Jadczak.net
Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka
-
No Comments
Założę się, że każdy rodzic zetknął się przynajmniej raz z placem zabaw. Ale znam i takich którzy są wielkimi ekspertami i zdobyli już wiedzę, gdzie w ich mieście znajduje się najlepszy ogródek jordanowski, plac czy sala zabaw – ta ostatnia, przynajmniej u nas w Łodzi – zwana “figlorajem”. Ja ostatnio szukam z dziećmi miejsc, w których i sam zajmę się ćwiczeniami, bo na rozmowy z nieznajomymi nie ma co liczyć, a czytanie książki jest zaprzeczeniem uczestnictwa we wspólnej zabawie z dziećmi.
Najczęścej odwiedzam z dziećmi ogródki w łódzkim Zoo, Parku Zdrowie, Parku na Młynku, w Parku 3 Maja, czy w Arturówku. Choć mam to szczęście, że działając w Zarządzie Wspólnoty Mieszkaniowej przed laty udało się przekonać większość mieszkańców, że lokalny ogródek na terenie naszej posesji pozwoli nam się bardziej zintegrować, a dzieciom ułatwi zabawę w najbliższym otoczeniu domu.
Drabinki, huśtawki, piaskownice – moje dzieciaki mają na nich więcej przyjemności niż ja miałem w ich wieku pod koniec lat siedemdziesiątych. Po pierwsze teraz nietrudno znaleźć plac zabaw pod gołym niebem – jest ich naprawdę dużo w mieście, a i też taki obiekt staje się czymś normalnym na nowych osiedlach. Nie wspominając o jakości wszystkich urządzeń, sprzętów i zabawek. Pamiętam jak z matką jechałem czasem przez pół miasta tramwajem, aby dotrzeć na upragniony placyk, gdzie oprócz najczęściej niedziałających sprzętów czekały na mnie nieznajome dzieci, z którymi nieraz musiałem się przepychać w walce o miejsce na huśtawce. Dziś wszystko odbywa się bardziej kulturalnie, nawet niektórzy rodzice gaszą zapędy nie swoich podopiecznych, którzy w walce o wiaderko czy miejsce na drabince gotowi są zrobić wszystko, a na pewno wiele ;-)
Nie pokuszę się o ocenę, który plac jest najlepszy, najbardziej interesujący, do którego ogródka jordanowskiego udać się z dzieckiem – bo są to mimo wszystko indywidualne upodobania, a dodatkowo to zależy od wieku dziecka. Nie wszędzie bowiem da się spędzić bezpiecznie czas z maluchem, a i na tych przeznaczonych dla najmłodszych starsze dzieci mogą się nudzić. Warto sprawdzić samemu udając się na wycieczkę po swoim mieście – wycieczkę “Szlakiem ogródków jordanowskich” :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.
Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.
Do utraty tchu
Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.
Różnica między trzy a dwa to nie jeden…
Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…
Płeć
Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.
Powtarzalność
Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?
Coda
Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.
Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Właśnie dziś przypomniałem sobie ten rzadko używany termin”promocja do klasy”, gdy uczestniczyłem w uroczystości zakończenia roku szkolnego na sali gimnastycznej (klasyka lat osiemdziesiątych) i rozdania świadectw w szkole mojej córki. Dokładnie: “i otrzymała promocję do klasy drugiej” jest napisane na dużym, błękitnym świadectwie szkolnym – co ciekawe – drukiem komputerowym, więc nie ma już tych pięknych zawijasów nie do odczytania pisanych piórem wiecznym, jak to zdarzało się za moich czasów szkolnych.
Na poniższych zdjęciach widać, że niewiele się zmieniło przez ostatnie 30 lat :-)
Świadectwo prawie przypomina to z lat osiemdziesiątych, ale zamiast ocen jest tzw. ocena opisowa, czyli “Wyniki klasyfikacji rocznej” i ocena “Obowiązkowych zajęć edukacyjnych” – również opisowa. Wszystko prozą :-) Można sobie poczytać o kulturze dziecka, jego zachowaniu w szkole, w grupie, aktywnościach, emocjach, przestrzeganiu przez dziecko zasad bezpieczeństwa, jego samoocenie, etc.
Jedynie religia ma ocenę – paradoksalnie właśnie religia, z której wystawić ocenę pewnie bałby się sam Bóg ;-) A tu proszę – pomimo, że moje dziecko uczyło się przez cały rok liczyć, pisać, kojarzyć, zapamiętywać, rysować i śpiewać, że nie wspomnę o obsłudze komputera – nikt zgodnie z ustawą nie podejmuje się ocenić tych umiejętności, jakby umiejętność liczenia do dwudziestu, dodawania i odejmowania w pamięci, liczba popełnianych błędów ortograficznych czy składniowych nie była kwantyfikowana… Nie mam o to żalu – to dla mnie tylko ciekawy paradoks, że jedyna ocena na świadectwie pochodząca z nowoczesnej, sześciostopniowej skali ocen – znajduje się przy przedmiocie totalnie abstrakcyjnym, jeśli w ogóle religia jest przedmiotem.
Żal mam natomiast o to, że w programie klasy pierwszej szkoły podstawowej religii są dwie godziny w tygodniu, a informatyki wyłącznie jedna… Może nawet nie być oceny z informatyki do szóstej klasy, a niech to, ale wolałbym, aby moje dziecko rozwijało się w kierunku wykorzystywania nowych technologii, a sprawy etyki, wiary – pozostawiono mnie, mojej żonie, babciom, dziadkom. Skoro zaś moja córka uwielbia rysować – niech rysuje na komputerze.
Wracając jednak do świadectwa i oceny opisowej – najbardziej ucieszyło mnie jedno zdanie i właśnie z niego jestem najbardziej dumny, bardziej, niż może byłbym dumny z szóstki czy piątki przy jakimś przedmiocie, gdyby takie oceny na nowo pojawiły się na świadectwach: “Samodzielnie radzi sobie z problemami życiowymi”. To dla mnie znaczy dużo więcej niż piątki, szóstki, przepraszam: oceny celujące i bardzo dobre. Tego najbardziej brakuje mi u ludzi, z którymi przebywam, pracuję, współpracuję, których mijam na ulicy, których słucham w pociągach. Dlatego tak się cieszę, że wychowawca w pierwszej klasie szkoły podstawowej potrafi dostrzec u dziecka takie umiejętności i je wynagrodzić. Cieszę się, że moja córka przyniosła do domu takie świadectwo, właśnie z tym jednym, ale bardzo ważnym dla mnie zdaniem. To jest dla mnie najlepsza promocja. Nie tyle do drugiej klasy, co promocja do przyszłego, dorosłego życia.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Po serii chorób spod znaku grypy, czasie spędzonym w domu z termometrem w ręku, nerwówce i nieprzespanych trzech nocach (tak, trójka chorych dzieci plus żona to już jest wyzwanie dla jedynego nie chorującego domownika), udało mi się dziś wyjść z córką na rodzinne warsztaty karnawałowe organizowane przez łódzkie Muzeum Fabryki w Manufakturze.
Miejsce być może nie kojarzy się z działaniami plastycznymi, ale pracownicy zorganizowali to naprawdę fajnie, za co należą im się same pochwały. W kameralnej atmosferze, przy dźwięku krosien uruchamianych co pewien czas dla zwiedzających muzeum, a na nas działających mobilizująco – można się było całkowicie zrelaksować. Tematem prac były maski karnawałowe, które przyszykowaliśmy na zbliżający się za 9 dni – bal ostatkowy. Razem z Nelą przygotowaliśmy aż 6 masek. I dawno już się tak nie uspokoiłem siedząc na krześle przy stole pełnym farb, pędzli, klejów, brokatów, błyskotek, piórek, kokard i wszelkich bibelotów, które mogły przydać się do fantazyjnego ozdobienia masek. Sprawdziły się zresztą bardzo dobrze.
Sam przygotowałem aż dwie maski, które nazwałem: “Avatar” oraz “San Francisco”. O ile pierwsza nawiązuje bezpośrednio do wyglądu Navi, o tyle druga ma wszystko, aby niczego nie zabrakło ;-) i dobór kolorów również nie jest przypadkowy ;-)
Nela zrobiła aż 4 maski karnawałowe i poszła zdecydowanie w minimalizm: “Kotek”, “Piórko”, “Tęcza” i “Gwiazdka” to albo czarne, lekko przyozdobione maski dla tajemniczej kobiety, albo żółto-czerwone dla nieco odważniejszej damy.
Wszystkie maski karnawałowe można obejrzeć na poniższych zdjęciach, które wykonałem telefonem w pośpiechu, aby papierowe maski nie odeszły wraz z tegorocznym karnawałem.
I znów Manufaktura okazała się idealnym miejscem na niedzielne popołudnie, gdzie wcale nie trzeba od razu coś kupować i konsumować, aby poczuć się lepiej – można po prostu miło spędzić czas z dzieckiem, zrealizować się choć trochę twórczo, a przede wszystkim zrobić coś własnymi rękoma i mieć z tego dużą frajdę. W dodatku pod okiem instruującego nas plastyka. Jak tworzyć coś z niczego – to tylko w muzeum :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
2 Comments
No więc spotkaliśmy się wczoraj rano we trójkę: moja żona, ja i nasz nowy syn – Aleksander. Było przy nas kilku ludzi w fartuchach, ale to nie ma znaczenia, bo szybko się rozeszli i resztę dnia spędziliśmy już sami, dotykając się, patrząc na siebie i wzajemnie się wąchając.
Aleksander jest wielki i chyba wyrośnie na wysokiego chłopa. Chciałbym. Dziś przedstawiłem mu jego siostrę Anielę, wierną kopię Aleksandra sprzed ośmiu lat. Został jeszcze Antoni, o którym tylko opowiadałem nowemu przybyszowi, nieco go ostrzegając, że w domu “powita” go silniejszy brat. Choć pewnie nie raz w życiu go także obroni.
A póki co próbujemy się ogarnąć w domu bez żony / matki, gdzie choć wszystko jest już przygotowane na przybycie piątego domownika – brakuje tej najważniejszej osoby. Pochmurno. Sobota, popołudnie, 12 lutego 2011, gdzieś w okolicach środka Europy. Take five. Bo potem będzie się działo…
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
2 Comments
Skype ma tyle lat, co moja córka Nela. 7 lat to wystarczający czas, by podbić rynek w przypadku firmy, 7 lat to wystarczający wiek, by korzystać z tego genialnego wynalazku w przypadku dziecka…
Ale kiedy twórcy Skype: dwóch szwedzkich programistów Niklas Zennström i Janus Friis wraz z grupą estońskich programistów z Talinna wymyślało ten komunikator – nie zdawali sobie chyba sprawy jak szerokie znajdzie on zastosowanie… A człowiek jest pomysłowy, w szczególności Polak ;-) Ostatnio dowiedziałem się, że mój kolega spowiada się księdzu przez Skype… Drugi znajomy, którego dziecko po rozwodzie mieszka kilka tysięcy kilometrów wraz z matką – czyta przez Skype córce bajki do snu. Czytałem też o uczeniu się języków obcych z nauczycielem, właśnie poprzez Skype. Hitem, o którym tylko słyszałem – jest transmitowanie meczu piłkarskiego przez polskich kibiców zrozpaczonych faktem, że transmisja była w zakodowanym kanale telewizyjnym, w ramach wideokonferencji zorganizowanej przez jedynego szczęśliwca, który siedział z laptopem z włączona kamerą nakierowaną na ekran telewizora… I pewnie jeszcze setki osób wykorzystuje Skype do rożnych celów, o którym nie śniło się ani poetom ani filozofom.
Ja jednak, przebywając często zagranicą, uwielbiam “łączyć się z domem” co wieczór i po prostu: patrzeć na rodzinę, której mi cholernie brakuje, widzieć ich, choć dzieli nas równo tysiąc kilometrów, czyli milion metrów, czyli sto milionów centymetrów… Dzięki Skype mój syn Antoni, czy córka Nela, czy wreszcie żona Ania są kilka centymetrów przed moimi oczami, słyszę ich, a czasem wygłupiam udając, że ich całuję – zbliżając usta do kamery ;-) Nic nie zastąpi tej normalnej obecności, bliskości rodziny na kilka centymetrów, ale gdyby nie Skype – mógłbym tylko słuchać ich przez telefon. A tak pokazuję córce co robię, ona pokazuje mi, co narysowała, wygłupiam się z synem, który czasem wręcz chce wejść przez ekran do mojego pokoju… Thanks God is Skype…
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
3 Comments
Halloween dopiero jutro, ale kiedy dziś wróciłem do domu z pracy – moje dziecko już czekało na mnie aby pochwalić się jaką dynię przygotowało na tę okazję :-)
Dynia ważyła 7 kilogramów, nabyła ją moja żona drogą kupna i teraz Pani Dynia stoi na parapecie okna, gdzie przy zgaszonym świetle oglądamy ją niczym piątego domownika ;-)
Ja wiem, że to nie jest polski zwyczaj, że my inaczej obchodzimy Święto Zmarłych/Wszystkich Świętych, ale warto było chyba wydać te 10 zł, aby była jakaś odmiana w domu w tym dość ponurym okresie.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze