Jadczak.net
Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka
-
2 Comments
Mój syn Antoni skończył 2,5 roku i ciągle mówi po swojemu… Używa tyle wyrazów ile liter ma polski alfabet. Czyli 26. Ciągle próbujemy z nim rozmawiać, ucząc się cierpliwości, ale widać musimy jeszcze trochę poczekać, nim w końcu zaczniemy się komunikować ze sobą za pomocą języka.
Nie znam się na mówieniu, ale ciekawi mnie dlaczego w języku mojego syna nie pojawiły się do tej pory wyrazy na “F”, “H”, “I”, “J”, “L”, “Ł”, “O”, “R”, “S”, no i wszystkie końcowe litery od “U” począwszy. Zapisywałem tylko jego kolejne słowa w porządku alfabetycznym, więc dziś wiem jedynie których wyrazów używa, choć pierwsze z wypowiedzianych to były mama, tata i mamba. Zresztą może tu wcale nie chodzi o litery… Może te wszystkie wyrazy pojawiły się nieprzypadkowo?
Pomimo tego ciągłego mówienia w swoim języku, zadziwia mnie jak dziecko sobie radzi w sytuacjach, kiedy jednak chce coś powiedzieć, skomunikować się z rodzicami czy otoczeniem, być zrozumianym. Przykładowo, gdy chce zaprotestować, że jeszcze śpimy nad ranem, budzi nas stwierdzeniem: “Mama, tata, nie aaa!” co oznacza: “Mama, tata, nie śpijcie (już)!”. “Ej, brym” – pada zawsze po tym, jak Nela, jego siostra, jedzie do szkoły. “Tata, kom!” to wezwanie abym usiadł z nim przy komputerze. A “Dije” to po prostu zaproszenie na spacer, któremu towarzyszy wyciąganie butów z szafy.
Poniżej zamieszczam słownik Antoniego :-)
A
a – jeść
aaa – spać; spanie
ał – otwierać, uwalniać (się)
B
be – bajka, film; oglądać
ba – upadek, upaść, grać w piłkę
bleee – śmieci, brud; brudne
boli – boli; rana
brym – auto, motocykl; jechać
C
cicie – picie; pić
cici – pociąg, tramwaj
D
da – daj!, dać, masz!
dije – gdzie; iść
E
eee – kupa, siku
ej – siostra, brat, dziecko
G
gulgul – basen; pływać
K
k – gorące
kom – komputer
M
mama – mama
mamba – babcia
me – krowa, koń
mniam – guma do żucia
N
nie – nie
P
papa – do widzenia
T
tata – tata
to – ktoś, ten
toto – kto to, co to
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
10 litrów ciepłej wody, chwila strachu czy to nie szaleństwo włożyć małą pociechę do wiaderka – ułożenie dziecka w komfortowej i uspakajającej pozycji płodowej i kąpiel dziecka nabiera rumieńców :-)
Wanienka kąpielowa Mebby Cocoon a właściwie wiaderko Mebby Cocoon to relaks dla dziecka i dla rodziców. Dla dziecka, bo siedzi sobie wygodnie w pozycji, którą dobrze poznało przez 9 miesięcy w brzuchu mamy, a dla rodziców, bo można stać lub usiąść spokojnie obok i patrzeć na dziecko nie zajmując się utrzymywaniem go ponad wodą, zabezpieczaniem główki przed zamoczeniem, bez obawy, że nasza pociecha się zanurzy, obróci, wypadnie podczas kąpieli, etc.
Co więcej zanurzone jest całe ciało dziecka, co zapobiega wychłodzeniu i doskonale wpływa na odprężenie dziecka podczas kąpieli. Moja znajoma korzystająca z Cocoon zauważyła również, że do wiaderka wkłada się dziecko najkorzystniej jak to możliwe – czyli zaczynając od stóp, co dobrze wpływa na wyczucie temperatury i stopniowe ogrzewanie się ciała dziecka wodą – od nóg w górę ciała. W przeciwieństwie do tradycyjnej wanienki, do której dziecko zazwyczaj wkłada się górną częścią ciała (plecy, tułów).
Dla tych, którzy mają problem z oceną czy woda w wanience ma odpowiednią temperaturę przewidziano termometr (w postaci przyklejonego do ścianki krążka), który reaguje na temperaturę wody poprzez zabarwienie zależne od temperatury. I tak gdy krążek przybiera barwę niebieską – oznacza to, że woda jest zbyt zimna (ok. 35 st. C). Kolor pomarańczowy oznacza, że woda jest dobra do kąpieli (ok. 38 st. C), a kolor czerwony - że woda jest zbyt gorąca (ok. 43 st. C).
Na wyposażeniu jest też siedzisko, polecane do stosowania dla niemowląt oraz bardzo małych dzieci, ale ja kąpię najmłodszego syna (Aleksander, 5 miesięcy) bez siedziska, za to mój starszy syn (Antoni, 2 lata) kąpie się siedząc na “mini stołeczku”. Siedzisko można w każdej chwili wyciągnąć, ponownie włożyć, podobnie jak i korek dzięki któremu spuszczenie wody po kąpieli nie stanowi już problemu. Jeśli więc nie chcesz dłużej dźwigać, przenosić wanienki, aby wylać z niej wodę po kąpieli – ten szczegół ułatwi Ci życie :-) Ponieważ wanienka wykonana jest z lekkich materiałów i ma wyprofilowany brzeg – jej przenoszenie jest bezproblemowe, nawet gdy wiaderko jest jeszcze wypełnione wodą.
Polecam wszystkim rodzicom maluchów tę innowację w kąpieli. Początkowo sam miałem opory, aby porzucić tradycyjną wanienkę na rzecz wiaderka, ale Cocoon sprawdza się świetnie, jest idealny na wakacje, wyjazdy, podróże z samochodem, kąpiele w małych i ciasnych łazienkach, a w szczególności wstawianie go do kabiny prysznicowej, gdzie zwykła wanienka dla dziecka nie sprawdza się już tak dobrze.
Poniżej prezentuję zdjęcia z kąpieli Aleksandra, który pokochał Cocoon :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
2 Comments
Nie wybieram się na urlop, ale właśnie zacząłem rodzinne wakacje. Wczesnym rankiem odprowadziłem córkę na zbiórkę, skąd wyjechała nad morze na pierwsze w swym życiu kolonie. A chwilę później spakowaliśmy się i we czwórkę (ja, moja żona i dwoje naszych synów) przeprowadziliśmy się do podłódzkich Sokolnik – miasta-lasu. Na dwa miesiące, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Zacząłem więc życie w lesie, a moja córka Nela swoje pierwsze kolonie.
Wiele się zmieniło od czasu, gdy jako mały chłopak wyjeżdżałem pierwszy raz na kolonie. To było lato 1981 roku, szary Jelcz 043 (tzw. “Ogórek”), nieznane twarze synów i córek łódzkiej klasy robotniczej, pomidory i jabłka w torbie jako prowiant na drogę. Pamiętam, że trzęsło, fotele były niewygodne (kąt 90 stopni), a niemiłosierny upał spowodował, że dojechałem nad morze cały mokry. Nigdy tego nie zapomnę. Kolonii też, bo była to niezła szkoła życia…
Dziś moja córka Nela wsiadła do nowoczesnego autokaru z klimatyzacją, zasłonkami, regulowanymi fotelami i przemiłymi opiekunami. Na start Pani wychowawczyni zebrała od wszystkich dzieci kieszonkowe, dzięki czemu rodzice mają gwarancję, że wszystkie pieniądze nie zostaną wydane pierwszego, maksimum drugiego dnia. Moi rodzice trzydzieści lat temu takiej pewności nie mieli… Ale nie oszukujmy się – nie mieli też pieniędzy ;-) Nela wyjechała z czwórką swoich koleżanek z klasy, więc już przynajmniej zna cztery osoby i może w piątkę przetrwają razem wszystkie “kolonijne atrakcje”. Dlatego cieszyłem się razem z nią i jestem pewny, że jej się spodoba.
Co prawda nie na wszystkich zdjęciach jest uśmiechnięta, ale dawno nie widziałem jej tak podekscytowanej i zadowolonej. W końcu zaczęła prawidzwe wakacje. Ja też, bo właśnie siedzę wśród drzew na werandzie drewnianego domu w środku lasu i pisząc ten post słucham dogasającego śpiewu ptaków. Dawno tak nie odpocząłem jak dziś. Wakacje czas zacząć!
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.
Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.
Do utraty tchu
Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.
Różnica między trzy a dwa to nie jeden…
Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…
Płeć
Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.
Powtarzalność
Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?
Coda
Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.
Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Pomimo, że jeszcze w czerwcu, czyli równo rok przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej, zacząłem trening football’u z moim starszym synem – Antoni (lat 2) i ja (lat 38) nie zdążymy z przygotowaniami na Mistrzostwa Europy Euro 2012 ;-)
Jednak jak patrzę na możliwości jakie stoją przed nowym pokoleniem (świetnie przygotowane boiska “Orlik”, wysokiej klasy i łatwo dostępny sprzęt sportowy itd.) – jestem optymistą :-) Dlatego zacząłem przygotowywać syna na Euro 2028. Nie wiadomo jeszcze gdzie się odbędą, to nawet nie ma znaczenia, ale wtedy mój syn będzie miał 19 lat i może już się załapie do kadry narodowej seniorów ;-)
Zresztą kto, jeśli nie nasze dzieci wykorzysta to wszystko, co kiedyś było tylko marzeniem, a teraz jest na wyciągnięcie ręki? Wystarczy, że wyjdę ze swojego bloku i tuż obok mam widzewski kompleks “Orlik” a na nim profesjonalne obiekty sportowe, w tym duże boisko do piłki nożnej ze sztuczną nawierzchnią. To już nie mój piaszczysty plac zabaw na Retkinii z wbitymi pośpiesznie kijkami zamiast słupków, narysowaną piętą w piasku linią pola karnego i głębokimi śladami wyrytymi przez trampki Made in Poland. Polsport to już nie jest. I może właśnie w tych nowych, cywilizowanych warunkach narodzi się nowy “Polski Sport”? Kto wie…
Na pewno teraz mam dużą frajdę biegając za piłką z synem, wspominając lata osiemdziesiąte: Zbigniew Boniek, reprezentacja narodowa, uliczka w Barcelonie ;-) Gdybyśmy wtedy mieli takie boiska typu “Orlik”, Powerade, buty Nike i dobrą dietę zamiast nowych kopalń, gospodarki nakazowej i sojuszu z CCCP – wierzę, że zdobylibyśmy złoty medal Mistrzostw Świata – jeśli nie w 1982 to w 1986 roku.
Teraz cała nadzieja w młodych. A zatem: Antoni, jutro też idziemy na bojo :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Prawie całą niedzielę spędziłem dziś z dziećmi w lesie. Zrobiliśmy sobie rodzinny, leśny początek lata. Wpierw szukaliśmy bowiem letniska na wakacje w podłódzkim lesie-mieście-ogrodzie Sokolniki. I Znaleźliśmy :-) I jestem z tego powodu szczęśliwy, że będziemy mogli tam mieszkać przez całe wakacje z dala od miasta, wśród pięknych wysokich brzóz i śpiewu ptaków, które pomimo nie najlepszej pogody były wesołe i wykrzykiwały swoją radość. Świeżo skoszona trawa przez gospodarzy odurzała mnie swym zapachem, a widok poziomek już dawno mnie tak nie rozczulił…
Później zaś przenieśliśmy się do Rogowa, aby poznawać wspólnie z przyjaciółmi leśne tajemnice. To właśnie w rogowskim Arboretum SGGW, jak co roku, odbył się Piknik rodzinny “Lato pod drzewami”. Na pikniku były gry, zabawy, warsztaty, konkursy dla dzieci i teatrzyk “Piccolo” z Łodzi.
Miło było patrzeć na dziesiątki rodzin z dziećmi – jak się wspólnie bawią, jak siedzą na trawie, wśród drzew i to jakich drzew! Unikalnych drzew z całego świata. Bo z tego przecież słynie ten park, ogród, las – wszystko w jednym. Nigdy wcześniej nie widziałem też tak pięknie kwitnących lilii wodnych: białych i różowych, pływających leniwie w stawie na terenie tamtejszego alpinarium.
Na koniec zaś odbyła się dyskoteka, podczas której na scenie tańczył nawet mój dwuletni syn Antoni. Strojem przypominał raczej hip-hopowca. Kiwał się sam, odmówił towarzystwa, ale to świadczy o tym, że nawet tak małe dzieci warto zabierać na tego typu imprezy, gdzie poza socjalizacją, wspólną zabawą, można chwilę odpocząć wśród … no właśnie – zwykłych, a może niezwykłych drzew.
Już teraz jak patrzę na te zdjęcia – chce mi się tam wracać tam za rok.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Mój syn Antoni jeszcze nie mówi, choć skończył już dwa lata, ale z żelazną konsekwencją pokazuje co, go interesuje. Ma swoje pasje, zupełnie jak dorosły, oddaje im się z wielką energią i kiedy go tak obserwuję – nie mogę się powstrzymać od myśli, od refleksji kim może być w przyszłości…
To połączenie ciekawości świata objawiające się chęcią rozebrania każdego przedmiotu na drobne części plus zamiłowanie do elektroniki i wszystkiego co się świeci plus ogromny pociąg do motoryzacji i wyścigów oraz niespożyte pokłady siły fizycznej (siła “si”) – uniemożliwiają mi wyciągnięcie jakiegokolwiek wniosku ;-) Nie ma w tym nic niezwykłego, prawie każdy chłopiec w tym wieku interesuje się samochodami, lubi biegać, jeździć na rowerze, wzdycha na widok każdego przejeżdżającego autobusu i TIRa, a migająca zwykła dioda świecąca i monitor komputera powodują, że nie może spać…
Jak zatem pomóc dziecku w tym wieku rozwijać się dalej, iść w tym kierunku, w którym będzie najlepsze? Czy robić to już teraz, czy może poczekać jeszcze, na przykład do przedszkola? Póki co z przyjemnością i rozbawieniem patrzę na Antka mechanika, elektronika, informatyka, policjanta, sportowca, kolejarza i ogrodnika :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
2 Comments
No więc spotkaliśmy się wczoraj rano we trójkę: moja żona, ja i nasz nowy syn – Aleksander. Było przy nas kilku ludzi w fartuchach, ale to nie ma znaczenia, bo szybko się rozeszli i resztę dnia spędziliśmy już sami, dotykając się, patrząc na siebie i wzajemnie się wąchając.
Aleksander jest wielki i chyba wyrośnie na wysokiego chłopa. Chciałbym. Dziś przedstawiłem mu jego siostrę Anielę, wierną kopię Aleksandra sprzed ośmiu lat. Został jeszcze Antoni, o którym tylko opowiadałem nowemu przybyszowi, nieco go ostrzegając, że w domu “powita” go silniejszy brat. Choć pewnie nie raz w życiu go także obroni.
A póki co próbujemy się ogarnąć w domu bez żony / matki, gdzie choć wszystko jest już przygotowane na przybycie piątego domownika – brakuje tej najważniejszej osoby. Pochmurno. Sobota, popołudnie, 12 lutego 2011, gdzieś w okolicach środka Europy. Take five. Bo potem będzie się działo…
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
“Droga” Cormaca McCarthy to najpiękniejsza książka o miłości ojca i syna, jaką kiedykolwiek czytałem, choć ani razu nie pada tam stwierdzenie “Kocham Cię” ani ze strony ojca, ani syna. Żadna przypowieść biblijna, wspomnienia znanych ludzi, listy ojca do syna / syna do ojca tak mnie nie wzruszyły jak właśnie ta powieść mojego skądinąd ulubionego pisarza amerykańskiego.
Ten wstrząsający obraz świata u kresu świata, w którym znaleźli się bohaterowie: ojciec i jego mały syn – zdani na siebie do kresu podróży, wrzyna się w korę mózgową do tego stopnia, że długo po lekturze (ja już ponad rok) nie można się wciąż otrząsnąć i nagłe sytuacje w codziennym życiu przypominające niektóre sceny z książki powodują, że łapie się od razu za nóż, by się bronić, tuli się swoje dziecko, szuka się drogi ucieczki, albo kombinuje co zrobić w ciągu sekundy, co może mieć znaczenie nie tylko dla swojego własnego życia, ale może przede wszystkim dla życia swojego dziecka. O tym jest właśnie ta książka, jak silna i dozgonna miłość do syna, pozwala przetrwać trudną wędrówkę i ekstremalne położenie w nieprzyjaznym otoczeniu. Nawet jeśli przeżyć może tylko jeden z nich.
W jednym z wywiadów, których McCarthy udziela niezwykle rzadko – przyznał się, że inspiracją do tej książki były rozmowy z jego synem, skrawki tych rozmów, sprowadzające się do krótkich, czasem zaskakujących pytań syna i krótkich, niosących mu nadzieję – odpowiedzi udzielanych synowi. A że pomiędzy oboma panami istnieje różnica wieku blisko 70 lat – rozmowy te musiały być fascynujące. Ich ślad pozostał w książce, którą czyta się z zapartym tchem – ja przeczytałem ją przez noc – nad ranem płacząc po jej zakończeniu, bo pomimo, że koniec jest przewidywalny i czytelnik jest do niego przygotowywany dosłownie od pierwszych stron – dawka emocji przewyższa wszystkie dopuszczalne normy w świecie. Polecam lekturę głównie ojcom, zastanawiając się jak odbierają ją kobiety i czy jest możliwe, by czuły to, co czuje facet czytając tę książkę może nie tyle dla mężczyzn, co o miłości między mężczyznami – jedynej prawdziwej i odwzajemnionej: miłości ojca do syna i syna do ojca.
Na koniec sam McCarthy: (…) a lot of the lines that are in there [in the book] are verbatim conversations my son John and I had. I mean just that when I say that he’s the co-author of the book. A lot of the things that the kid [in the book] says are things that John said. John said, “Papa, what would you do if I died?” I said, “I’d want to die, too,” and he said, “So you could be with me?” I said, “Yes, so I could be with you.” Just a conversation that two guys would have.
No właśnie. Raz jeszcze polecam lekturę tej konwersacji ojca z synem wszystkim ojcom i synom. Choć można też obejrzeć film, zrealizowany na podstawie tej powieści.
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading... -
No Comments
Czytam książkę “Syn dobrze wychowany” autorstwa Cheryl L. Erwin, którą kupiłem z palącej potrzeby dowiedzenia się, co robię źle, co mógłbym robić lepiej, wierząc, że rodzicielstwo jest umiejętnością, której można się nauczyć. Wpierw nauczyć się łączyć miłość z mądrością. A potem nauczyć dziecko tego samego.
Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się tak poważnie czym jest męskość i kiedy ona się rodzi… Teraz w trakcie lektury wracają wspomnienia z okresu, gdy sam byłem małym chłopcem i u boku swojego ojca poznawałem świat, chłonąc jak najwięcej się da, nierzadko stawiając czoła przeciwnościom losu, ale też i kamieniom pod nogami, o które się potykałem. Choć akurat mój syn robi to intensywniej, dogłębniej, będąc “małym odkrywcą”, co z jednej strony przeraża – tak jest to absorbujące – z drugiej zaś cieszy, że ma taką ciekawość wszystkiego.
Zrozumiałem teraz sens słów autorki, która pisze, że “istnieje coś takiego jak dobre dopasowanie. Mówiąc prosto, Ty masz swój temperament i tak samo Twój syn. Czasem rodzicom i dzieciom łatwo jest się porozumieć, dorastać razem i rozwiązywać problemy. W innych przypadkach nie przebiega to tak gładko”. A więc jest nadzieja, że będziemy się rozumieć i to nie przypadek, że on chce robić wszystko to, co ja, choć ma dopiero półtora roku. Czemu oczekiwałem czegoś innego? Czemu spodziewałem się, że to będzie przebiegać spokojniej, wolniej? Może dlatego, że moim pierwszym dzieckiem jest córka? A może przez te cholerne potrzeby rodzicielskie i oczekiwania, które podpowiadały: a może będzie spokojnym dzieckiem? Nie, nie będzie i cieszę się, że teraz to rozumiem. Właśnie dlatego, że nie będzie, że nie jest takim spokojnym duchem – mamy szansę ze sobą współgrać, razem czerpać ile się da z życia w przyszłości.
Od razu kupiłem też i “Córka doskonała” dwóch innych autorek. Choć póki co odłożyłem ją na bok, by nie czytać tych dwóch książek jednocześnie. Ja wiem, że zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy powiedzą, że “rodzicielstwo ma się we krwi” albo “tego nie da się wyczytać z książek” – jednak już w trakcie lektury tej pierwszej książki doceniam wiele praktycznych rad dotyczących wychowywania syna i wierzę, że rodzicielstwa da się nauczyć. Gorąco polecam tę książkę ojcom, matkom synów – aby czerpali z niej wychowując swoje pociechy – przyszłych wspaniałych ojców :-)
GD Star Rating
loading...GD Star Rating
loading...

Ostatnie komentarze