Jadczak.net
Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka
-
No Comments
Założę się, że każdy rodzic zetknął się przynajmniej raz z placem zabaw. Ale znam i takich którzy są wielkimi ekspertami i zdobyli już wiedzę, gdzie w ich mieście znajduje się najlepszy ogródek jordanowski, plac czy sala zabaw – ta ostatnia, przynajmniej u nas w Łodzi – zwana “figlorajem”. Ja ostatnio szukam z dziećmi miejsc, w których i sam zajmę się ćwiczeniami, bo na rozmowy z nieznajomymi nie ma co liczyć, a czytanie książki jest zaprzeczeniem uczestnictwa we wspólnej zabawie z dziećmi.
Najczęścej odwiedzam z dziećmi ogródki w łódzkim Zoo, Parku Zdrowie, Parku na Młynku, w Parku 3 Maja, czy w Arturówku. Choć mam to szczęście, że działając w Zarządzie Wspólnoty Mieszkaniowej przed laty udało się przekonać większość mieszkańców, że lokalny ogródek na terenie naszej posesji pozwoli nam się bardziej zintegrować, a dzieciom ułatwi zabawę w najbliższym otoczeniu domu.
Drabinki, huśtawki, piaskownice – moje dzieciaki mają na nich więcej przyjemności niż ja miałem w ich wieku pod koniec lat siedemdziesiątych. Po pierwsze teraz nietrudno znaleźć plac zabaw pod gołym niebem – jest ich naprawdę dużo w mieście, a i też taki obiekt staje się czymś normalnym na nowych osiedlach. Nie wspominając o jakości wszystkich urządzeń, sprzętów i zabawek. Pamiętam jak z matką jechałem czasem przez pół miasta tramwajem, aby dotrzeć na upragniony placyk, gdzie oprócz najczęściej niedziałających sprzętów czekały na mnie nieznajome dzieci, z którymi nieraz musiałem się przepychać w walce o miejsce na huśtawce. Dziś wszystko odbywa się bardziej kulturalnie, nawet niektórzy rodzice gaszą zapędy nie swoich podopiecznych, którzy w walce o wiaderko czy miejsce na drabince gotowi są zrobić wszystko, a na pewno wiele ;-)
Nie pokuszę się o ocenę, który plac jest najlepszy, najbardziej interesujący, do którego ogródka jordanowskiego udać się z dzieckiem – bo są to mimo wszystko indywidualne upodobania, a dodatkowo to zależy od wieku dziecka. Nie wszędzie bowiem da się spędzić bezpiecznie czas z maluchem, a i na tych przeznaczonych dla najmłodszych starsze dzieci mogą się nudzić. Warto sprawdzić samemu udając się na wycieczkę po swoim mieście – wycieczkę “Szlakiem ogródków jordanowskich” :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Rodzina pod skrzydłami? Dokładnie pod takim hasłem w piękną niedzielę wrześniową (18.09.2011) odbył się piknik dla całych rodzin zorganizowany na terenie Muzeum Lotnictwa Jerzego Lewandowskiego i Portu Lotniczego Łódź.
Frajdę miały przede wszystkim dzieci, dla których tego dnia wstęp do prawie wszystkich obiektów: samolotów, śmigłowców, a nawet wojskowych samochodów transportowych był nieograniczony i bezpłatny. Wizyta w olbrzymim śmigłowcu Mi-6, pasażerskim TU-134 A w barwach PLL LOT czy transportowym górnopłatowcu oraz wspaniały pokaz pilotów z Grupy Akrobacyjnej Żelazny były największymi atrakcjami pikniku. Tego dnia na łódzkim niebie latało dwóch członków grupy: Wojciech Krupa (6) i Wojciech Nowaczyk (7). Od pilotów można było dostać pamiątkowy plakat z autografami a nawet dedykacją. Kiedy pogratulowałem umiejętności jednemu z nich i przyznałem, że jestem pierwszy raz na tego typu imprezie i nie sądziłem wcześniej, że oglądanie pokazu akrobacji z Ziemi może wywołać tyle emocji – usłyszałem w odpowiedzi, że: – To nie jest trudne i przypomina jazdę na rowerze, tyle, że po niebie…
Od czasu do czasu nad głowami sunęły białe szybowce, w tle cały czas odbywał się koncert oraz kilka imprez towarzyszących, ale najlepsza była z tego wszystkiego atmosfera – zupełnie rodzinna, piknikowa (część osób leżała nawet na kocach), tak, jakby to odbywało się w ogrodzie, u znajomych albo bliskich przyjaciół. Biegające i szalejące dzieci, psy, podekscytowani rodzice, którzy także z niecierpliwością ustawiali się w kolejce do zwiedzania, setki osób z aparatami fotograficznymi i wpatrzeni w niebo miłośnicy latania oraz zwykli gapie – przez cały czas było widać jakie emocje budzi u widzów latanie, podniebne ewolucje i sam fakt, że jest w Łodzi takie miejsce, w którym raz do roku można wpatrywać się w niebo i chłonąć atmosferę lotniska oraz tego pięknego sportu.
Poniżej znajduje się krótki mini fotoreportaż – moje dzieci wspominają tę imprezę już ponad tydzień :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
10 litrów ciepłej wody, chwila strachu czy to nie szaleństwo włożyć małą pociechę do wiaderka – ułożenie dziecka w komfortowej i uspakajającej pozycji płodowej i kąpiel dziecka nabiera rumieńców :-)
Wanienka kąpielowa Mebby Cocoon a właściwie wiaderko Mebby Cocoon to relaks dla dziecka i dla rodziców. Dla dziecka, bo siedzi sobie wygodnie w pozycji, którą dobrze poznało przez 9 miesięcy w brzuchu mamy, a dla rodziców, bo można stać lub usiąść spokojnie obok i patrzeć na dziecko nie zajmując się utrzymywaniem go ponad wodą, zabezpieczaniem główki przed zamoczeniem, bez obawy, że nasza pociecha się zanurzy, obróci, wypadnie podczas kąpieli, etc.
Co więcej zanurzone jest całe ciało dziecka, co zapobiega wychłodzeniu i doskonale wpływa na odprężenie dziecka podczas kąpieli. Moja znajoma korzystająca z Cocoon zauważyła również, że do wiaderka wkłada się dziecko najkorzystniej jak to możliwe – czyli zaczynając od stóp, co dobrze wpływa na wyczucie temperatury i stopniowe ogrzewanie się ciała dziecka wodą – od nóg w górę ciała. W przeciwieństwie do tradycyjnej wanienki, do której dziecko zazwyczaj wkłada się górną częścią ciała (plecy, tułów).
Dla tych, którzy mają problem z oceną czy woda w wanience ma odpowiednią temperaturę przewidziano termometr (w postaci przyklejonego do ścianki krążka), który reaguje na temperaturę wody poprzez zabarwienie zależne od temperatury. I tak gdy krążek przybiera barwę niebieską – oznacza to, że woda jest zbyt zimna (ok. 35 st. C). Kolor pomarańczowy oznacza, że woda jest dobra do kąpieli (ok. 38 st. C), a kolor czerwony - że woda jest zbyt gorąca (ok. 43 st. C).
Na wyposażeniu jest też siedzisko, polecane do stosowania dla niemowląt oraz bardzo małych dzieci, ale ja kąpię najmłodszego syna (Aleksander, 5 miesięcy) bez siedziska, za to mój starszy syn (Antoni, 2 lata) kąpie się siedząc na “mini stołeczku”. Siedzisko można w każdej chwili wyciągnąć, ponownie włożyć, podobnie jak i korek dzięki któremu spuszczenie wody po kąpieli nie stanowi już problemu. Jeśli więc nie chcesz dłużej dźwigać, przenosić wanienki, aby wylać z niej wodę po kąpieli – ten szczegół ułatwi Ci życie :-) Ponieważ wanienka wykonana jest z lekkich materiałów i ma wyprofilowany brzeg – jej przenoszenie jest bezproblemowe, nawet gdy wiaderko jest jeszcze wypełnione wodą.
Polecam wszystkim rodzicom maluchów tę innowację w kąpieli. Początkowo sam miałem opory, aby porzucić tradycyjną wanienkę na rzecz wiaderka, ale Cocoon sprawdza się świetnie, jest idealny na wakacje, wyjazdy, podróże z samochodem, kąpiele w małych i ciasnych łazienkach, a w szczególności wstawianie go do kabiny prysznicowej, gdzie zwykła wanienka dla dziecka nie sprawdza się już tak dobrze.
Poniżej prezentuję zdjęcia z kąpieli Aleksandra, który pokochał Cocoon :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.
Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.
Do utraty tchu
Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.
Różnica między trzy a dwa to nie jeden…
Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…
Płeć
Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.
Powtarzalność
Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?
Coda
Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.
Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Prawie całą niedzielę spędziłem dziś z dziećmi w lesie. Zrobiliśmy sobie rodzinny, leśny początek lata. Wpierw szukaliśmy bowiem letniska na wakacje w podłódzkim lesie-mieście-ogrodzie Sokolniki. I Znaleźliśmy :-) I jestem z tego powodu szczęśliwy, że będziemy mogli tam mieszkać przez całe wakacje z dala od miasta, wśród pięknych wysokich brzóz i śpiewu ptaków, które pomimo nie najlepszej pogody były wesołe i wykrzykiwały swoją radość. Świeżo skoszona trawa przez gospodarzy odurzała mnie swym zapachem, a widok poziomek już dawno mnie tak nie rozczulił…
Później zaś przenieśliśmy się do Rogowa, aby poznawać wspólnie z przyjaciółmi leśne tajemnice. To właśnie w rogowskim Arboretum SGGW, jak co roku, odbył się Piknik rodzinny “Lato pod drzewami”. Na pikniku były gry, zabawy, warsztaty, konkursy dla dzieci i teatrzyk “Piccolo” z Łodzi.
Miło było patrzeć na dziesiątki rodzin z dziećmi – jak się wspólnie bawią, jak siedzą na trawie, wśród drzew i to jakich drzew! Unikalnych drzew z całego świata. Bo z tego przecież słynie ten park, ogród, las – wszystko w jednym. Nigdy wcześniej nie widziałem też tak pięknie kwitnących lilii wodnych: białych i różowych, pływających leniwie w stawie na terenie tamtejszego alpinarium.
Na koniec zaś odbyła się dyskoteka, podczas której na scenie tańczył nawet mój dwuletni syn Antoni. Strojem przypominał raczej hip-hopowca. Kiwał się sam, odmówił towarzystwa, ale to świadczy o tym, że nawet tak małe dzieci warto zabierać na tego typu imprezy, gdzie poza socjalizacją, wspólną zabawą, można chwilę odpocząć wśród … no właśnie – zwykłych, a może niezwykłych drzew.
Już teraz jak patrzę na te zdjęcia – chce mi się tam wracać tam za rok.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Po serii chorób spod znaku grypy, czasie spędzonym w domu z termometrem w ręku, nerwówce i nieprzespanych trzech nocach (tak, trójka chorych dzieci plus żona to już jest wyzwanie dla jedynego nie chorującego domownika), udało mi się dziś wyjść z córką na rodzinne warsztaty karnawałowe organizowane przez łódzkie Muzeum Fabryki w Manufakturze.
Miejsce być może nie kojarzy się z działaniami plastycznymi, ale pracownicy zorganizowali to naprawdę fajnie, za co należą im się same pochwały. W kameralnej atmosferze, przy dźwięku krosien uruchamianych co pewien czas dla zwiedzających muzeum, a na nas działających mobilizująco – można się było całkowicie zrelaksować. Tematem prac były maski karnawałowe, które przyszykowaliśmy na zbliżający się za 9 dni – bal ostatkowy. Razem z Nelą przygotowaliśmy aż 6 masek. I dawno już się tak nie uspokoiłem siedząc na krześle przy stole pełnym farb, pędzli, klejów, brokatów, błyskotek, piórek, kokard i wszelkich bibelotów, które mogły przydać się do fantazyjnego ozdobienia masek. Sprawdziły się zresztą bardzo dobrze.
Sam przygotowałem aż dwie maski, które nazwałem: “Avatar” oraz “San Francisco”. O ile pierwsza nawiązuje bezpośrednio do wyglądu Navi, o tyle druga ma wszystko, aby niczego nie zabrakło ;-) i dobór kolorów również nie jest przypadkowy ;-)
Nela zrobiła aż 4 maski karnawałowe i poszła zdecydowanie w minimalizm: “Kotek”, “Piórko”, “Tęcza” i “Gwiazdka” to albo czarne, lekko przyozdobione maski dla tajemniczej kobiety, albo żółto-czerwone dla nieco odważniejszej damy.
Wszystkie maski karnawałowe można obejrzeć na poniższych zdjęciach, które wykonałem telefonem w pośpiechu, aby papierowe maski nie odeszły wraz z tegorocznym karnawałem.
I znów Manufaktura okazała się idealnym miejscem na niedzielne popołudnie, gdzie wcale nie trzeba od razu coś kupować i konsumować, aby poczuć się lepiej – można po prostu miło spędzić czas z dzieckiem, zrealizować się choć trochę twórczo, a przede wszystkim zrobić coś własnymi rękoma i mieć z tego dużą frajdę. W dodatku pod okiem instruującego nas plastyka. Jak tworzyć coś z niczego – to tylko w muzeum :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Czytam właśnie wraz z córką jej pierwszą poważną lekturę obowiązkową w pierwszej klasie szkoły podstawowej – “Jak Wojtek został strażakiem”. Nazwisko autora – Czesław Janczarski, jak i sama treść książki, wydały mi się dość znajome. Przez chwilę coś mi zaczęło się składać w siwej już głowie. Przede wszystkim to nazwisko autora kojarzące się z Misiem Uszatkiem. Ale i sama książka, a w niej charakterystyczne obrazki – na przemian kolorowe i czarno-białe.
I kiedy przejrzałem uważnie ostatnią stronę tej książki – oniemiałem… Wypożyczone z biblioteki szkolnej przez moją córkę wydanie tej książki pochodzi z 1980 roku, a więc z okresu, kiedy sam uczęszczałem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, a wydana w tym roku przez Instytut Wydawniczy “Nasza Księgarnia” książka jako lektura obowiązkowa dla klasy pierwszej – to “raptem” XIII wydanie tego tytułu… To oznacza, że od 1950 roku – bo wtedy ukazał się ten tytuł po raz pierwszy – czytana jest przez czwarte pokolenie Polaków… Tym czwartym pokoleniem jest właśnie moja córka. Pytanie tylko, czy zawsze to była lektura obowiązkowa w szkole, ale ja zapewne ją czytałem jako lekturę, skoro ma takie oznaczenie w formie charakterystycznego wachlarza, a wtedy to było dość restrykcyjnie traktowane przez system szkolnictwa w PRL. Pamiętam tę książkę jak przez mgłę, choć pewny być nie mogę, a moja nauczycielka z pierwszej klasy, choć jeszcze żyje – też może tego nie pamiętać.
Ale powracając do historii opisanej w książce – jest dość uniwersalna i zapewne może trafić do umysłów dzieci teraz, podobnie jak działo się to 60, 50, 40 i 30 lat temu. Ochotnicza Straż Pożarna wciąż przecież istnieje, uratowanie dziecka z pożaru zawsze będzie czynem heroicznym, w remizach co sobota odbywają się zabawy strudzonych strażaków, zresztą dość barwnie opisane w książce, tylko pytanie czy dzisiaj każdy chłopiec marzy, tak, jak tytułowy Wojtek – o złotym kasku i stalowym toporku; o tym, by zostać strażakiem? Jak pisze autor:
“A strażacy tutaj – to sam kwiat młodzieży. Zgrabni, silni, młodzi, opaleni chłopcy. Dumni są z nich swoi, a chwalą ich obcy“.
Odnoszę wrażenie, że gdyby nie ta książka – współczesne dzieci z miast w ogóle mogłyby nie dowiedzieć się, kim jest strażak i na czym polega jego praca. Zwłaszcza strażak z OSP, który ratuje życie innych, nie tylko w pożarze, ale i w przypadku innych klęsk żywiołowych – dobrowolnie i nieodpłatnie, co dla współczesnego dziecka, narażonego na komercyjny odbiór świata i otoczenia, może być niezłą abstrakcją.
A teraz puenta: książka mnie zachęciła do tego, aby zabrać dzieci w Międzynarodowy Dzień Strażaka przypadający 4 maja na festyn, obchody, imprezę plenerową, aby pokazać im z bliska na czym polega praca tych zgrabnych, silnych i młodych, opalonych chłopców. Znów, po 30 latach chcę spojrzeć na nich z rozmarzeniem i podziwem. Zawsze kręcił mnie mundur: chciałem być, jak wielu moich rówieśników: strażakiem, policjantem, lotnikiem, konduktorem, kolejarzem. Jedynie żołnierzem nigdy nie chciałem zostać, jakbym czuł, że oprócz obrony ojczyzny, robią komuś innemu coś niemiłego… O strażaku tego powiedzieć nie można. Strażacy to sam kwiat młodzieży.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Pokazać dzieciom, co sprawia mi przyjemność i dzielić się swoją pasją. Zacząć kształtować ich świat. Zaszczepić im wartości. Uczyć ich poprzez to, co mówię, poprzez przykład co tak naprawdę w życiu jest ważne. Ale tak, by byli sobą, a nie mną. Duże wyzwanie – dla nich i dla mnie. Ćwiczyć ich charakter, umiejętności i odpowiednie postawy. I jeszcze zachować tę relację, która jest teraz, właśnie się rodzi, tak – by przetrwała całe nasze życie…
Zaczynam teraz zastanawiać się, jak nigdy wcześniej, nad własnymi doświadczeniami z dzieciństwa. Obrazy sprzed 30 lat wracają niczym slajdy, które gdy jest ich wiele – ogląda się w pośpiechu. Ciekawe jak w dużym stopniu dzieciństwo wpłynęło na moje dorosłe życie? Gdy usypiam córkę, czasami prosi mnie, bym opowiedział jej jakąś swoją przygodę. I teraz uzmysłowiłem sobie, że zawsze opowiadam jej przygody, jakie miałem z ojcem jako mały chłopiec. A przecież tyle rzeczy wydarzyło się później… I już bez udziału ojca. Wychowywanie dzieci jest jak przeżywanie dzieciństwa po raz drugi.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Czytam książkę “Syn dobrze wychowany” autorstwa Cheryl L. Erwin, którą kupiłem z palącej potrzeby dowiedzenia się, co robię źle, co mógłbym robić lepiej, wierząc, że rodzicielstwo jest umiejętnością, której można się nauczyć. Wpierw nauczyć się łączyć miłość z mądrością. A potem nauczyć dziecko tego samego.
Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się tak poważnie czym jest męskość i kiedy ona się rodzi… Teraz w trakcie lektury wracają wspomnienia z okresu, gdy sam byłem małym chłopcem i u boku swojego ojca poznawałem świat, chłonąc jak najwięcej się da, nierzadko stawiając czoła przeciwnościom losu, ale też i kamieniom pod nogami, o które się potykałem. Choć akurat mój syn robi to intensywniej, dogłębniej, będąc “małym odkrywcą”, co z jednej strony przeraża – tak jest to absorbujące – z drugiej zaś cieszy, że ma taką ciekawość wszystkiego.
Zrozumiałem teraz sens słów autorki, która pisze, że “istnieje coś takiego jak dobre dopasowanie. Mówiąc prosto, Ty masz swój temperament i tak samo Twój syn. Czasem rodzicom i dzieciom łatwo jest się porozumieć, dorastać razem i rozwiązywać problemy. W innych przypadkach nie przebiega to tak gładko”. A więc jest nadzieja, że będziemy się rozumieć i to nie przypadek, że on chce robić wszystko to, co ja, choć ma dopiero półtora roku. Czemu oczekiwałem czegoś innego? Czemu spodziewałem się, że to będzie przebiegać spokojniej, wolniej? Może dlatego, że moim pierwszym dzieckiem jest córka? A może przez te cholerne potrzeby rodzicielskie i oczekiwania, które podpowiadały: a może będzie spokojnym dzieckiem? Nie, nie będzie i cieszę się, że teraz to rozumiem. Właśnie dlatego, że nie będzie, że nie jest takim spokojnym duchem – mamy szansę ze sobą współgrać, razem czerpać ile się da z życia w przyszłości.
Od razu kupiłem też i “Córka doskonała” dwóch innych autorek. Choć póki co odłożyłem ją na bok, by nie czytać tych dwóch książek jednocześnie. Ja wiem, że zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy powiedzą, że “rodzicielstwo ma się we krwi” albo “tego nie da się wyczytać z książek” – jednak już w trakcie lektury tej pierwszej książki doceniam wiele praktycznych rad dotyczących wychowywania syna i wierzę, że rodzicielstwa da się nauczyć. Gorąco polecam tę książkę ojcom, matkom synów – aby czerpali z niej wychowując swoje pociechy – przyszłych wspaniałych ojców :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
1 Comment
W moim domu właśnie rozpoczął się sezon na kaszel. I tak jest od czterech lat między październikiem a kwietniem… Odkąd moja córka poszła do żłobka, a potem chodziła do przedszkola, sezon na kaszel trwa co roku. W szkole zresztą nic się nie zmienia, o czym przekonałem się dwa tygodnie temu…
Jedyny ratunek to inhalacja. Nawet zapobiegawczo – wystarczy zwyczajna sól fizjologiczna. A kiedy choroba zaczyna się na dobre i do akcji wkracza lekarz – niestety stosujemy już sterydy: pół ampułki Pulmicortu dwie i pół soli fizjologicznej.
Gorąco polecam inhalację jako sposób na zapobieganie i leczenie chorób górnych dróg oddechowych. Nie tylko u dzieci, bo inhalujemy się także z żoną. Inhalujemy też naszego syna, więc można inhalować także niemowlęta. Używamy inhalatora w kształcie pingwina firmy mebby o wdzięcznej nazwie Nebulbaby.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze