnie jak ja w młodości… Ecce homo!
      Ecce homo!

      19.25
      Dotykam go palcami, głaszczę po główce. Płacze, ale uspokaja sie po chwili, jakby już wiedział, że jestem.

      19.30
      Zabierają go na górę na oddział noworodków na szczepienia. Nie pozwalają mi z nim jechać. Zostaję przed salą operacyjną – czekam na Anię. Deja vu. Dzwonię do Neli – krzyczę do niej, że Antek już jest! Że ma brata, że wreszcie się urodził. – I co powiedział? – pyta moja córka… Jestem szczęśliwym tatą. “Complimenti Padre” – pisze do mnie w SMSie Bolek, brat Marcina, który także trzymał kciuki.

      19.45
      Wywożą Anię z sali operacyjnej. Przez chwilę jej towarzyszę, po czym jadę na górę, na piąte piętro do Antka. Jestem tak podniecony, że się jąkam pytając pielęgniarki, gdzie leży mój syn.

      20.00
      Spędzam z nim 3 minuty. Na tyle mi pozwalają pielęgniarki. Zapada noc. – Dobranoc mój synu. Robię mu zdjęcie w inkubatorze, gdzie się dogrzewa i zjeżdżam na dół do żony.

      Antek w inkubatorze

      20.00-23.58
      Siedzę przy Ani na sali pooperacyjnej. Opowiadam jej jak wygląda Antek, pokazuję jej zdjęcia naszego syna. Masuję od czasu do czasu jej nogi, w których nie ma czucia po znieczuleniu. Wciąż mamy nadzieję, że jeśli do 23.00 odpuści jej znieczulenie i stanie na nogach (dosłownie) – przewiozą ją na górę do dziecka. Ale tak się nie dzieje. Ania jest wykończona, pielęgniarki dyżurne zapraszają mnie na 07.00 rano, kiedy to prawdopodobnie przewiozą Anię do dziecka. Jesteśmy niby w czwórkę, ale bez naszych dzieci… Wykorzystujemy to na trzymanie się za rękę i rozmowy: o naszej rodzinie, o tym czy będzie lepiej, o wszystkim. Powoli dogasa dzień pełen wrażeń. Dzień, w którym Ania po raz drugi została matką, a ja ojcem…

      P.S. Tego “bloga” pisałem na iPhone, korzystając z narzędzia “Notatki”. Zdjęcia robiłem też na iPhone. Rozważałem jeszcze nagranie głosu syna na “QuickVoice”, ale byłem chyba juz zbyt podniecony, aby poza słowem i zdjęciami, zająć się jeszcze trzecim medium przekazu. Dzięki iPhone wszystko to, co widziałem – wysyłałem bliskim osobom. Uważam, że iPhone jest najlepszym narzędziem dla mężczyzny towarzyszącemu żonie pdoczas porodu – nie ma w tym przesady. Sprawdził się po prostu w warunkach bojowych. I właśnie dzięki niemu to czytacie oraz oglądacie :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      8 Comments
     
    Get Adobe Flash player