Jadczak.net

Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

February 2012
M T W T F S S
« Oct    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • Wszystkich ojców, którzy chcą się podzielić refleksjami z uroków i ciemnych stron tacierzyństwa – zapraszam do dyskusji na Forum tygodnika “Wprost” pod artykułem  “Ojciec chciałby karmić piersią” autorstwa Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej.

      Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze “Wprost” dostępnym w kioskach od wczoraj.  Zachęcam do lektury artykułu i wymiany poglądów. Liczę szczególnie na głosy pokazujące ciemne strony tacierzyństwa, bo o nich pisze się i mówi stosunkowo mało. Nie żebyśmy sobie ponarzekali, drodzy Panowie, tylko raczej utworzyli grupę wsparcia.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Kiedy miałem osiem lat (1981 r.) wystartowałem w swoich pierwszych zawodach pływackich reprezentując Szkolny Klub Sportowy “Delfin”. Z balkonu obserwował mnie ojciec, który robił zdjęcia i kibicował mi z całych sił, choć prawdę mówiąc to on mnie nauczył pływać, więc to on był moim prawdziwym trenerem, który przyszedł popatrzeć co zostało z jego nauki i czego jeszcze muszę się nauczyć. Jutro idę ze swoją ośmioletnią córką Anielą na jej pierwszy w życiu turniej tenisa ziemnego (Międzyszkolny Turniej Tenisa Ziemnego). Trenujemy od roku w szkółce przy Klubie Tenisowym Eurotenis. I choć Aniela będzie pod okiem fachowców – chcę być przy niej podczas zawodów, ponieważ wiem jak dużo znaczy obecność ojca – trzydzieści lat temu płynąłem głównie po to, by zrobić mu frajdę i pokazać, że umiem walczyć.

      Jeszcze tylko rano muszę kupić świeżą bułkę, za moment kładziemy ją wcześniej spać by wypoczęła i wstała wyspana – i jutro o 09.00 zacznie się wielka przygoda. Nie jestem szalonym ojcem, który chce zrobić z córki drugą Agnieszkę Radwańską, ale motywuję córkę do tego, by trenowała, sam dając jej od jakiegoś czasu przykład i opowiadając jak sport wpływa na różne umiejętności, które przydają się w życiu. Nauczyłem ją pływać w sierpniu, późno, ale skutecznie. I to sprawiło mi wielką frajdę. Teraz sam czerpię przyjemność z wysiłku który towarzyszy mojemu powrotowi do gry w koszykówkę i nauce gry w tenisa… tuż po treningu córki. Choć dziś sport jest dla mnie wyłącznie próbą przezwyciężania własnych słabości i odreagowania stresu zawodowego – doceniam w nim ten dialog z własnym ciałem, które poddaje się i wielokrotnie mówi “nie”, a jednak można je namówić do wysiłku, do jeszcze jednego skoku, mocnego uderzenia rakietą i szybkiego biegu…

      Mam zatem nadzieję, że jutro swoją obecnością dam swojej córce dodatkową energię – idę tam głównie po to. Wierzę, w jej możliwości, choć kocham ją za to kim jest, a nie za to co potrafi lub w najbliższym czasie będzie potrafiła osiągnąć. Jutrzejsza ewentualna porażka w końcu też nam otworzy drogę do przyszłych sukcesów :-)

      Poniżej zdjęcia ze wspomnianych zawodów i treningu mojej córki:

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.

      Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.

      Do utraty tchu

      Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.

      Różnica między trzy a dwa to nie jeden…

      Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…

      Płeć

      Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.

      Powtarzalność

      Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?

      Coda

      Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.

      Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)

       

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • “Droga” Cormaca McCarthy to najpiękniejsza książka o miłości ojca i syna, jaką kiedykolwiek czytałem, choć ani razu nie pada tam stwierdzenie “Kocham Cię” ani ze strony ojca, ani syna. Żadna przypowieść biblijna, wspomnienia znanych ludzi, listy ojca do syna / syna do ojca tak mnie nie wzruszyły jak właśnie ta powieść mojego skądinąd ulubionego pisarza amerykańskiego.

      Ten wstrząsający obraz świata u kresu świata, w którym znaleźli się bohaterowie: ojciec i jego mały syn – zdani na siebie do kresu podróży, wrzyna się w korę mózgową do tego stopnia, że długo po lekturze (ja już ponad rok) nie można się wciąż otrząsnąć i nagłe sytuacje w codziennym życiu przypominające niektóre sceny z książki powodują, że łapie się od razu za nóż, by się bronić, tuli się swoje dziecko, szuka się drogi ucieczki, albo kombinuje co zrobić w ciągu sekundy, co może mieć znaczenie nie tylko dla swojego własnego życia, ale może przede wszystkim dla życia swojego dziecka. O tym jest właśnie ta książka, jak silna i dozgonna miłość do syna, pozwala przetrwać trudną wędrówkę i ekstremalne położenie w nieprzyjaznym otoczeniu. Nawet jeśli przeżyć może tylko jeden z nich.

      W jednym z wywiadów, których McCarthy udziela niezwykle rzadko – przyznał się, że inspiracją do tej książki były rozmowy z jego synem, skrawki tych rozmów, sprowadzające się do krótkich, czasem zaskakujących pytań syna i krótkich, niosących mu nadzieję – odpowiedzi udzielanych synowi. A że pomiędzy oboma panami istnieje różnica wieku blisko 70 lat – rozmowy te musiały być fascynujące. Ich ślad pozostał w książce, którą czyta się z zapartym tchem – ja przeczytałem ją przez noc – nad ranem płacząc po jej zakończeniu, bo pomimo, że koniec jest przewidywalny i czytelnik jest do niego przygotowywany dosłownie od pierwszych stron – dawka emocji przewyższa wszystkie dopuszczalne normy w świecie. Polecam lekturę głównie ojcom, zastanawiając się jak odbierają ją kobiety i czy jest możliwe, by czuły to, co czuje facet czytając tę książkę może nie tyle dla mężczyzn, co o miłości między mężczyznami – jedynej prawdziwej i odwzajemnionej: miłości ojca do syna i syna do ojca.

      Na koniec sam McCarthy: (…) a lot of the lines that are in there [in the book] are verbatim conversations my son John and I had. I mean just that when I say that he’s the co-author of the book. A lot of the things that the kid [in the book] says are things that John said. John said, “Papa, what would you do if I died?” I said, “I’d want to die, too,” and he said, “So you could be with me?” I said, “Yes, so I could be with you.” Just a conversation that two guys would have.

      No właśnie. Raz jeszcze polecam lekturę tej konwersacji ojca z synem wszystkim ojcom i synom. Choć można też obejrzeć film, zrealizowany na podstawie tej powieści.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Pokazać dzieciom, co sprawia mi przyjemność i dzielić się swoją pasją. Zacząć kształtować ich świat. Zaszczepić im wartości. Uczyć ich poprzez to, co mówię, poprzez przykład co tak naprawdę w życiu jest ważne. Ale tak, by byli sobą, a nie mną. Duże wyzwanie – dla nich i dla mnie. Ćwiczyć ich charakter, umiejętności i odpowiednie postawy. I jeszcze zachować tę relację, która jest teraz, właśnie się rodzi, tak – by przetrwała całe nasze życie…

      Zaczynam teraz zastanawiać się, jak nigdy wcześniej, nad własnymi doświadczeniami z dzieciństwa. Obrazy sprzed 30 lat wracają niczym slajdy, które gdy jest ich wiele – ogląda się w pośpiechu. Ciekawe jak w dużym stopniu dzieciństwo wpłynęło na moje dorosłe życie? Gdy usypiam córkę, czasami prosi mnie, bym opowiedział jej jakąś swoją przygodę. I teraz uzmysłowiłem sobie, że zawsze opowiadam jej przygody, jakie miałem z ojcem jako mały chłopiec. A przecież tyle rzeczy wydarzyło się później… I już bez udziału ojca. Wychowywanie dzieci jest jak przeżywanie dzieciństwa po raz drugi.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Czytam książkę “Syn dobrze wychowany” autorstwa Cheryl L. Erwin, którą kupiłem z palącej potrzeby dowiedzenia się, co robię źle, co mógłbym robić lepiej, wierząc, że rodzicielstwo jest umiejętnością, której można się nauczyć. Wpierw nauczyć się łączyć miłość z mądrością. A potem nauczyć dziecko tego samego.

      Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się tak poważnie czym jest męskość i kiedy ona się rodzi… Teraz w trakcie lektury wracają wspomnienia z okresu, gdy sam byłem małym chłopcem i u boku swojego ojca poznawałem świat, chłonąc jak najwięcej się da, nierzadko stawiając czoła przeciwnościom losu, ale też i kamieniom pod nogami, o które się potykałem. Choć akurat mój syn robi to intensywniej, dogłębniej, będąc “małym odkrywcą”, co z jednej strony przeraża – tak jest to absorbujące – z drugiej zaś cieszy, że ma taką ciekawość wszystkiego.

      Zrozumiałem teraz sens słów autorki, która pisze, że “istnieje coś takiego jak dobre dopasowanie. Mówiąc prosto, Ty masz swój temperament i tak samo Twój syn. Czasem rodzicom i dzieciom łatwo jest się porozumieć, dorastać razem i rozwiązywać problemy. W innych przypadkach nie przebiega to tak gładko”. A więc jest nadzieja, że będziemy się rozumieć i to nie przypadek, że on chce robić wszystko to, co ja, choć ma dopiero półtora roku. Czemu oczekiwałem czegoś innego? Czemu spodziewałem się, że to będzie przebiegać spokojniej, wolniej? Może dlatego, że moim pierwszym dzieckiem jest córka? A może przez te cholerne potrzeby rodzicielskie i oczekiwania, które podpowiadały: a może będzie spokojnym dzieckiem? Nie, nie będzie i cieszę się, że teraz to rozumiem. Właśnie dlatego, że nie będzie, że nie jest takim spokojnym duchem – mamy szansę ze sobą współgrać, razem czerpać ile się da z życia w przyszłości.

      Od razu kupiłem też i “Córka doskonała” dwóch innych autorek. Choć póki co odłożyłem ją na bok, by nie czytać tych dwóch książek jednocześnie. Ja wiem, że zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy powiedzą, że “rodzicielstwo ma się we krwi” albo “tego nie da się wyczytać z książek” – jednak już w trakcie lektury tej pierwszej książki doceniam wiele praktycznych rad dotyczących wychowywania syna i wierzę, że rodzicielstwa da się nauczyć. Gorąco polecam tę książkę ojcom, matkom synów – aby czerpali z niej wychowując swoje pociechy – przyszłych wspaniałych ojców :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Pół roku za pasem i Antek usiadł. Fajnie jest patrzeć na to wszystko po raz drugi, przypominać sobie co będzie dalej. Pierwszy ząb – już jest. Pełzanie, raczkowanie, próby chodzenia i w końcu pierwszy krok – wszystko to już będzie za moment.

      Całkiem niedawno przechodziłem to z pierwszym dzieckiem, a więc teraz mam świadomość co to wszystko oznacza. Ten biologiczny proces obserwowany oczami osoby, której komórki powoli przestają się regenerować (niestety) – niesie dużo optymizmu. To fantastycznie móc patrzeć jak dzieci rosną, rozwijają się. To jak przeżywanie życia na nowo.

      W 1997 roku byłem równo dwa razy młodszy od mojego ojca. I wtedy myślałem intensywnie, że przeżyłem dopiero połowę jego życia i ciągle jestem młody. Dziś już nasz stosunek wieku (liczba przeżytych przeze mnie lat / liczba przeżytych lat przez niego) wynosi nie 0,5 a 0,6… Za 10 lat wyniesie 0,65. I tak będzie rósł i rósł. To niesamowite. Różnica wieku między nami się nie zmienia, ale wskaźnik zmienia się na moją niekorzyść… Przeżywam więcej życia ojca, gonię go. Za to Antek ma jeszcze dużo do nadrobienia ;-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      1 Comment
    • 6 kwietnia 2009 roku. Poniedziałek. Niby zwyczajny dzień. Ale nie dla mnie i dla mojej żony…

      15.45-16.00
      Zaczyna się z buta… Jak w każdym dużym szpitalu państwowym. Najpierw opierdziel, że weszliśmy na Izbę przyjęć nie dzwoniąc (oczywiście nie było napisu “proszę dzwonić” oraz drzwi były otwarte!), potem zawistne spojrzenia i pogarda w oczach pielęgniarek. Znoszę to ciężko, wstrzymuję złośc i zaciskam pięści, tylko dlatego, że to wyjątkowy dzień. Witamy w PRL! Pani z okienka o wszystko ma pretensje. Czuję się jak w ZUS lub Urzędzie Skarbowym. Ania znika w depozycie ubrań, a potem prowadza ją gdzieś dalej.

      16.00-16.30
      Każą mi przejść za drzwi i trafiam do poczekalni dla ojców. Spaceruję. Mam wrażenie, że nikogo tu nie ma, jakby dzieci rodziły się w pustce, w pustym szpitalu na peryferiach miasta… Cisza.

      Klinika położnictwa CZMP w Łodzi

      16.30-16.50
      Przeraźliwie chce mi się siku. Jak małemu chłopcu, ale kibla nie widać… Czekam. Wychodzi pielęgniarka, która każe mi się ubrać w zielony strój. Muszę go kupić, ale oczywiście do maszyny trzeba wrzucić monety (3×5 zł), których nie mam. W panice zaczynam pytać wszystkich czy mają rozmienić dwie dychy… Zdesperowany wybiagm korytarzami do wind, opuszczam izbę przyjęć i udaje się do głównego hallu szpitala, aby rozmienić pieniądze. Znów pogarda, tym razem sprzedawczyń w sklepach, w których nikt nie ma (nie chce) rozmienić… W końcu rozmieniam 20 zł, kupując gumę do żucia.

      16.50-17.00
      Labirynt zielonych korytarzy… Nie wiadomo gdzie co jest, gdzie jest żona, którą zabrali (na salę?). Zero informacji. Lekki ból głowy. Chce mi się pić, ale nie piję, żeby się nie zesikać w ten piękny zielony fartuch i spodenki o pięć numerów za male (w tym kraju ciagle zakłąda się 170 cm wzrostu dla dorosłego mężczyzny)… Wszystko tu jest zielone. Można zwariować… Chodzę po tym labiryncie niczym lew. Denerwuję się. Wysyłam do Marcina, mojego wspólnika, z telefonu maila ze zdjęciem, które sobie robię, przyznając się, że jestem zdenerwowany. “Tak, da się zauważyć” – odpisuje po chwili.
      Nerwy przed porodem

      17.15
      Chyba coś się dzieje. Pielęgniarki kręcą się i uwijają, ruszając tymi swoimi zgrabnymi tyłkami. Zmiana?

      17.30
      Piszę SMS’a do córki, żeby się nie martwiła. Córkę “przechowujemy” u znajomych. Spędzi tam w sumie dwa dni, bo ja muszę jutro jechać do Warszawy.

      17.41
      Wchodzę do Ani na salę porodową. Leży na łóżku podłączona do KTG, w oczekiwaniu na jej kolej. Ma gorączkę z wrażenia. Ja też. Ale jesteśmy wreszcie razem :-) Jestem przy niej. Trzymam ją za rękę.

      18.01
      Bolą mnie nogi. ciągle stoję lub chodzę. Tak, pamiętam to z pierwszego porodu. Kobieta leży, mężczyzna stoi. Ciekawe ile dziś kilometrów przejdę… Czeka mnie cudowny spacer.

      18.15
      Kobieta obok rodzi. Czekamy aż urodzi. – Pani Dominiko, prze bardziej? – pyta co chwila położna.

      18.22
      Proponują nam spacer. Chodzimy z Anią zielonymi korytarzami. Znow zielone korytarze… Odnajdujemy toaletę zakamuflowaną w pomieszczeniu o jakże poetyckiej nazwie nazwie “Brudownik” ;-) Wielka ulga. Ania też korzysta. Okazuje się, że jedna z dyżurujących położnych nazywa się Ewa Jatczak. Niezły zbieg okoliczności. Dobry znak.
      Tablica z dyżurami

      18.54
      Zaczynamy! Wołają nas i Anię od razu znieczulają.

      19.03
      Nie pozwolili mi wejść… Stoję przy punkcie noworodkowym. Mają mi dać znać jak już będzie dzidziuś. Jestem wściekły. Biegnę jeszcze do lekarza prosząc, żeby mnie wpuścił. Odmawia i jeszcze na mnie krzyczy.

      19.06
      Zamknęli drzwi do sali operacyjnej/porodowej. Przystawiam ucho-nasłuchuję płaczu. To dla mnie będzie znak, że już, że już mam syna.
      iSala operacyjna

      19.15
      Jest! Słyszę. Ale drzwi są zamknięte i nie wpuszczają mnie. Katorga. Mnie nie wolno dotknąć, a dotykają go obce baby. Słucham ich rozmów – Ale mnie osikał. – No facet, ale jesteś długi. Mam wrażenie, że robią sobie z nim zdjęcia… Ale po chwili gryzę się w wargi – to są jakieś medialne koszmary i uprzedzenia.

      19.20
      Wpuszczają mnie. Zakładam maskę na twarz i czepek na głowę podane przez pielęgniarkę. Antoś jest piękny, długi (58 cm) i chudy (2970 gramm’ów). Zupełnie jak ja w młodości… Ecce homo!
      Ecce homo!

      19.25
      Dotykam go palcami, głaszczę po główce. Płacze, ale uspokaja sie po chwili, jakby już wiedział, że jestem.

      19.30
      Zabierają go na górę na oddział noworodków na szczepienia. Nie pozwalają mi z nim jechać. Zostaję przed salą operacyjną – czekam na Anię. Deja vu. Dzwonię do Neli – krzyczę do niej, że Antek już jest! Że ma brata, że wreszcie się urodził. – I co powiedział? – pyta moja córka… Jestem szczęśliwym tatą. “Complimenti Padre” – pisze do mnie w SMSie Bolek, brat Marcina, który także trzymał kciuki.

      19.45
      Wywożą Anię z sali operacyjnej. Przez chwilę jej towarzyszę, po czym jadę na górę, na piąte piętro do Antka. Jestem tak podniecony, że się jąkam pytając pielęgniarki, gdzie leży mój syn.

      20.00
      Spędzam z nim 3 minuty. Na tyle mi pozwalają pielęgniarki. Zapada noc. – Dobranoc mój synu. Robię mu zdjęcie w inkubatorze, gdzie się dogrzewa i zjeżdżam na dół do żony.

      Antek w inkubatorze

      20.00-23.58
      Siedzę przy Ani na sali pooperacyjnej. Opowiadam jej jak wygląda Antek, pokazuję jej zdjęcia naszego syna. Masuję od czasu do czasu jej nogi, w których nie ma czucia po znieczuleniu. Wciąż mamy nadzieję, że jeśli do 23.00 odpuści jej znieczulenie i stanie na nogach (dosłownie) – przewiozą ją na górę do dziecka. Ale tak się nie dzieje. Ania jest wykończona, pielęgniarki dyżurne zapraszają mnie na 07.00 rano, kiedy to prawdopodobnie przewiozą Anię do dziecka. Jesteśmy niby w czwórkę, ale bez naszych dzieci… Wykorzystujemy to na trzymanie się za rękę i rozmowy: o naszej rodzinie, o tym czy będzie lepiej, o wszystkim. Powoli dogasa dzień pełen wrażeń. Dzień, w którym Ania po raz drugi została matką, a ja ojcem…

      P.S. Tego “bloga” pisałem na iPhone, korzystając z narzędzia “Notatki”. Zdjęcia robiłem też na iPhone. Rozważałem jeszcze nagranie głosu syna na “QuickVoice”, ale byłem chyba juz zbyt podniecony, aby poza słowem i zdjęciami, zająć się jeszcze trzecim medium przekazu. Dzięki iPhone wszystko to, co widziałem – wysyłałem bliskim osobom. Uważam, że iPhone jest najlepszym narzędziem dla mężczyzny towarzyszącemu żonie pdoczas porodu – nie ma w tym przesady. Sprawdził się po prostu w warunkach bojowych. I właśnie dzięki niemu to czytacie oraz oglądacie :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      8 Comments
    • Myślę o tym, jak zbudować rodzinę – od podstaw, dobrze; tak, jakby zapomnieć, że miało się matkę, ojca, którzy popełnili pewne błędy wychowawcze i życiowe… Jakby zapomnieć też o swoich błędach: popełnionych w stosunku do żony, dziecka…

      Ale ważne jest by chcieć to zbudować, postawić solidny fundament dla siebie i dziecka, dzieci dziecka i tak dalej. Strasznie mi zależy, by to się udało właśnie mnie, by moja rodzina była szczęśliwa długoterminowo, to znaczy wielopokoleniowo.

      Teraz odczuwam to znacznie silniej niż kiedykolwiek wcześniej, od momentu, w którym dowiedziałem się (17.08.2008), że moja żona jest w ciąży i będę drugi raz ojcem…

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      1 Comment
     
    Get Adobe Flash playerPlugin by wpburn.com wordpress themes