Jadczak.net

Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

February 2012
M T W T F S S
« Oct    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Mój syn Antoni skończył 2,5 roku i ciągle mówi po swojemu… Używa tyle wyrazów ile liter ma polski alfabet. Czyli 26. Ciągle próbujemy z nim rozmawiać, ucząc się cierpliwości, ale widać musimy jeszcze trochę poczekać, nim w końcu zaczniemy się komunikować ze sobą za pomocą języka.

      Nie znam się na mówieniu, ale ciekawi mnie dlaczego w języku mojego syna nie pojawiły się do tej pory wyrazy na “F”, “H”, “I”, “J”, “L”, “Ł”, “O”, “R”, “S”, no i wszystkie końcowe litery od “U” począwszy. Zapisywałem tylko jego kolejne słowa w porządku alfabetycznym, więc dziś wiem jedynie których wyrazów używa, choć pierwsze z wypowiedzianych to były mama, tata i mamba. Zresztą może tu wcale nie chodzi o litery… Może te wszystkie wyrazy pojawiły się nieprzypadkowo?

      Pomimo tego ciągłego mówienia w swoim języku, zadziwia mnie jak dziecko sobie radzi w sytuacjach, kiedy jednak chce coś powiedzieć, skomunikować się z rodzicami czy otoczeniem, być zrozumianym.  Przykładowo, gdy chce zaprotestować, że jeszcze śpimy nad ranem, budzi nas stwierdzeniem: “Mama, tata, nie aaa!” co oznacza: “Mama, tata, nie śpijcie (już)!”. “Ej, brym” – pada zawsze po tym, jak Nela, jego siostra, jedzie do szkoły. “Tata, kom!” to wezwanie abym usiadł z nim przy komputerze. A “Dije” to po prostu zaproszenie na spacer, któremu towarzyszy wyciąganie butów z szafy.

      Poniżej zamieszczam słownik Antoniego :-)

      A

      a – jeść

      aaa – spać; spanie

      ał – otwierać, uwalniać (się)

      B

      be – bajka, film; oglądać

      ba – upadek, upaść, grać w piłkę

      bleee – śmieci, brud; brudne

      boli – boli; rana

      brym – auto, motocykl; jechać

      C

      cicie – picie; pić

      cici – pociąg, tramwaj

      D

      da – daj!, dać, masz!

      dije – gdzie; iść

      E

      eee – kupa, siku

      ej – siostra, brat, dziecko

      G

      gulgul – basen; pływać

      K

      k – gorące

      kom – komputer

      M

      mama – mama

      mamba – babcia

      me – krowa, koń

      mniam – guma do żucia

      N

      nie – nie

      P

      papa – do widzenia

      T

      tata – tata

      to – ktoś, ten

      toto – kto to, co to

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      2 Comments
    • Mamy pierwsze złoto w rodzinie! Chociaż była to bardziej spartakiada niż turniej tenisa ziemnego, o złotym medale dla drużyny, w której startowała moja córka (reprezentacja szkoły) przesądziła ostatnia dyscyplina: przerzucanie piłki nad siatką. Emocji było wiele – podobnie jak i dyscyplin: od sprintu, zwodów sprawnościowych, po hokej i piłkę nożną – oczywiście wszystko to działo się na korcie tenisowym Klubu Tenisowego Eurotenis.

      Kiedy w jednej z rozgrywek drużyna mojej córki odpadła w ćwierćfinale – byłem ciekawy czy wpłynie to na ich dalsze zachowanie. Ale gdzie tam. Dzieci bawią się w najlepsze i chłoną atmosferę zawodów do tego stopnia, że szybko zapominają o przegranej. Dlatego już za moment, gdy zaczęły się kolejne rozgrywki i można było walczyć o nowe punkty – jakiś nowy duch w nie wstąpił :-) W efekcie zdobyli puchar (od wczoraj stoi w gabinecie dyrektor szkoły) i każdy z drużyny mojej córki otrzymał złoty medal. W naszej rodzinie jest to pierwszy złoty medal, dlatego mieliśmy z tego powodu tyle radości w domu wczoraj popołudniu. Najbardziej jednak cieszyliśmy się, że Nela świetnie się bawiła. W ciepłym słońcu październikowym nie mogło być piękniejszego widoku jak radość tych dzieciaków biegających i starających się z całych sił, by wygrać.

      Mini fotoreportaż z zawodów zamieszczam poniżej:

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Nie wybieram się na urlop, ale właśnie zacząłem rodzinne wakacje. Wczesnym rankiem odprowadziłem córkę na zbiórkę, skąd wyjechała nad morze na pierwsze w swym życiu kolonie. A chwilę później spakowaliśmy się i we czwórkę (ja, moja żona i dwoje naszych synów) przeprowadziliśmy się do podłódzkich Sokolnik – miasta-lasu. Na dwa miesiące, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Zacząłem więc życie w lesie, a moja córka Nela swoje pierwsze kolonie.

      Wiele się zmieniło od czasu, gdy jako mały chłopak wyjeżdżałem pierwszy raz na kolonie. To było lato 1981 roku, szary Jelcz 043 (tzw. “Ogórek”), nieznane twarze synów i córek łódzkiej klasy robotniczej, pomidory i jabłka w torbie jako prowiant na drogę. Pamiętam, że trzęsło, fotele były niewygodne (kąt 90 stopni), a niemiłosierny upał spowodował, że dojechałem nad morze cały mokry. Nigdy tego nie zapomnę. Kolonii też, bo była to niezła szkoła życia…

      Dziś moja córka Nela wsiadła do nowoczesnego autokaru z klimatyzacją, zasłonkami, regulowanymi fotelami i przemiłymi opiekunami. Na start Pani wychowawczyni zebrała od wszystkich dzieci kieszonkowe, dzięki czemu rodzice mają gwarancję, że wszystkie pieniądze nie zostaną wydane pierwszego, maksimum drugiego dnia. Moi rodzice trzydzieści lat temu takiej pewności nie mieli… Ale nie oszukujmy się – nie mieli też pieniędzy ;-) Nela wyjechała z czwórką swoich koleżanek z klasy, więc już przynajmniej zna cztery osoby i może w piątkę przetrwają razem wszystkie “kolonijne atrakcje”. Dlatego cieszyłem się razem z nią i jestem pewny, że jej się spodoba.

      Co prawda nie na wszystkich zdjęciach jest uśmiechnięta, ale dawno nie widziałem jej tak podekscytowanej i zadowolonej. W końcu zaczęła prawidzwe wakacje. Ja też, bo właśnie siedzę wśród drzew na werandzie drewnianego domu w środku lasu i pisząc ten post słucham dogasającego śpiewu ptaków. Dawno tak nie odpocząłem jak dziś. Wakacje czas zacząć!

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      2 Comments
    • Po serii chorób spod znaku grypy, czasie spędzonym w domu z termometrem w ręku, nerwówce i nieprzespanych trzech nocach (tak, trójka chorych dzieci plus żona to już jest wyzwanie dla jedynego nie chorującego domownika), udało mi się dziś wyjść z córką na rodzinne warsztaty karnawałowe organizowane przez łódzkie Muzeum Fabryki w Manufakturze.

      Miejsce być może nie kojarzy się z działaniami plastycznymi, ale pracownicy zorganizowali to naprawdę fajnie, za co należą im się same pochwały. W kameralnej atmosferze, przy dźwięku krosien uruchamianych co pewien czas dla zwiedzających muzeum, a na nas działających mobilizująco – można się było całkowicie zrelaksować. Tematem prac były maski karnawałowe, które przyszykowaliśmy na zbliżający się za 9 dni – bal ostatkowy. Razem z Nelą przygotowaliśmy aż 6 masek. I dawno już się tak nie uspokoiłem siedząc na krześle przy stole pełnym farb, pędzli, klejów, brokatów, błyskotek, piórek, kokard i wszelkich bibelotów, które mogły przydać się do fantazyjnego ozdobienia masek. Sprawdziły się zresztą bardzo dobrze.

      Sam przygotowałem aż dwie maski, które nazwałem: “Avatar” oraz “San Francisco”. O ile pierwsza nawiązuje bezpośrednio do wyglądu Navi, o tyle druga ma wszystko, aby niczego nie zabrakło ;-) i dobór kolorów również nie jest przypadkowy ;-)

      Nela zrobiła aż 4 maski karnawałowe i poszła zdecydowanie w minimalizm: “Kotek”, “Piórko”, “Tęcza” i “Gwiazdka” to albo czarne, lekko przyozdobione maski dla tajemniczej kobiety, albo żółto-czerwone dla nieco odważniejszej damy.

      Wszystkie maski karnawałowe można obejrzeć na poniższych zdjęciach, które wykonałem telefonem w pośpiechu, aby papierowe maski nie odeszły wraz z tegorocznym karnawałem.

      I znów Manufaktura okazała się idealnym miejscem na niedzielne popołudnie, gdzie wcale nie trzeba od razu coś kupować i konsumować, aby poczuć się lepiej – można po prostu miło spędzić czas z dzieckiem, zrealizować się choć trochę twórczo, a przede wszystkim zrobić coś własnymi rękoma i mieć z tego dużą frajdę. W dodatku pod okiem instruującego nas plastyka. Jak tworzyć coś z niczego – to tylko w muzeum :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Próbując przekonać moje dziecko, aby poszło ze mną na wybory, zacząłem układać w głowie wszystkie najważniejsze powody, dla których warto iść na wybory z dzieckiem. Oto i one:

      1. Uczymy dziecko spełniać obowiązek obywatelski, ale co ważniejsze: korzystać z przywileju jakim jest prawo do decydowania o losach kraju. Jeśli z jakichś powodów nie chcą tego robić bierni Polacy w wieku wyborczym – niech przynajmniej te doświadczenia zdobywają młodzi Polacy w wieku przedwyborczym :-)
      2. Im wcześniej zapoznamy dziecko z programem danego człowieka, danej partii czy opcji politycznej – tym wcześniej zacznie je rozumieć (jeśli w ogóle te programy istnieją, sami je rozumiemy i cokolwiek z tego pamiętamy oraz jesteśmy w stanie przekazać tę wiedzę innym ;-)) Dlatego warto to rzetelnie tłumaczyć, rozmawiać z dzieckiem na temat wszystkich kandydatów i tego, o co walczą. Pozwoli to „połapać się” dziecku w skomplikowanym dziś świecie, w którym coraz więcej różnic (w polityce także) zaciera się…
      3. Dziecko zachęcone przez nas do aktywnego udziału w wyborach będzie w dalekiej przyszłości chodzić na wybory podejmować za nas decyzje, kiedy będziemy już starzy. A jeśli będziemy w pełni sprawni przynajmniej umysłowo – wtedy ono będzie nam tłumaczyć te wszystkie zawiłości polityki. Jest to zatem inwestycja intelektualna, która raczej na pewno się zwróci
      4. Oddając dziecku prawo do skreślenia odpowiedniej rubryki na karcie do głosowania dajemy mu szansę na wzięcia udziału, współuczestniczenia w procedurze wyborów przez co może zrozumieć czym żyją rodzice, o czym mówią ostatnimi czasy, dlaczego się tym interesują, a niektórzy nawet pasjonują (szczególnie w wieczór wyborczy) – dodatkowo może dzięki nam odczuć duch tego współzawodnictwa, wyścigu do fotela prezydenckiego
      5. Biorąc ze sobą dziecko na wybory dajemy mu żywą lekcję demokracji, o której dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesno-szkolnym będą się uczyć za moment na lekcjach historii, wiedzy o społeczeństwie, a może nawet języka polskiego (chyba, że do gry wróci Roman G. i będą tylko lekcje religii albo nastanie IV RP i jedynym tematem lekcji będzie Katyń 1940 i Smoleńsk 2010 ;-)
      6. Pokazując dziecku poprzez spacer do urny wyborczej, tłumacząc, że głos leży w naszych rękach, jednym słowem: aktywnie uczestnicząc w wyborach – prezentujemy postawę proaktywną, w której bez względu na wynik wyborów (jakkolwiek szokujący by nie był) nie poddajemy się i walczymy do końca wykazując postawę aktywną, a nie bierną. Dziecku taka postawa przyda się w całym życiu, nie tylko raz na 4 lub raz na 5 lat
      7. Zabierając dziecko na Wybory jesteśmy w stanie później, na konkretnym, życiowym przykładzie – objaśnić mu związek przyczynowo-skutkowy. Pojęcie IV Rzeczpospolitej nie będzie już na przykład tak abstrakcyjne jak jest dziś… Dodatkowo jeśli wygra nie nasz kandydat – można będzie zrzucać na niego winę przez najbliższe 5 lat, tłumacząc dziecku dlaczego nie głosowaliśmy właśnie na tego kandydata, chcąc ochronić dziecko przed tą falą głupoty politycznej
      8. Idąc z dzieckiem do urny dajemy mu niezwykłą frajdę – wypełnianie za nas karty wyborczej – stawianie krzyżyka, składanie i wrzucanie karty do urny wyborczej – to czysta przyjemność – dziecko może poczuć się ważne, wręcz kluczowe w całym procesie głosowania – w końcu to ono „głosowało” a nie my :-) Dlatego warto też uwiecznić to na fotografii
      9. Z wyborów można uczynić wręcz piknik rodzinny, szczególnie gdy druga tura wypada w wakacje ;-) Oczekiwanie na pójście do urny (niekoniecznie w kościele, gdzie dziecko będzie słuchać wyłącznie o krwi na rękach polskiego premiera lub zapozna się dokładnie z teorią spiskową i zacznie jeszcze w nią wierzyć), obiad rodzinny, spacer w pełnym słońcu – to wszystko, przy założeniu, że nie jesteśmy na urlopie w górach, na Open’erze lub już nie uciekliśmy do Londynu w obawie przed IV-tą Rzeczpospolitą – może stanowić miłą całość, uroczystość rodzinną
      10. Mając w chwili głosowania, oddawania ważnego głosu, dziecko przed sobą – na pewno dokonamy racjonalnego wyboru. Będąc w lokalu wyborczym sami moglibyśmy jeszcze przez przypadek poddać się negatywnym emocjom związanym z tragedią smoleńską i postawić krzyżyk, nie tam, gdzie trzeba… Towarzystwo dziecka zapewni nam racjonalne myślenie – nikt bowiem normalny mając na rękach swoje ukochane dziecko nie zagłosuje tak, aby pogrzebać szanse na to, by jego dziecko za pięć lat płaciło Euro zamiast ciągle niestabilną złotówką, czerpało korzyści z obecności w Unii Europejskiej.

       

      Dlatego zejdźmy wszyscy z gorącej plaży 4 lipca, zjedźmy kolejką z Kasprowego na Krupówki, przerwijmy na chwilę taniec pod sceną w sexownych kaloszach na Open’erze i podjedźmy do Centrum Gdyni… Idźmy, jedźmy, biegnijmy do lokalu razem z naszymi pociechami i patrząc im głęboko w oczy  odpowiedzmy sobie na pytanie: „czy ojcem narodu może być człowiek, który sam nie jest ojcem?”, „czy mężem stanu może być ktoś, kto nie jest mężem?”, „czy kimś wielkim może być ktoś mały?” i jeśli uzyskamy 3 odpowiedzi „nie” – zagłosujmy na „Tego Pana w wąsach”, jak mówi moja córka Nela. Wąsy też mają znaczenie, a drugi kandydat też ich nie ma ;-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      1 Comment
    • Skype ma tyle lat, co moja córka Nela. 7 lat to wystarczający czas, by podbić rynek w przypadku firmy, 7 lat to wystarczający wiek, by korzystać z tego genialnego wynalazku w przypadku dziecka…

      Ale kiedy twórcy Skype: dwóch szwedzkich programistów Niklas Zennström i Janus Friis wraz z grupą estońskich programistów z Talinna wymyślało ten komunikator – nie zdawali sobie chyba sprawy jak szerokie znajdzie on zastosowanie… A człowiek jest pomysłowy, w szczególności Polak ;-) Ostatnio dowiedziałem się, że mój kolega spowiada się księdzu przez Skype… Drugi znajomy, którego dziecko po rozwodzie mieszka kilka tysięcy kilometrów wraz z matką – czyta przez Skype córce bajki do snu. Czytałem też o uczeniu się języków obcych z nauczycielem, właśnie poprzez Skype. Hitem, o którym tylko słyszałem – jest transmitowanie meczu piłkarskiego przez polskich kibiców zrozpaczonych faktem, że transmisja była w zakodowanym kanale telewizyjnym, w ramach wideokonferencji zorganizowanej przez jedynego szczęśliwca, który siedział z laptopem z włączona kamerą nakierowaną na ekran telewizora… I pewnie jeszcze setki osób wykorzystuje Skype do rożnych celów, o którym nie śniło się ani poetom ani filozofom.

      Ja jednak, przebywając często zagranicą, uwielbiam “łączyć się z domem” co wieczór i po prostu: patrzeć na rodzinę, której mi cholernie brakuje, widzieć ich, choć dzieli nas równo tysiąc kilometrów, czyli milion metrów, czyli sto milionów centymetrów… Dzięki Skype mój syn Antoni, czy córka Nela, czy wreszcie żona Ania są kilka centymetrów przed moimi oczami, słyszę ich, a czasem wygłupiam udając, że ich całuję – zbliżając usta do kamery ;-) Nic nie zastąpi tej normalnej obecności, bliskości rodziny na kilka centymetrów, ale gdyby nie Skype – mógłbym tylko słuchać ich przez telefon. A tak pokazuję córce co robię, ona pokazuje mi, co narysowała, wygłupiam się z synem, który czasem wręcz chce wejść przez ekran do mojego pokoju… Thanks God is Skype

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      2 Comments
    • Oglądać siebie na rysunkach wykonanych przez własne dziecko – to jak widzieć przepowiednię… Albo śnić. Nela ostatnio rysuje nas jako kompletną rodzinę, a na tych rysunkach jesteśmy wszyscy jak z innego świata, jak z bajki.

      Mój syn, a jej brat już stoi, pomimo, że dopiero siedzi, ja mam nogi dłuższe o jakieś 50% niż w rzeczywistości, za to moja żona ma wybujałe fryzury.

      To tylko kilka przykładów “Szkiców rodzinnych”, jak je nazywam. Jest ich dużo więcej, cały cykl :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Nela chce być malarką – oświadczyła mi to już kilkakrotnie, niepytana wcale o to kim chce być (osobiście to pytanie jest traumą mojego dzieciństwa, więc staram się go nie zadawać swoim dzieciom).

      Kupiłem jej więc testowo kawałek płótna, aby dać jej szansę namalowania pierwszego obrazu. Oto i on. Powstał w minioną sobotę, kiedy byłem w pracy.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
     
    Get Adobe Flash playerPlugin by wpburn.com wordpress themes