Popular Tags:

Rzgów centrum sportowym Polski!

10/11/2013 at 20:58

Odwiedziłem dzisiaj Gminny Ośrodek Sportu, Turystyki i Rekreacji (GOSTiR) w Rzgowie. Hala Sportowa w Rzgowie to istna perełka pod Łodzią. Można w niej grać w większość gier zespołowych: koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną, squasha, badmintona, tenisa ziemnego, stołowego. Do dyspozycji jest także siłownia, ściana wspinaczkowa i sala do aerobic. Wszystko za darmo, bo hala powstała w ramach dofinansowania z programu RPO Województwa Łódzkiego. Obiekt jest w pełni przystosowany dla osób niepełnosprawnych. Posiada parkingi, pochylnie wjazdową do obiektu, windę dla niepełnosprawnych, oraz toalety z prysznicami. Można z niego korzystać od 08.00 do 21.00.

Dawno nie miałem tyle frajdy. Zabrałem dwójkę dzieci (trzecie jest aktualnie chore). Za tydzień, mam nadzieję – pójdziemy już w w komplecie. Polecam wszystkim to miejsce. Łatwy dojazd, duży parking, bardzo miła obsługa i czysta przyjemność uprawiania sportu. W naszym przypadku – aż w trzy pokolenia, bo oprócz dzieci zabrałem dziś też ojca (lat 64). Graliśmy w koszykówkę, tenisa stołowego i wspinaliśmy się na ściance. Dziadek też :-) Świetnie, że powstają takie obiekty.

Zasady rezerwacji są proste. Wystarczy zadzwonić i umówić się na zajęcia. Wszystkie zajęcia są bezpłatne, więc kto chętny – zapraszam na rodzinne zajęcia sportowe w przyszły weekend. Rzgów – centrum sportowym Polski :-)

Poniżej kilka zdjęć z dzisiejszej eskapady.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Jedna strona dziennie

31/10/2013 at 07:17

A więc piszę. Piszę więc jestem. 20 października 2013, po powrocie z tygodniowych warsztatów organizowanych przez Wydawnictwo Czarne, postanowiłem ćwiczyć się w tym pisaniu każdego dnia. Tak, aby nie stracić rytmu, kontaktu z pisaniem. Nic chyba nie robi lepiej jak dyscyplina, motywacja, aby poruszać się w pisaniu do przodu. Namawiam gorąco do takiego pisania. Jedna strona dziennie – to niedużo. Jednostronicowe opowiadanie, jedna strona powieści, bajka na jedną stronę. Ważne, aby to była jedna strona, która powstaje do 23.59, a potem w nocy lub nad ranem dzielisz się nią z innymi, którzy czytają to do porannej kawy lub kiedy mogą, kiedy chcą.

Zapraszam na Jedna strona dziennie.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Łemkowyna

21/10/2013 at 18:16

Jeden z piękniejszych tygodni w tym roku. 7 dni w Beskidzie Niskim wśród Łemków, ich cieni, przodków, nowo poznanych ludzi, majaczących gór, multikolorowych liści i wielgachnych grzybów jak z dobranocki.

Wrócę tam, może jeszcze tej zimy, bo dawno tak nie odpocząłem, nie nabrałem dystansu do świata i do siebie.

Polecam to miejsce wszystkim, którzy chcą zapomnieć, posiedzieć chwilę z kotem na kolanach, pobawić się z psem, zasmakować wspaniałej, kreatywnej kuchni gospodarzy – jednym słowem – chcą spędzić czas ze sobą, choćby wśród kilku lub kilkunastu ludzi.

Gdybyście się wybierali – wszelkie info znajdziecie tutaj: Gościniec Banica.

Poniżej kilka zdjęć z Krzywego, okolic Wołowca, Gładyszowa i z samych Gorlic, gdzie odwiedziłem także Ruską Bursę w trakcie XXI Twórczej Jesieni Łemków.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Wakacje w mieście

01/09/2013 at 19:16

Wakacje w mieście z dziećmi mogą być całkiem ciekawe. Jest tylko jeden warunek – codziennie trzeba robić coś innego ;-)

W tym roku przyszło nam spędzać czas z dziećmi w mieście. Przez cały lipiec i sierpień próbowaliśmy coś z nimi robić, aby nie zwariować i aby dzieci miały też przyjemność z wakacji. I chyba się udało ;-) Oprócz wypraw rowerowych, wypadów za miasto nad wodę (Zalew Sulejowski), setek spacerów po lesie i w parkach, gry w bule, chodzenia po slackline, odwiedzania wszystkich okolicznych placów zabaw, wypraw na basen (“Nowa Gdynia” i Aquapark “Fala”), treningach na terenie obiektów sportowych “Orlik”, udziału w piknikach i kilku innych imprezach w mieście – odwiedziliśmy też wielu znajomych na ich działkach, daczach, w domach – po prostu się spotykaliśmy, na co normalnie nie ma czasu.

Okazało się, że w mieście wcale nie trzeba się nudzić, a gdy jest super pogoda (w tym roku na pewno jedna rzecz udała się w Polsce: pogoda ;-)) – atrakcji nie brakuje. Skłamałbym jednak twierdząc, że chcę jeszcze. Nie, nie chcę jeszcze i z przyjemnością zaprowadzę jutro dzieci do szkoły i przedszkola. Nigdy tak się nie cieszyłem z końca wakacji – wreszcie okres organizowania atrakcji niczym na koloniach: od rana do nocy – dobiegł końca… Idę spać. Jutro zaczyna się normalne życie pełne obowiązków dla moich dzieci. Cieszę się, że jakoś daliśmy radę przez te dwa miesiące, że nikomu się nic nie stało, że w sumie dużo się działo, mieliśmy frajdę być razem, starszy syn nauczył się jeździć na rowerze, młodszy dogonił sprawnością starszego brata, a moja córka wypoczęta i opalona zaczyna jutro czwartą klasę.

Poniżej trochę zdjęć z naszych wakacyjnych zajęć – w samym mieście, lub tuż poza nim, ale jednak ciągle w “łódzkim”. Wakacje uznaję za zakończone!

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Jesienne detale

15/10/2012 at 06:09

W jesiennym pięknym Słońcu szukam tego roku różnych detali. Przyglądam się zwykłym rzeczom podczas spacerów z dziećmi, racząc się ostatnim ciepłem, światłem, kolorami.

Krople na liściu, smuga światła na drzewie, pęknięta łupina orzecha. To wszystko sprawia, że czerpię przyjemność ze zwykłych rzeczy, takich jak patrzenie się na grzyb trujący, nikomu niepotrzebny, nikomu poza mną, bo właśnie zatrzymałem się przy nim, aby chwilę na niego popatrzeć.

Poniżej kilkanaście zdjęć z ostatniego spaceru – wszystkie wykonałem telefonem iPhone.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

WIELKA E-MIGRACJA

07/10/2012 at 10:24

O przeprowadzce do wirtualnego świata czyli wielkiej e-migracji możecie poczytać w najnowszym numerze Kwartalnika Artystycznego “Bliza”.

Polecam ten interesujący numer tematyczny “Wielka E-migracja”. Do kupienia przez internet lub w salonach EMPIK.

W numerze dwa świetne teksty pisarzy: Daniel Odija i Piotr Czerski oraz jak zwykle zabawny i inteligentnie napisany esej – tym razem o fotografie Janie Saudku - autor: Piotra Millati. Wszystkich, którzy przez zakupem “Blizy” chcą dowiedzieć się na czym polega e-migracja i czym nam grozi – zapraszam do lektury mojego tekstu: DRUG13 ŻYC13 4LBO W13LK4 WYPROW4DZK4

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

244 słów, w tym jedno najważniejsze: “wybaczam”

07/06/2012 at 19:06

Przeszukując ostatnio stare pliki z okresu pobytu w Moskwie (2010/2011) – znalazłem krótką bajkę, którą napisałem po rosyjsku – trochę aby pocieszyć znajomą z Buriacji, której właśnie zginął były mąż… Ponieważ jednak znajomych i czytelników rosyjskojęzycznych mam zdecydowanie mniej niż w Polsce – szybko przetłumaczyłem ją na język polski. Dzięki temu nietypowemu pochodzeniu – “Bajka o wybaczaniu” jest krótka.

Zapraszam do lektury tej prostej historii o wybaczaniu, w której proste słowo “wybaczam” ma magiczną moc. To tylko 244 wyrazy, 1612 znaków… Czytaj bajkę

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Per Aspera ad ACTA…

01/03/2012 at 18:11

Wszystko zaczęło się …. No właśnie – nawet nie wiadomo kiedy się zaczęło. I nie wiadomo też kiedy to się skończy. Wybrany, po raz drugi przez lud, Rząd Polski z Premierem Donaldem Tuskiem na czele – na fali sukcesu i wzrostu popularności – prowadzi od jakiegoś bliżej nieokreślonego czasu skutecznie działania skierowane przeciwko sobie w celu obniżenia poparcia i spadku tejże popularności… 

Wszystko się zgadza – acta w języku łacińskim oznacza, aż strach zacytować w dobie ACTA: zajęcia, czynności, postępowanie, czynności urzędowe, obrady senatu, protokoły posiedzeń senatu, akta, protokoły sądowe*… Nie wierzmy zatem, że skrót nazwy tego traktatu, który traktatem zgodnie z konstytucją być nie może – pochodzi od Anti-Counterfeiting Trade Agreement.

Acta znaczy po łacinie również: dzieje osób prywatnych. Być może chodzi zatem o pisanie nowych dziejów świata, jego kronikę, powszechny spis internautów, próbę zindeksowania  wszystkich dysków twardych przez Wielkiego Brata, wielką wymianę danych osobowych albo wymianę starych PCtów, które wraz z dyskami zapchanymi nielegalnymi empetrójkami i empeczwórkami zagracą w przyszłości policyjne i sądowe magazyny? Ewentualnie nie wiadomo o co chodzi. Czyli chodzi o pieniądze – wiadomo, że raczej wielkie pieniądze, jakie tracą dystrybutorzy, posiadacze licencji, wprowadzając coś do obiegu z nadzieją na wielkie zyski – jednocześnie świadomie ograniczając tenże obieg, a to ze względu na miejsce, a to ze względu na czas, a to ze względu na nośnik lub: trudne słowo: pola eksploatacji, albo jeszcze ze względu na… Gdy jednak otworzy się pierwszą lepszą lub gorszą gazetę – można dowiedzieć się, że na świecie istnieje globalizacja, a Unia Europejska zapewnia jednolity rynek i 4 podstawowe swobody: swobodny przepływ osób, swobodny przepływ kapitału, swobodny przepływ towarów i swobodne świadczenie usług. Niektórzy, jak Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso podkreślają jeszcze, że do tych 4 podstawowych powinna dojść piąta swoboda: swobodny przepływ wiedzy. Taki swobodny przepływ wiedzy zapewnia dzisiaj głównie … „ten zły” internet. Dziś już nie można powiedzieć, że jeśli mnie nie stać na zakup książki, encyklopedii albo gazety – jestem pozbawiony dostępu do takich źródeł. Paradoksalnie jednak nawet dysponując pieniędzmi nie zawsze mogę je też kupić w internecie, ponieważ zabrania tego dystrybutor, nie wolno mi się tym podzielić lub wykonać prywatnej kopii, ponieważ zabrania tego licencja, a niedługo być może nie będę mógł tego nawet zacytować… Najchętniej więc bym nie kupował, albo kupował bezpośrednio od autora. W pierwszym przypadku naruszając własność – łamię prawo – czego nie chcę, w drugim – nie zawsze mogę tego dokonać. W rezultacie najwięcej korzysta na tym podziemie internetowe. Choć istnieją na szczęście na tym świecie alternatywne światy: darmowe i otwarte oprogramowanie, licencja GNU GPL, Creative Commons; niektóre komercyjne programy można używać za darmo pod warunkiem, że w trakcie ich użytkowania będziemy oglądać reklamy, itd. Z jednej strony mamy Copyright, z drugiej Copyleft. Prawa półkula podpowiada nam, że czegoś nie wolno kopiować i trzeba przestrzegać zasad pod groźbą kary, lewa półkula uspokaja: „możesz z tego korzystać, bierz ile chcesz, przekazuj dalej, ale pamiętaj, że trzeba przestrzegać kilku zasad w imię dobrych zasad i wspólnego dobra”. Dwa przeciwstawne koncepty odwołujące się do dwóch różnych wrażliwości, choć czasem do jednego właściciela szarego organu przetwarzającego te wszystkie informacje…

A więc mamy problem. Twórcy i artyści burzą się, że tracą pieniądze w wyniku piractwa,   wielkie koncerny forsują traktat godzący, jak się okazuje po fali protestów w kilku krajach ale też dzięki czujności Generalnego Inspektora Danych Osobowych i Rzecznika Praw Obywatelskich w Polsce – w interesy publiczne, i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zagrożony jest zarówno interes publiczny jak i interesy handlowe… Rząd z jednej strony może oberwać butelką i kamieniem od użytkowników internetu, za chwilę na polskie ulice mogą także wyjść artyści (to byłoby zresztą ciekawe i mielibyśmy szansę zorganizować największy happening na świecie), a obrońcy niedostosowanych do obecnych realiów praw autorskich rodem z XIX wieku, rzecznicy własności intelektualnej, osoby chroniące znaków towarowych, właściciele marek i patentów – wszyscy oni mogą równie dobrze zmusić Rząd Polski do zdecydowanych działań na rzecz zabezpieczenia swoich interesów… Równie dobrze możemy być zmuszeni do przyjęcia ACTA, choć ten wariant byłby najgorszym z możliwych. Nie wiadomo zatem jak przerwać ten impas.

Acta-Sracta. Wprowadzenie ACTA tak naprawdę niczego nie zmieni. Żyjemy w Państwie Prawa (cokolwiek to znaczy) i dziś można bronić swoich interesów bez ACTA czy jakichś innych nadbudówek zza Oceanu czy zza granicy. Skupmy się zatem, na dostosowaniu prawa autorskiego do dzisiejszych realiów, po prostu je zmieńmy na tyle ile możemy,  posuwając się o krok, najlepiej kilka kroków naprzód, uwzględnijmy w nowych projektach zapisów różne, najlepiej wszystkie znane na dziś i obowiązujące modele licencji, znośmy sukcesywnie bez szkody dla twórców wszelkie bariery przepływu wiedzy, dostępu do informacji i dóbr kultury dla dobra nas samych i przyszłych pokoleń; zadbajmy o większą edukację, choćby w zakresie zmian, które mają być wprowadzone (patrz: pouczający przypadek braku wiedzy i rzetelnych informacji na temat ACTA). Piszę w pierwszej osobie liczby mnogiej, choć powinienem pisać w drugiej, zwracając się do polityków. Zatem zwrócę się do Was, drodzy politycy, w imieniu wszystkich internautów – zarówno użytkowników jak i przedsiębiorców: bez nas, bez ludzi znających od lat specyfikę internetu, korzystających z niego dniami i nocami, pracujących dzięki niemu, tworzących różne modele biznesowe oparte na sieci, wykorzystujących internet w dobrych ale też i złych celach nie ruszycie z miejsca… A nawet jeśli – Wasza droga będzie usłana cierniami podobnie jak droga do podpisania/ratyfikowania ACTA… A w kolejnych wyborach parlamentarnych w roku 2015 wygra Polska Partia Internautów utworzona być może już za moment przez 17 milionów użytkowników internetu w Polsce. Nikt raczej nie zdobędzie większego poparcia – a do Sejmu będzie miała szanse wejść nawet Partia Piratów. Tylko po co? Zadyma wokół ACTA to dobry moment aby zacząć zmiany, choć nie oszukujmy się, że dziś Europa ma dużo poważniejsze problemy… Gdyby jednak okazało się, że są potrzebni ludzie do tworzenia konkretnych zmian, projektów, zapisów, rozwiązań, modeli , koncepcji dystrybucji etc – znajdziecie ich bardzo prosto: wpisując odpowiednie słowo kluczowe w wyszukiwarce Google…

Autor wziął udział w pierwszej na świecie debacie publicznej w sprawie ACTA “ACTA? DEBATA O WOLNOŚCI I WŁASNOŚCI”, która odbyła się w Stoczni Gdańskiej w Sali BHP w dniu 4 lutego br.

Copyleft   ↄ⃝. Arkadiusz Jadczak 2012

P.S. Polecam także wpis na blogu mojego przyjaciela Marka Friedmana “ACTA jak Prohibicja”.

* Jerzy Pienkoś, Słownik łacińsko-polski, Wydawnictwo Prawnicze, Warszawa 1996, str. 20

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Deset let uplynulo…

26/10/2011 at 09:50

3 652 dni. A czuję, jakby to stało się 3 652 lata temu… Czyli dokładnie w roku 1641 p.n.e… Kiedy to w Mezopotamii do użytku weszły konne rydwany, do Anatolii przybyli Hetyci, a w Sumerze powstały pierwsze znane słowniki… Gdzie zatem poślubiłem swoją narzeczoną w tym czasie? W jednym z pałaców Knossos, czy może na terenie królestwa Górnej Mezopotamii? A może gdzieś w dolinie Indusu, na przykład w osadzie Harappa? Albo w Dolnym Egipcie… Czy w ogóle mogłem ją poślubić bez zgody jej rodziców, bez zapłacenia za to odpowiedniej ceny, bez posiadania mocarstwa albo choćby dwustu rydwanów?

Nie. Tak nie było. Porwałem swoją narzeczoną i uprowadziłem niczym Czeczen. Tyle, że do Pragi. Czeskiej Pragi, bo jak opowiedziałem później o tym fakcie kilku moim znajomym – myśleli, że wziąłem ślub na prawobrzeżnej Warszawie…

Właściwie to nigdy się nie zastanawiałem poważniej dlaczego akurat Praga. Był chłodny, październikowy poranek, kiedy wjechaliśmy czerwonym Seicento (pożyczonym od mojej matki na “wycieczkę do Pragi”) do samego centrum tego pięknego miasta położonego nad Wełtawą. Praga po prostu zawsze nam się podobała jako miasto, wyjątkowo stare i wyjątkowo ciekawe. Dlatego tam też wynajęliśmy mieszkanie w starej kamienicy nieopodal Vaclavskie Namesti na całe 4 dni. I tam postanowiliśmy się pobrać. Ot – taki długi weekend.

Wszystko było wcześniej umówione przez Internet, bo jak się okazało już wtedy, w 2001 roku, można było zorganizować ślub w polskiej ambasadzie zupełnie zdalnie. A zaczęło się od maila… Potem zaś skromna uroczystość została przygotowana bardzo sprawnie w ciągu dwóch tygodni przez kilku sympatycznych pracowników ambasady. Z szampanem i poczęstunkiem włącznie. Dlatego od razu po przybyciu do Pragi udaliśmy się „w miasto”, aby jak prawdziwi turyści-ateiści spacerować i zwiedzać zabytki do późnego wieczora. Nazajutrz 26 października braliśmy ślub, więc cały dzień spędziliśmy w plenerze na spacerach, choć było to również intensywne oczekiwanie na następny poranek – z odrobiną tremy.

Przez cały pobyt towarzyszyła nam piękna jesienna pogoda, co spowodowało, że wspominamy go nie tylko jako zawarcie aktu małżeństwa, ale również jako sympatyczny wyjazd do pięknego miasta, połączony ze zwiedzaniem i odpoczynkiem. I wyczerpującą wędrówką po klubach jazzowych w ramach nocy poślubnej. Już nigdy więcej absynt nie będzie tak smaczny i pożywny…

26 października 2001, w słoneczny i chłodny piątkowy poranek, wyszedłem z mieszkania i udałem się na okoliczny targ kwiatów, by kupić wiązankę ślubną. A sam ślub? Jak wyglądał? Niech opowiedzą zdjęcia.

Poniżej 10 fotografii z tamtego piątku – odkurzonych z albumu rodzinnego dokładnie w 10-tą rocznicę ślubu.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Słownik Antoniego

16/10/2011 at 17:18

Mój syn Antoni skończył 2,5 roku i ciągle mówi po swojemu… Używa tyle wyrazów ile liter ma polski alfabet. Czyli 26. Ciągle próbujemy z nim rozmawiać, ucząc się cierpliwości, ale widać musimy jeszcze trochę poczekać, nim w końcu zaczniemy się komunikować ze sobą za pomocą języka.

Nie znam się na mówieniu, ale ciekawi mnie dlaczego w języku mojego syna nie pojawiły się do tej pory wyrazy na “F”, “H”, “I”, “J”, “L”, “Ł”, “O”, “R”, “S”, no i wszystkie końcowe litery od “U” począwszy. Zapisywałem tylko jego kolejne słowa w porządku alfabetycznym, więc dziś wiem jedynie których wyrazów używa, choć pierwsze z wypowiedzianych to były mama, tata i mamba. Zresztą może tu wcale nie chodzi o litery… Może te wszystkie wyrazy pojawiły się nieprzypadkowo?

Pomimo tego ciągłego mówienia w swoim języku, zadziwia mnie jak dziecko sobie radzi w sytuacjach, kiedy jednak chce coś powiedzieć, skomunikować się z rodzicami czy otoczeniem, być zrozumianym.  Przykładowo, gdy chce zaprotestować, że jeszcze śpimy nad ranem, budzi nas stwierdzeniem: “Mama, tata, nie aaa!” co oznacza: “Mama, tata, nie śpijcie (już)!”. “Ej, brym” – pada zawsze po tym, jak Nela, jego siostra, jedzie do szkoły. “Tata, kom!” to wezwanie abym usiadł z nim przy komputerze. A “Dije” to po prostu zaproszenie na spacer, któremu towarzyszy wyciąganie butów z szafy.

Poniżej zamieszczam słownik Antoniego :-)

A

a – jeść

aaa – spać; spanie

ał – otwierać, uwalniać (się)

B

be – bajka, film; oglądać

ba – upadek, upaść, grać w piłkę

bleee – śmieci, brud; brudne

boli – boli; rana

brym – auto, motocykl; jechać

C

cicie – picie; pić

cici – pociąg, tramwaj

D

da – daj!, dać, masz!

dije – gdzie; iść

E

eee – kupa, siku

ej – siostra, brat, dziecko

G

gulgul – basen; pływać

K

k – gorące

kom – komputer

M

mama – mama

mamba – babcia

me – krowa, koń

mniam – guma do żucia

N

nie – nie

P

papa – do widzenia

T

tata – tata

to – ktoś, ten

toto – kto to, co to

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Jesteś ojcem? Chciałbyś karmić piersią?

04/10/2011 at 10:58

Wszystkich ojców, którzy chcą się podzielić refleksjami z uroków i ciemnych stron tacierzyństwa – zapraszam do dyskusji na Forum tygodnika “Wprost” pod artykułem  “Ojciec chciałby karmić piersią” autorstwa Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej.

Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze “Wprost” dostępnym w kioskach od wczoraj.  Zachęcam do lektury artykułu i wymiany poglądów. Liczę szczególnie na głosy pokazujące ciemne strony tacierzyństwa, bo o nich pisze się i mówi stosunkowo mało. Nie żebyśmy sobie ponarzekali, drodzy Panowie, tylko raczej utworzyli grupę wsparcia.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Mamy złoto!

04/10/2011 at 07:43

Mamy pierwsze złoto w rodzinie! Chociaż była to bardziej spartakiada niż turniej tenisa ziemnego, o złotym medale dla drużyny, w której startowała moja córka (reprezentacja szkoły) przesądziła ostatnia dyscyplina: przerzucanie piłki nad siatką. Emocji było wiele – podobnie jak i dyscyplin: od sprintu, zwodów sprawnościowych, po hokej i piłkę nożną – oczywiście wszystko to działo się na korcie tenisowym Klubu Tenisowego Eurotenis.

Kiedy w jednej z rozgrywek drużyna mojej córki odpadła w ćwierćfinale – byłem ciekawy czy wpłynie to na ich dalsze zachowanie. Ale gdzie tam. Dzieci bawią się w najlepsze i chłoną atmosferę zawodów do tego stopnia, że szybko zapominają o przegranej. Dlatego już za moment, gdy zaczęły się kolejne rozgrywki i można było walczyć o nowe punkty – jakiś nowy duch w nie wstąpił :-) W efekcie zdobyli puchar (od wczoraj stoi w gabinecie dyrektor szkoły) i każdy z drużyny mojej córki otrzymał złoty medal. W naszej rodzinie jest to pierwszy złoty medal, dlatego mieliśmy z tego powodu tyle radości w domu wczoraj popołudniu. Najbardziej jednak cieszyliśmy się, że Nela świetnie się bawiła. W ciepłym słońcu październikowym nie mogło być piękniejszego widoku jak radość tych dzieciaków biegających i starających się z całych sił, by wygrać.

Mini fotoreportaż z zawodów zamieszczam poniżej:

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Pierwsze zawody sportowe

02/10/2011 at 19:20

Kiedy miałem osiem lat (1981 r.) wystartowałem w swoich pierwszych zawodach pływackich reprezentując Szkolny Klub Sportowy “Delfin”. Z balkonu obserwował mnie ojciec, który robił zdjęcia i kibicował mi z całych sił, choć prawdę mówiąc to on mnie nauczył pływać, więc to on był moim prawdziwym trenerem, który przyszedł popatrzeć co zostało z jego nauki i czego jeszcze muszę się nauczyć. Jutro idę ze swoją ośmioletnią córką Anielą na jej pierwszy w życiu turniej tenisa ziemnego (Międzyszkolny Turniej Tenisa Ziemnego). Trenujemy od roku w szkółce przy Klubie Tenisowym Eurotenis. I choć Aniela będzie pod okiem fachowców – chcę być przy niej podczas zawodów, ponieważ wiem jak dużo znaczy obecność ojca – trzydzieści lat temu płynąłem głównie po to, by zrobić mu frajdę i pokazać, że umiem walczyć.

Jeszcze tylko rano muszę kupić świeżą bułkę, za moment kładziemy ją wcześniej spać by wypoczęła i wstała wyspana – i jutro o 09.00 zacznie się wielka przygoda. Nie jestem szalonym ojcem, który chce zrobić z córki drugą Agnieszkę Radwańską, ale motywuję córkę do tego, by trenowała, sam dając jej od jakiegoś czasu przykład i opowiadając jak sport wpływa na różne umiejętności, które przydają się w życiu. Nauczyłem ją pływać w sierpniu, późno, ale skutecznie. I to sprawiło mi wielką frajdę. Teraz sam czerpię przyjemność z wysiłku który towarzyszy mojemu powrotowi do gry w koszykówkę i nauce gry w tenisa… tuż po treningu córki. Choć dziś sport jest dla mnie wyłącznie próbą przezwyciężania własnych słabości i odreagowania stresu zawodowego – doceniam w nim ten dialog z własnym ciałem, które poddaje się i wielokrotnie mówi “nie”, a jednak można je namówić do wysiłku, do jeszcze jednego skoku, mocnego uderzenia rakietą i szybkiego biegu…

Mam zatem nadzieję, że jutro swoją obecnością dam swojej córce dodatkową energię – idę tam głównie po to. Wierzę, w jej możliwości, choć kocham ją za to kim jest, a nie za to co potrafi lub w najbliższym czasie będzie potrafiła osiągnąć. Jutrzejsza ewentualna porażka w końcu też nam otworzy drogę do przyszłych sukcesów :-)

Poniżej zdjęcia ze wspomnianych zawodów i treningu mojej córki:

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Szlakiem ogródków jordanowskich

27/09/2011 at 21:15

Założę się, że każdy rodzic zetknął się przynajmniej raz z placem zabaw. Ale znam i takich którzy są wielkimi ekspertami i zdobyli już wiedzę, gdzie w ich mieście znajduje się najlepszy ogródek jordanowski, plac czy sala zabaw – ta ostatnia, przynajmniej u nas w Łodzi – zwana “figlorajem”. Ja ostatnio szukam z dziećmi miejsc, w których i sam zajmę się ćwiczeniami, bo na rozmowy z nieznajomymi nie ma co liczyć, a czytanie książki jest zaprzeczeniem uczestnictwa we wspólnej zabawie z dziećmi.

Najczęścej odwiedzam z dziećmi ogródki w łódzkim Zoo, Parku Zdrowie, Parku na Młynku, w Parku 3 Maja, czy w Arturówku. Choć mam to szczęście, że działając w Zarządzie Wspólnoty Mieszkaniowej przed laty udało się przekonać większość mieszkańców, że lokalny ogródek na terenie naszej posesji pozwoli nam się bardziej zintegrować, a dzieciom ułatwi zabawę w najbliższym otoczeniu domu.

Drabinki, huśtawki, piaskownice – moje dzieciaki mają na nich więcej przyjemności niż ja miałem w ich wieku pod koniec lat siedemdziesiątych. Po pierwsze teraz nietrudno znaleźć plac zabaw pod gołym niebem – jest ich naprawdę dużo w mieście, a i też taki obiekt staje się czymś normalnym na nowych osiedlach. Nie wspominając o jakości wszystkich urządzeń, sprzętów i zabawek. Pamiętam jak z matką jechałem czasem przez pół miasta tramwajem, aby dotrzeć na upragniony placyk, gdzie oprócz najczęściej niedziałających sprzętów czekały na mnie nieznajome dzieci, z którymi nieraz musiałem się przepychać w walce o miejsce na huśtawce. Dziś wszystko odbywa się bardziej kulturalnie, nawet niektórzy rodzice gaszą zapędy nie swoich podopiecznych, którzy w walce o wiaderko czy miejsce na drabince gotowi są zrobić wszystko, a na pewno wiele ;-)

Nie pokuszę się o ocenę, który plac jest najlepszy, najbardziej interesujący, do którego ogródka jordanowskiego udać się z dzieckiem – bo są to mimo wszystko indywidualne upodobania, a dodatkowo to zależy od wieku dziecka. Nie wszędzie bowiem da się spędzić bezpiecznie czas z maluchem, a i na tych przeznaczonych dla najmłodszych starsze dzieci mogą się nudzić. Warto sprawdzić samemu udając się na wycieczkę po swoim mieście – wycieczkę “Szlakiem ogródków jordanowskich” :-)


GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Rodzinny piknik lotniczy

26/09/2011 at 23:25

Rodzina pod skrzydłami? Dokładnie pod takim hasłem w piękną niedzielę wrześniową (18.09.2011) odbył się piknik dla całych rodzin zorganizowany na terenie Muzeum Lotnictwa Jerzego Lewandowskiego i Portu Lotniczego Łódź.

Frajdę miały przede wszystkim dzieci, dla których tego dnia wstęp do prawie wszystkich obiektów: samolotów, śmigłowców, a nawet wojskowych samochodów transportowych był nieograniczony i bezpłatny. Wizyta w olbrzymim śmigłowcu Mi-6, pasażerskim TU-134 A w barwach PLL LOT czy transportowym górnopłatowcu oraz wspaniały pokaz pilotów z Grupy Akrobacyjnej Żelazny były największymi atrakcjami pikniku. Tego dnia na łódzkim niebie latało dwóch członków grupy: Wojciech Krupa (6) i Wojciech Nowaczyk (7). Od pilotów można było dostać pamiątkowy plakat z autografami a nawet dedykacją. Kiedy pogratulowałem umiejętności jednemu z nich i przyznałem, że jestem pierwszy raz na tego typu imprezie i nie sądziłem wcześniej, że oglądanie pokazu akrobacji z Ziemi może wywołać tyle emocji – usłyszałem w odpowiedzi, że: – To nie jest trudne i przypomina jazdę na rowerze, tyle, że po niebie…

Od czasu do czasu nad głowami sunęły białe szybowce, w tle cały czas odbywał się koncert oraz kilka imprez towarzyszących, ale najlepsza była z tego wszystkiego atmosfera – zupełnie rodzinna, piknikowa (część osób leżała nawet na kocach), tak, jakby to odbywało się w ogrodzie, u znajomych albo bliskich przyjaciół. Biegające i szalejące dzieci, psy, podekscytowani rodzice, którzy także z niecierpliwością ustawiali się w kolejce do zwiedzania, setki osób z aparatami fotograficznymi i wpatrzeni w niebo miłośnicy latania oraz zwykli gapie – przez cały czas było widać jakie emocje budzi u widzów latanie, podniebne ewolucje i sam fakt, że jest w Łodzi takie miejsce, w którym raz do roku można wpatrywać się w niebo i chłonąć atmosferę lotniska oraz tego pięknego sportu.

Poniżej znajduje się krótki mini fotoreportaż – moje dzieci wspominają tę imprezę już ponad tydzień :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Kąpiel dziecka w … wiaderku

26/07/2011 at 11:13

10 litrów ciepłej wody, chwila strachu czy to nie szaleństwo włożyć małą pociechę do wiaderka – ułożenie dziecka w komfortowej i uspakajającej pozycji płodowej i kąpiel dziecka nabiera rumieńców :-)

Wanienka kąpielowa Mebby Cocoon a właściwie wiaderko Mebby Cocoon to relaks dla dziecka i dla rodziców. Dla dziecka, bo siedzi sobie wygodnie w pozycji, którą dobrze poznało przez 9 miesięcy w brzuchu mamy, a dla rodziców, bo można stać lub usiąść spokojnie obok i patrzeć na dziecko nie zajmując się utrzymywaniem go ponad wodą, zabezpieczaniem główki przed zamoczeniem, bez obawy, że nasza pociecha się zanurzy, obróci, wypadnie podczas kąpieli, etc.

Co więcej zanurzone jest całe ciało dziecka, co zapobiega wychłodzeniu i doskonale wpływa na odprężenie dziecka podczas kąpieli. Moja znajoma korzystająca z Cocoon zauważyła również, że do wiaderka wkłada się dziecko najkorzystniej jak to możliwe – czyli zaczynając od stóp, co dobrze wpływa na wyczucie temperatury i stopniowe ogrzewanie się ciała dziecka wodą – od nóg w górę ciała. W przeciwieństwie do tradycyjnej wanienki, do której dziecko zazwyczaj wkłada się górną częścią ciała (plecy, tułów).

Dla tych, którzy mają problem z oceną czy woda w wanience ma odpowiednią temperaturę przewidziano  termometr (w postaci przyklejonego do ścianki krążka), który reaguje na temperaturę wody poprzez zabarwienie zależne od temperatury. I tak gdy krążek przybiera barwę niebieską – oznacza to, że woda jest zbyt zimna (ok. 35 st. C). Kolor pomarańczowy oznacza, że woda jest dobra do kąpieli (ok. 38 st. C), a kolor czerwony - że woda jest zbyt gorąca (ok. 43 st. C).

Na wyposażeniu jest też siedzisko, polecane do stosowania dla niemowląt oraz bardzo małych dzieci, ale ja kąpię najmłodszego syna (Aleksander, 5 miesięcy) bez siedziska, za to mój starszy syn (Antoni, 2 lata) kąpie się siedząc na “mini stołeczku”. Siedzisko można w każdej chwili wyciągnąć, ponownie włożyć, podobnie jak i korek dzięki któremu spuszczenie wody po kąpieli nie stanowi już problemu. Jeśli więc nie chcesz dłużej dźwigać, przenosić wanienki, aby wylać z niej wodę po kąpieli – ten szczegół ułatwi Ci życie :-) Ponieważ wanienka wykonana jest z lekkich materiałów i ma wyprofilowany brzeg – jej przenoszenie jest bezproblemowe, nawet gdy wiaderko jest jeszcze wypełnione wodą.

Polecam wszystkim rodzicom maluchów tę innowację w kąpieli. Początkowo sam miałem opory, aby porzucić tradycyjną wanienkę na rzecz wiaderka, ale Cocoon sprawdza się świetnie, jest idealny na wakacje, wyjazdy, podróże z samochodem, kąpiele w małych i ciasnych łazienkach, a w szczególności wstawianie go do kabiny prysznicowej, gdzie zwykła wanienka dla dziecka nie sprawdza się już tak dobrze.

Poniżej prezentuję zdjęcia z kąpieli Aleksandra, który pokochał Cocoon :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Wakacje czas zacząć!

09/07/2011 at 19:53

Nie wybieram się na urlop, ale właśnie zacząłem rodzinne wakacje. Wczesnym rankiem odprowadziłem córkę na zbiórkę, skąd wyjechała nad morze na pierwsze w swym życiu kolonie. A chwilę później spakowaliśmy się i we czwórkę (ja, moja żona i dwoje naszych synów) przeprowadziliśmy się do podłódzkich Sokolnik – miasta-lasu. Na dwa miesiące, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Zacząłem więc życie w lesie, a moja córka Nela swoje pierwsze kolonie.

Wiele się zmieniło od czasu, gdy jako mały chłopak wyjeżdżałem pierwszy raz na kolonie. To było lato 1981 roku, szary Jelcz 043 (tzw. “Ogórek”), nieznane twarze synów i córek łódzkiej klasy robotniczej, pomidory i jabłka w torbie jako prowiant na drogę. Pamiętam, że trzęsło, fotele były niewygodne (kąt 90 stopni), a niemiłosierny upał spowodował, że dojechałem nad morze cały mokry. Nigdy tego nie zapomnę. Kolonii też, bo była to niezła szkoła życia…

Dziś moja córka Nela wsiadła do nowoczesnego autokaru z klimatyzacją, zasłonkami, regulowanymi fotelami i przemiłymi opiekunami. Na start Pani wychowawczyni zebrała od wszystkich dzieci kieszonkowe, dzięki czemu rodzice mają gwarancję, że wszystkie pieniądze nie zostaną wydane pierwszego, maksimum drugiego dnia. Moi rodzice trzydzieści lat temu takiej pewności nie mieli… Ale nie oszukujmy się – nie mieli też pieniędzy ;-) Nela wyjechała z czwórką swoich koleżanek z klasy, więc już przynajmniej zna cztery osoby i może w piątkę przetrwają razem wszystkie “kolonijne atrakcje”. Dlatego cieszyłem się razem z nią i jestem pewny, że jej się spodoba.

Co prawda nie na wszystkich zdjęciach jest uśmiechnięta, ale dawno nie widziałem jej tak podekscytowanej i zadowolonej. W końcu zaczęła prawidzwe wakacje. Ja też, bo właśnie siedzę wśród drzew na werandzie drewnianego domu w środku lasu i pisząc ten post słucham dogasającego śpiewu ptaków. Dawno tak nie odpocząłem jak dziś. Wakacje czas zacząć!

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Trudne ojcostwo

02/07/2011 at 18:27

O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.

Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.

Do utraty tchu

Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.

Różnica między trzy a dwa to nie jeden…

Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…

Płeć

Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.

Powtarzalność

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?

Coda

Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.

Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)

 

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Nie zdążymy na Euro 2012…

28/06/2011 at 20:06

Pomimo, że jeszcze w czerwcu, czyli równo rok przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej, zacząłem trening football’u z moim starszym synem – Antoni (lat 2) i ja (lat 38) nie zdążymy z przygotowaniami na Mistrzostwa Europy Euro 2012 ;-)

Jednak jak patrzę na możliwości jakie stoją przed nowym pokoleniem (świetnie przygotowane boiska “Orlik”, wysokiej klasy i łatwo dostępny sprzęt sportowy itd.) – jestem optymistą :-) Dlatego zacząłem przygotowywać syna na Euro 2028. Nie wiadomo jeszcze gdzie się odbędą, to nawet nie ma znaczenia, ale wtedy mój syn będzie miał 19 lat i może już się załapie do kadry narodowej seniorów ;-)

Zresztą kto, jeśli nie nasze dzieci wykorzysta to wszystko, co kiedyś było tylko marzeniem, a teraz jest na wyciągnięcie ręki? Wystarczy, że wyjdę ze swojego bloku i tuż obok mam widzewski kompleks “Orlik” a na nim profesjonalne  obiekty sportowe, w tym duże boisko do piłki nożnej ze sztuczną nawierzchnią. To już nie mój piaszczysty plac zabaw na Retkinii z wbitymi pośpiesznie kijkami zamiast słupków, narysowaną piętą w piasku linią pola karnego i głębokimi śladami wyrytymi przez trampki Made in Poland. Polsport to już nie jest. I może właśnie w tych nowych, cywilizowanych warunkach narodzi się nowy “Polski Sport”? Kto wie…

Na pewno teraz mam dużą frajdę biegając za piłką z synem, wspominając lata osiemdziesiąte: Zbigniew Boniek, reprezentacja narodowa, uliczka w Barcelonie ;-) Gdybyśmy wtedy mieli takie boiska typu “Orlik”, Powerade, buty Nike i dobrą dietę zamiast nowych kopalń, gospodarki nakazowej i sojuszu z CCCP – wierzę, że zdobylibyśmy złoty medal Mistrzostw Świata – jeśli nie w 1982 to w 1986 roku.

Teraz cała nadzieja w młodych. A zatem: Antoni, jutro też idziemy na bojo :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Promocja do klasy czy do dorosłego życia?

22/06/2011 at 17:38

Właśnie dziś przypomniałem sobie ten rzadko używany termin “promocja do klasy”, gdy uczestniczyłem w uroczystości zakończenia roku szkolnego na sali gimnastycznej (klasyka lat osiemdziesiątych) i rozdania świadectw w szkole mojej córki. Dokładnie: “i otrzymała promocję do klasy drugiej” jest napisane na dużym, błękitnym świadectwie szkolnym – co ciekawe – drukiem komputerowym, więc nie ma już tych pięknych zawijasów nie do odczytania pisanych piórem wiecznym, jak to zdarzało się za moich czasów szkolnych.

Na poniższych zdjęciach widać, że niewiele się zmieniło przez ostatnie 30 lat :-)

Świadectwo prawie przypomina to z lat osiemdziesiątych, ale zamiast ocen jest tzw. ocena opisowa, czyli “Wyniki klasyfikacji rocznej” i ocena “Obowiązkowych zajęć edukacyjnych” – również opisowa. Wszystko prozą :-) Można sobie poczytać o kulturze dziecka, jego zachowaniu w szkole, w grupie, aktywnościach, emocjach, przestrzeganiu przez dziecko zasad bezpieczeństwa, jego samoocenie, etc.

Jedynie religia ma ocenę – paradoksalnie właśnie religia, z której wystawić ocenę pewnie bałby się sam Bóg ;-) A tu proszę – pomimo, że moje dziecko uczyło się przez cały rok liczyć, pisać, kojarzyć, zapamiętywać, rysować i śpiewać, że nie wspomnę o obsłudze komputera – nikt zgodnie z ustawą nie podejmuje się ocenić tych umiejętności, jakby umiejętność liczenia do dwudziestu, dodawania i odejmowania w pamięci, liczba popełnianych błędów ortograficznych czy składniowych nie była kwantyfikowana… Nie mam o to żalu – to dla mnie tylko ciekawy paradoks, że jedyna ocena na świadectwie pochodząca z nowoczesnej, sześciostopniowej skali ocen – znajduje się przy przedmiocie totalnie abstrakcyjnym, jeśli w ogóle religia jest przedmiotem.

Żal mam natomiast o to, że w programie klasy pierwszej szkoły podstawowej religii są dwie godziny w tygodniu, a informatyki wyłącznie jedna… Może nawet nie być oceny z informatyki do szóstej klasy, a niech to, ale wolałbym, aby moje dziecko rozwijało się w kierunku wykorzystywania nowych technologii, a sprawy etyki, wiary – pozostawiono mnie, mojej żonie, babciom, dziadkom. Skoro zaś moja córka uwielbia rysować – niech rysuje na komputerze.

Wracając jednak do świadectwa i oceny opisowej – najbardziej ucieszyło mnie jedno zdanie i właśnie z niego jestem najbardziej dumny, bardziej, niż może byłbym dumny z szóstki czy piątki przy jakimś przedmiocie, gdyby takie oceny na nowo pojawiły się na świadectwach: “Samodzielnie radzi sobie z problemami życiowymi”. To dla mnie znaczy dużo więcej niż piątki, szóstki, przepraszam: oceny celujące i bardzo dobre. Tego najbardziej brakuje mi u ludzi, z którymi przebywam, pracuję, współpracuję, których mijam na ulicy, których słucham w pociągach. Dlatego tak się cieszę, że wychowawca w pierwszej klasie szkoły podstawowej potrafi dostrzec u dziecka takie umiejętności i je wynagrodzić. Cieszę się, że moja córka przyniosła do domu takie świadectwo, właśnie z tym jednym, ale bardzo ważnym dla mnie zdaniem. To jest dla mnie najlepsza promocja. Nie tyle do drugiej klasy, co promocja do przyszłego, dorosłego życia.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Lato pod drzewami

19/06/2011 at 20:49

Prawie całą niedzielę spędziłem dziś z dziećmi w lesie. Zrobiliśmy sobie rodzinny, leśny początek lata. Wpierw szukaliśmy bowiem letniska na wakacje w podłódzkim lesie-mieście-ogrodzie Sokolniki. I Znaleźliśmy :-) I jestem z tego powodu szczęśliwy, że będziemy mogli tam mieszkać przez całe wakacje z dala od miasta, wśród pięknych wysokich brzóz i śpiewu ptaków, które pomimo nie najlepszej pogody były wesołe i wykrzykiwały swoją radość. Świeżo skoszona trawa przez gospodarzy odurzała mnie swym zapachem, a widok poziomek już dawno mnie tak nie rozczulił…

Później zaś przenieśliśmy się do Rogowa, aby poznawać wspólnie z przyjaciółmi leśne tajemnice. To właśnie w rogowskim Arboretum SGGW, jak co roku, odbył się Piknik rodzinny “Lato pod drzewami”. Na pikniku były gry, zabawy, warsztaty, konkursy dla dzieci i teatrzyk “Piccolo” z Łodzi.

Miło było patrzeć na dziesiątki rodzin z dziećmi – jak się wspólnie bawią, jak siedzą na trawie, wśród drzew i to jakich drzew! Unikalnych drzew z całego świata. Bo z tego przecież słynie ten park, ogród, las – wszystko w jednym. Nigdy wcześniej nie widziałem też tak pięknie kwitnących lilii wodnych: białych i różowych, pływających leniwie w stawie na terenie tamtejszego alpinarium.

Na koniec zaś odbyła się dyskoteka, podczas której na scenie tańczył nawet mój dwuletni syn Antoni. Strojem przypominał raczej hip-hopowca. Kiwał się sam, odmówił towarzystwa, ale to świadczy o tym, że nawet tak małe dzieci warto zabierać na tego typu imprezy, gdzie poza socjalizacją, wspólną zabawą, można chwilę odpocząć wśród … no właśnie – zwykłych, a może niezwykłych drzew.

Już teraz jak patrzę na te zdjęcia – chce mi się tam wracać tam za rok.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Pasje dwulatka

25/04/2011 at 21:17

Mój syn Antoni jeszcze nie mówi, choć skończył już dwa lata, ale z żelazną konsekwencją pokazuje co, go interesuje. Ma swoje pasje, zupełnie jak dorosły, oddaje im się z wielką energią i kiedy go tak obserwuję – nie mogę się powstrzymać od myśli, od refleksji kim może być w przyszłości…

To połączenie ciekawości świata objawiające się chęcią rozebrania każdego przedmiotu na drobne części plus zamiłowanie do elektroniki i wszystkiego co się świeci plus ogromny pociąg do motoryzacji i wyścigów oraz niespożyte pokłady siły fizycznej (siła “si”) – uniemożliwiają mi wyciągnięcie jakiegokolwiek wniosku ;-) Nie ma w tym nic niezwykłego, prawie każdy chłopiec w tym wieku interesuje się samochodami, lubi biegać, jeździć na rowerze, wzdycha na widok każdego przejeżdżającego autobusu i TIRa, a migająca zwykła dioda świecąca i monitor komputera powodują, że nie może spać…

Jak zatem pomóc dziecku w tym wieku rozwijać się dalej, iść w tym kierunku, w którym będzie najlepsze? Czy robić to już teraz, czy może poczekać jeszcze, na przykład do przedszkola? Póki co z przyjemnością i rozbawieniem patrzę na Antka mechanika, elektronika, informatyka, policjanta, sportowca, kolejarza i ogrodnika :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Rodzinne warsztaty karnawałowe

20/02/2011 at 20:39

Po serii chorób spod znaku grypy, czasie spędzonym w domu z termometrem w ręku, nerwówce i nieprzespanych trzech nocach (tak, trójka chorych dzieci plus żona to już jest wyzwanie dla jedynego nie chorującego domownika), udało mi się dziś wyjść z córką na rodzinne warsztaty karnawałowe organizowane przez łódzkie Muzeum Fabryki w Manufakturze.

Miejsce być może nie kojarzy się z działaniami plastycznymi, ale pracownicy zorganizowali to naprawdę fajnie, za co należą im się same pochwały. W kameralnej atmosferze, przy dźwięku krosien uruchamianych co pewien czas dla zwiedzających muzeum, a na nas działających mobilizująco – można się było całkowicie zrelaksować. Tematem prac były maski karnawałowe, które przyszykowaliśmy na zbliżający się za 9 dni – bal ostatkowy. Razem z Nelą przygotowaliśmy aż 6 masek. I dawno już się tak nie uspokoiłem siedząc na krześle przy stole pełnym farb, pędzli, klejów, brokatów, błyskotek, piórek, kokard i wszelkich bibelotów, które mogły przydać się do fantazyjnego ozdobienia masek. Sprawdziły się zresztą bardzo dobrze.

Sam przygotowałem aż dwie maski, które nazwałem: “Avatar” oraz “San Francisco”. O ile pierwsza nawiązuje bezpośrednio do wyglądu Navi, o tyle druga ma wszystko, aby niczego nie zabrakło ;-) i dobór kolorów również nie jest przypadkowy ;-)

Nela zrobiła aż 4 maski karnawałowe i poszła zdecydowanie w minimalizm: “Kotek”, “Piórko”, “Tęcza” i “Gwiazdka” to albo czarne, lekko przyozdobione maski dla tajemniczej kobiety, albo żółto-czerwone dla nieco odważniejszej damy.

Wszystkie maski karnawałowe można obejrzeć na poniższych zdjęciach, które wykonałem telefonem w pośpiechu, aby papierowe maski nie odeszły wraz z tegorocznym karnawałem.

I znów Manufaktura okazała się idealnym miejscem na niedzielne popołudnie, gdzie wcale nie trzeba od razu coś kupować i konsumować, aby poczuć się lepiej – można po prostu miło spędzić czas z dzieckiem, zrealizować się choć trochę twórczo, a przede wszystkim zrobić coś własnymi rękoma i mieć z tego dużą frajdę. W dodatku pod okiem instruującego nas plastyka. Jak tworzyć coś z niczego – to tylko w muzeum :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Aleksander

12/02/2011 at 15:21

No więc spotkaliśmy się wczoraj rano we trójkę: moja żona, ja i nasz nowy syn – Aleksander. Było przy nas kilku ludzi w fartuchach, ale to nie ma znaczenia, bo szybko się rozeszli i resztę dnia spędziliśmy już sami, dotykając się, patrząc na siebie i wzajemnie się wąchając.

Aleksander jest wielki i chyba wyrośnie na wysokiego chłopa. Chciałbym. Dziś przedstawiłem mu jego siostrę Anielę, wierną kopię Aleksandra sprzed ośmiu lat. Został jeszcze Antoni, o którym tylko opowiadałem nowemu przybyszowi, nieco go ostrzegając, że w domu “powita” go silniejszy brat. Choć pewnie nie raz w życiu go także obroni.

A póki co próbujemy się ogarnąć w domu bez żony / matki, gdzie choć wszystko jest już przygotowane na przybycie piątego domownika – brakuje tej najważniejszej osoby. Pochmurno. Sobota, popołudnie, 12 lutego 2011, gdzieś w okolicach środka Europy. Take five. Bo potem będzie się działo…

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Jak Wojtek został strażakiem

06/02/2011 at 21:58

Czytam właśnie wraz z córką jej pierwszą poważną lekturę obowiązkową w pierwszej klasie szkoły podstawowej – “Jak Wojtek został strażakiem”. Nazwisko autora – Czesław Janczarski, jak i sama treść książki, wydały mi się dość znajome. Przez chwilę coś mi zaczęło się składać w siwej już głowie. Przede wszystkim to nazwisko autora kojarzące się z Misiem Uszatkiem. Ale i sama książka, a w niej charakterystyczne obrazki – na przemian kolorowe i czarno-białe.

I kiedy przejrzałem uważnie ostatnią stronę tej książki – oniemiałem… Wypożyczone z biblioteki szkolnej przez moją córkę wydanie tej książki pochodzi z 1980 roku, a więc z okresu, kiedy sam uczęszczałem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, a wydana w tym roku przez Instytut Wydawniczy “Nasza Księgarnia” książka jako lektura obowiązkowa dla klasy pierwszej – to “raptem” XIII wydanie tego tytułu… To oznacza, że od 1950 roku – bo wtedy ukazał się ten tytuł po raz pierwszy – czytana jest przez czwarte pokolenie Polaków… Tym czwartym pokoleniem jest właśnie moja córka. Pytanie tylko, czy zawsze to była lektura obowiązkowa w szkole, ale ja zapewne ją czytałem jako lekturę, skoro ma takie oznaczenie w formie charakterystycznego wachlarza, a wtedy to było dość restrykcyjnie traktowane przez system szkolnictwa w PRL. Pamiętam tę książkę jak przez mgłę, choć pewny być nie mogę, a moja nauczycielka z pierwszej klasy, choć jeszcze żyje – też może tego nie pamiętać.

Ale powracając do historii opisanej w książce – jest dość uniwersalna i zapewne może trafić do umysłów dzieci teraz, podobnie jak działo się to 60, 50, 40 i 30 lat temu. Ochotnicza Straż Pożarna wciąż przecież istnieje, uratowanie dziecka z pożaru zawsze będzie czynem heroicznym, w remizach co sobota odbywają się zabawy strudzonych strażaków, zresztą dość barwnie opisane w książce, tylko pytanie czy dzisiaj każdy chłopiec marzy, tak, jak tytułowy Wojtek – o złotym kasku i stalowym toporku; o tym, by zostać strażakiem? Jak pisze autor:

A strażacy tutaj – to sam kwiat młodzieży. Zgrabni, silni, młodzi, opaleni chłopcy. Dumni są z nich swoi, a chwalą ich obcy“.

Odnoszę wrażenie, że gdyby nie ta książka – współczesne dzieci z miast w ogóle mogłyby nie dowiedzieć się, kim jest strażak i na czym polega jego praca. Zwłaszcza strażak z OSP, który ratuje życie innych, nie tylko w pożarze, ale i w przypadku innych klęsk żywiołowych – dobrowolnie i nieodpłatnie, co dla współczesnego dziecka, narażonego na komercyjny odbiór świata i otoczenia, może być niezłą abstrakcją.

A teraz puenta: książka mnie zachęciła do tego, aby zabrać dzieci w Międzynarodowy Dzień Strażaka przypadający 4 maja na festyn, obchody, imprezę plenerową, aby pokazać im z bliska na czym polega praca tych zgrabnych, silnych i młodych, opalonych chłopców. Znów, po 30 latach chcę spojrzeć na nich z rozmarzeniem i podziwem. Zawsze kręcił mnie mundur: chciałem być, jak wielu moich rówieśników: strażakiem, policjantem, lotnikiem, konduktorem, kolejarzem. Jedynie żołnierzem nigdy nie chciałem zostać, jakbym czuł, że oprócz obrony ojczyzny, robią komuś innemu coś niemiłego… O strażaku tego powiedzieć nie można. Strażacy to sam kwiat młodzieży.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Czym zabawić dziecko w kąpieli?

31/12/2010 at 21:32

Każdy, kto próbował albo próbuje kąpać małe dziecko może mieć problem jak odwrócić uwagę dziecka od zagrożenia jakim jest woda, wanienka, mydło, czynność mycia (w szczególności włosów) i inne atrakcje, które owszem – wyglądają na atrakcje – jak wydaje się dorosłym, ale dla dziecka często nimi nie są. Ja próbowałem już różnych technik i sprzętów, ale ostatnio koncentruję się na kilku sprawdzonych chwytach. I to działa! Przynajmniej w przypadku półtorarocznego chłopca.

Po pierwsze: piana.

Piana musi być ;-) Połowa z niej zostanie zjedzona w pierwszych chwilach kąpieli, ale magia milionów błyszczących bąbelków pozwala dziecku zapomnieć na chwilę, że oto właśnie jakimś dziwnym trafem znajduje się w ciepłej wodzie, a nie w swoim pokoju czy przed telewizorem. ”Pinio Słodka mandarynka – szampon i płyn do kąpieli” – dla dzieci powyżej pierwszego roku życia jest naszym pomocnikiem. Oczywiście od “Biedronki”, gdzie codziennie są niskie ceny ;-) To właśnie słodkie zapachy oraz obfita piana (nie wspominając o smaku) gwarantują dziecku przyjemną kąpiel. Polecam.

Po drugie: zabawki.

Pozornie wystarczają proste przedmioty codziennego użytku takie jak: kubek, słomki do picia napojów, miarka do mąki, plastykowa miseczka do jedzenia. Ale fajnie jest też korzystać z gotowych zabawek przeznaczonych do tego celu. Pływający termometr-wieloryb którego magia zaklęta jest w dużym, wyraźnym wyświetlaczu, wiaderka, sitka i inne gadżety przeznaczone wszakże do zabawy nad morzem, ale kto powiedział, że wanienka to nie morze ;-) oraz bardziej wyszukane: zabawkowe strzykawki z zestawu “Mały lekarz”, a nawet zabawkowa pompka do roweru, która w przeciwieństwie do strzykawki – ma większą siłę rażenia ;-) Wszystko to dobrze opłukać po kąpieli i najlepiej trzymać w łazience w jednym, stałym miejscu, np. w specjalnie przeznaczonej do tego celu siatce na zabawki. Wtedy przynajmniej dziecko wie, gdzie szukać zabawek, może samo po nie sięgać i uczy się także zachowywać porządek, kiedy nauczy się je, że zabawki należy odkładać po kąpieli właśnie tam, w to przeznaczone do tego celu miejsce.

Po trzecie: czas.

Nic nie robi lepiej dziecku i kąpieli jak stała pora kąpieli, o czym wiedziały już nawet nasze babcie. Wykąpanie dziecka pół godziny wcześniej, czy pół godziny później może spowodować, przynajmniej u mnie powoduje – duże kłopoty. Mój syn czasem albo nie chce nawet wejść do wanny, bo to jeszcze nie jego pora, albo już nie chce z niej wyjść – tak jest śpiący… Idealna sytuacja to takie zgranie i punktualność, że dziecko samo kieruje się do łazienki wskazując palcem wanienkę, a czasem nawet samemu się rozbierając. To jest poziom Zen oczywiście i przed młodymi rodzicami długa droga do osiągnięcia tego stanu, w którym dziecko samo wyczuwa porę (stałą) kąpieli, ale mimo wszystko warto do tego dążyć, dbając o regularne kąpiele o stałej porze dnia. Zgodnie z prawami Murphy’ego właśnie wtedy zadzwonią Wasi bezdzietni znajomi, ale nawet do tego można się przyzwyczaić ;-)

Po czwarte: światło.

Zauważyłem, że im więcej światła w łazience, tym chętniej i bardziej komfortowo dziecko się kąpie. Dlatego proponuję włączyć na czas kąpieli wszystkie lampki, światełka, kinkiety, halogeny i inne źródła światła, tak, aby było jasno, jaśniej, najjaśniej. Być może chodzi o poczucie bezpieczeństwa, być może mniej komfortowo czujemy się w wodzie, gdy jest ciemniej (ja np. źle wspominam nocne kąpiele w jeziorze w czasie młodości), a może po prostu lepiej odczuwa się temperaturę wody gdy jest jasno? Trudno to stwierdzić, choć zauważyłem, że światło zdecydowanie wpływa na tempo i jakość kąpieli dziecka :-) Nie ma więc co żałować światła w łazience, kiedy kąpiemy dziecko.

Po piąte: interakcja.

Gdy myjemy dziecko mydłem – pozwólmy mu też umyć nam twarz, ręce, aby czuło, że tak, jak my chcemy pomóc mu w zadbaniu higieny – ono może pomóc nam w tym samym. Wygląda to całkiem komicznie, ale dziecko chętnie i z wielkim zaangażowaniem może odwdzięczyć się nam tym samym. Choć oczywiście trzeba uczyć je myć się samemu. Nim jednak do tego dojdzie – warto pokazać, że ta interakcja “Ja myję Ciebie – Ty myjesz mnie” sprawi obu stronom wielką frajdę.

To chyba wszystko, co przyszło mi do głowy – każdy ma swoje sprawdzone patenty, tak, jak każde dziecko ma swoje ulubione zabawki czy pory kąpieli, ale tych 5 podstawowych rad wydaje mi się dość uniwersalne. Życzę wszystkim rodzicom i ich dzieciom wspaniałych, radosnych kąpieli!

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Lovestory pomiędzy ojcem i synem

02/12/2010 at 08:13

“Droga” Cormaca McCarthy to najpiękniejsza książka o miłości ojca i syna, jaką kiedykolwiek czytałem, choć ani razu nie pada tam stwierdzenie “Kocham Cię” ani ze strony ojca, ani syna. Żadna przypowieść biblijna, wspomnienia znanych ludzi, listy ojca do syna / syna do ojca tak mnie nie wzruszyły jak właśnie ta powieść mojego skądinąd ulubionego pisarza amerykańskiego.

Ten wstrząsający obraz świata u kresu świata, w którym znaleźli się bohaterowie: ojciec i jego mały syn – zdani na siebie do kresu podróży, wrzyna się w korę mózgową do tego stopnia, że długo po lekturze (ja już ponad rok) nie można się wciąż otrząsnąć i nagłe sytuacje w codziennym życiu przypominające niektóre sceny z książki powodują, że łapie się od razu za nóż, by się bronić, tuli się swoje dziecko, szuka się drogi ucieczki, albo kombinuje co zrobić w ciągu sekundy, co może mieć znaczenie nie tylko dla swojego własnego życia, ale może przede wszystkim dla życia swojego dziecka. O tym jest właśnie ta książka, jak silna i dozgonna miłość do syna, pozwala przetrwać trudną wędrówkę i ekstremalne położenie w nieprzyjaznym otoczeniu. Nawet jeśli przeżyć może tylko jeden z nich.

W jednym z wywiadów, których McCarthy udziela niezwykle rzadko – przyznał się, że inspiracją do tej książki były rozmowy z jego synem, skrawki tych rozmów, sprowadzające się do krótkich, czasem zaskakujących pytań syna i krótkich, niosących mu nadzieję – odpowiedzi udzielanych synowi. A że pomiędzy oboma panami istnieje różnica wieku blisko 70 lat – rozmowy te musiały być fascynujące. Ich ślad pozostał w książce, którą czyta się z zapartym tchem – ja przeczytałem ją przez noc – nad ranem płacząc po jej zakończeniu, bo pomimo, że koniec jest przewidywalny i czytelnik jest do niego przygotowywany dosłownie od pierwszych stron – dawka emocji przewyższa wszystkie dopuszczalne normy w świecie. Polecam lekturę głównie ojcom, zastanawiając się jak odbierają ją kobiety i czy jest możliwe, by czuły to, co czuje facet czytając tę książkę może nie tyle dla mężczyzn, co o miłości między mężczyznami – jedynej prawdziwej i odwzajemnionej: miłości ojca do syna i syna do ojca.

Na koniec sam McCarthy: (…) a lot of the lines that are in there [in the book] are verbatim conversations my son John and I had. I mean just that when I say that he’s the co-author of the book. A lot of the things that the kid [in the book] says are things that John said. John said, “Papa, what would you do if I died?” I said, “I’d want to die, too,” and he said, “So you could be with me?” I said, “Yes, so I could be with you.” Just a conversation that two guys would have.

No właśnie. Raz jeszcze polecam lekturę tej konwersacji ojca z synem wszystkim ojcom i synom. Choć można też obejrzeć film, zrealizowany na podstawie tej powieści.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Dzieciństwo po raz drugi

01/12/2010 at 09:12

Pokazać dzieciom, co sprawia mi przyjemność i dzielić się swoją pasją. Zacząć kształtować ich świat. Zaszczepić im wartości. Uczyć ich poprzez to, co mówię, poprzez przykład co tak naprawdę w życiu jest ważne. Ale tak, by byli sobą, a nie mną. Duże wyzwanie – dla nich i dla mnie. Ćwiczyć ich charakter, umiejętności i odpowiednie postawy. I jeszcze zachować tę relację, która jest teraz, właśnie się rodzi, tak – by przetrwała całe nasze życie…

Zaczynam teraz zastanawiać się, jak nigdy wcześniej, nad własnymi doświadczeniami z dzieciństwa. Obrazy sprzed 30 lat wracają niczym slajdy, które gdy jest ich wiele – ogląda się w pośpiechu. Ciekawe jak w dużym stopniu dzieciństwo wpłynęło na moje dorosłe życie? Gdy usypiam córkę, czasami prosi mnie, bym opowiedział jej jakąś swoją przygodę. I teraz uzmysłowiłem sobie, że zawsze opowiadam jej przygody, jakie miałem z ojcem jako mały chłopiec. A przecież tyle rzeczy wydarzyło się później… I już bez udziału ojca. Wychowywanie dzieci jest jak przeżywanie dzieciństwa po raz drugi.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Rodzicielstwa można się nauczyć

30/11/2010 at 07:59

Czytam książkę “Syn dobrze wychowany” autorstwa Cheryl L. Erwin, którą kupiłem z palącej potrzeby dowiedzenia się, co robię źle, co mógłbym robić lepiej, wierząc, że rodzicielstwo jest umiejętnością, której można się nauczyć. Wpierw nauczyć się łączyć miłość z mądrością. A potem nauczyć dziecko tego samego.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się tak poważnie czym jest męskość i kiedy ona się rodzi… Teraz w trakcie lektury wracają wspomnienia z okresu, gdy sam byłem małym chłopcem i u boku swojego ojca poznawałem świat, chłonąc jak najwięcej się da, nierzadko stawiając czoła przeciwnościom losu, ale też i kamieniom pod nogami, o które się potykałem. Choć akurat mój syn robi to intensywniej, dogłębniej, będąc “małym odkrywcą”, co z jednej strony przeraża – tak jest to absorbujące – z drugiej zaś cieszy, że ma taką ciekawość wszystkiego.

Zrozumiałem teraz sens słów autorki, która pisze, że “istnieje coś takiego jak dobre dopasowanie. Mówiąc prosto, Ty masz swój temperament i tak samo Twój syn. Czasem rodzicom i dzieciom łatwo jest się porozumieć, dorastać razem i rozwiązywać problemy. W innych przypadkach nie przebiega to tak gładko”. A więc jest nadzieja, że będziemy się rozumieć i to nie przypadek, że on chce robić wszystko to, co ja, choć ma dopiero półtora roku. Czemu oczekiwałem czegoś innego? Czemu spodziewałem się, że to będzie przebiegać spokojniej, wolniej? Może dlatego, że moim pierwszym dzieckiem jest córka? A może przez te cholerne potrzeby rodzicielskie i oczekiwania, które podpowiadały: a może będzie spokojnym dzieckiem? Nie, nie będzie i cieszę się, że teraz to rozumiem. Właśnie dlatego, że nie będzie, że nie jest takim spokojnym duchem – mamy szansę ze sobą współgrać, razem czerpać ile się da z życia w przyszłości.

Od razu kupiłem też i “Córka doskonała” dwóch innych autorek. Choć póki co odłożyłem ją na bok, by nie czytać tych dwóch książek jednocześnie. Ja wiem, że zaraz odezwą się przeciwnicy, którzy powiedzą, że “rodzicielstwo ma się we krwi” albo “tego nie da się wyczytać z książek” – jednak już w trakcie lektury tej pierwszej książki doceniam wiele praktycznych rad dotyczących wychowywania syna i wierzę, że rodzicielstwa da się nauczyć. Gorąco polecam tę książkę ojcom, matkom synów – aby czerpali z niej wychowując swoje pociechy – przyszłych wspaniałych ojców :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

W trzech facetów pewnie damy radę…

13/10/2010 at 20:05

Dziś dowiedziałem, że moim trzecim dzieckiem będzie chłopiec. Kiedy ma się już córkę i syna, zatem w rodzinie jest równowaga płci (2/2) – w takim momencie oczekiwanie na tę wiadomość jest ubarwione dodatkową ciekawością, jak będzie wyglądał dalej – nie chcę powiedzieć “układ sił”, bo rodzina to nie walka, ale: związek. Kogo będzie więcej, a zatem która większa grupa będzie opiekować się mniejszą, co jest chyba zjawiskiem naturalnym, wręcz biologicznym.

Dlatego tak cieszę się, że to chłopiec. W trzech facetów na pewno damy radę wspierać nasze dwie kobiety: moją żonę i córkę. Od trzech facetów dostaną więcej miłości, szacunku, ciepła. Ale patrząc też i z drugiej strony – będzie sześć rąk do pracy, sześć nóg do poszukiwań, sześć oczu do ogarnięcia tego wszystkiego, co zapewne przed nami: czyli wspólnego życia. Mam nadzieję – jak najdłuższego.

Trójka dzieci to niebywałe wyzwanie – i teraz – pomimo życia “w czwórkę” nie potrafię sobie jeszcze przedstawić jak będzie wyglądał podział prac między mną a żoną, ponieważ dotychczas rozkład prac czy obowiązków – np. usypianie dziecka – mogło rozłożyć się równomiernie: moja żona usypia syna, ja usypiam córkę. A od lutego? To właśnie nieparzystość stanowi to niebywałe wyzwanie. Ale “trzy” to moja szczęśliwa liczba, Bóg kocha trójcę, a ponadto nasza córka stanowi jakby część wspólną: jest najstarsza spośród rodzeństwa i już udowodniła, że potrafi nam pomagać. I najwięcej radości dziś właśnie przysporzyła mi nie sama wiadomość o płci trzeciego dziecka, tylko jej radość, że będzie miała drugiego brata.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Kim jesteś?

18/08/2010 at 13:14

Kim jesteś tajemnicza istoto? Pewnie przybyszem z kosmosu. Czy będziesz “Nią” czy raczej “Nim”? Czy będziesz bardziej podobna/y do mnie czy do mojej żony? Jak dać Ci na imię?

Mnóstwo pytań.

Lecz teraz zamiast szukać odpowiedzi – patrzę, próbuję słuchać, staram się niczym dziecko zrozumieć, że już jesteś, że wkrótce będziesz z nami.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

10 powodów dla których warto iść na wybory z dzieckiem

21/06/2010 at 15:02
Próbując przekonać moje dziecko, aby poszło ze mną na wybory, zacząłem układać w głowie wszystkie najważniejsze powody, dla których warto iść na wybory z dzieckiem. Oto i one:

  1. Uczymy dziecko spełniać obowiązek obywatelski, ale co ważniejsze: korzystać z przywileju jakim jest prawo do decydowania o losach kraju. Jeśli z jakichś powodów nie chcą tego robić bierni Polacy w wieku wyborczym – niech przynajmniej te doświadczenia zdobywają młodzi Polacy w wieku przedwyborczym :-)
  2. Im wcześniej zapoznamy dziecko z programem danego człowieka, danej partii czy opcji politycznej – tym wcześniej zacznie je rozumieć (jeśli w ogóle te programy istnieją, sami je rozumiemy i cokolwiek z tego pamiętamy oraz jesteśmy w stanie przekazać tę wiedzę innym ;-)) Dlatego warto to rzetelnie tłumaczyć, rozmawiać z dzieckiem na temat wszystkich kandydatów i tego, o co walczą. Pozwoli to „połapać się” dziecku w skomplikowanym dziś świecie, w którym coraz więcej różnic (w polityce także) zaciera się…
  3. Dziecko zachęcone przez nas do aktywnego udziału w wyborach będzie w dalekiej przyszłości chodzić na wybory podejmować za nas decyzje, kiedy będziemy już starzy. A jeśli będziemy w pełni sprawni przynajmniej umysłowo – wtedy ono będzie nam tłumaczyć te wszystkie zawiłości polityki. Jest to zatem inwestycja intelektualna, która raczej na pewno się zwróci
  4. Oddając dziecku prawo do skreślenia odpowiedniej rubryki na karcie do głosowania dajemy mu szansę na wzięcia udziału, współuczestniczenia w procedurze wyborów przez co może zrozumieć czym żyją rodzice, o czym mówią ostatnimi czasy, dlaczego się tym interesują, a niektórzy nawet pasjonują (szczególnie w wieczór wyborczy) – dodatkowo może dzięki nam odczuć duch tego współzawodnictwa, wyścigu do fotela prezydenckiego
  5. Biorąc ze sobą dziecko na wybory dajemy mu żywą lekcję demokracji, o której dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesno-szkolnym będą się uczyć za moment na lekcjach historii, wiedzy o społeczeństwie, a może nawet języka polskiego (chyba, że do gry wróci Roman G. i będą tylko lekcje religii albo nastanie IV RP i jedynym tematem lekcji będzie Katyń 1940 i Smoleńsk 2010 ;-)
  6. Pokazując dziecku poprzez spacer do urny wyborczej, tłumacząc, że głos leży w naszych rękach, jednym słowem: aktywnie uczestnicząc w wyborach – prezentujemy postawę proaktywną, w której bez względu na wynik wyborów (jakkolwiek szokujący by nie był) nie poddajemy się i walczymy do końca wykazując postawę aktywną, a nie bierną. Dziecku taka postawa przyda się w całym życiu, nie tylko raz na 4 lub raz na 5 lat
  7. Zabierając dziecko na Wybory jesteśmy w stanie później, na konkretnym, życiowym przykładzie – objaśnić mu związek przyczynowo-skutkowy. Pojęcie IV Rzeczpospolitej nie będzie już na przykład tak abstrakcyjne jak jest dziś… Dodatkowo jeśli wygra nie nasz kandydat – można będzie zrzucać na niego winę przez najbliższe 5 lat, tłumacząc dziecku dlaczego nie głosowaliśmy właśnie na tego kandydata, chcąc ochronić dziecko przed tą falą głupoty politycznej
  8. Idąc z dzieckiem do urny dajemy mu niezwykłą frajdę – wypełnianie za nas karty wyborczej – stawianie krzyżyka, składanie i wrzucanie karty do urny wyborczej – to czysta przyjemność – dziecko może poczuć się ważne, wręcz kluczowe w całym procesie głosowania – w końcu to ono „głosowało” a nie my :-) Dlatego warto też uwiecznić to na fotografii
  9. Z wyborów można uczynić wręcz piknik rodzinny, szczególnie gdy druga tura wypada w wakacje ;-) Oczekiwanie na pójście do urny (niekoniecznie w kościele, gdzie dziecko będzie słuchać wyłącznie o krwi na rękach polskiego premiera lub zapozna się dokładnie z teorią spiskową i zacznie jeszcze w nią wierzyć), obiad rodzinny, spacer w pełnym słońcu – to wszystko, przy założeniu, że nie jesteśmy na urlopie w górach, na Open’erze lub już nie uciekliśmy do Londynu w obawie przed IV-tą Rzeczpospolitą – może stanowić miłą całość, uroczystość rodzinną
  10. Mając w chwili głosowania, oddawania ważnego głosu, dziecko przed sobą – na pewno dokonamy racjonalnego wyboru. Będąc w lokalu wyborczym sami moglibyśmy jeszcze przez przypadek poddać się negatywnym emocjom związanym z tragedią smoleńską i postawić krzyżyk, nie tam, gdzie trzeba… Towarzystwo dziecka zapewni nam racjonalne myślenie – nikt bowiem normalny mając na rękach swoje ukochane dziecko nie zagłosuje tak, aby pogrzebać szanse na to, by jego dziecko za pięć lat płaciło Euro zamiast ciągle niestabilną złotówką, czerpało korzyści z obecności w Unii Europejskiej.

 

Dlatego zejdźmy wszyscy z gorącej plaży 4 lipca, zjedźmy kolejką z Kasprowego na Krupówki, przerwijmy na chwilę taniec pod sceną w sexownych kaloszach na Open’erze i podjedźmy do Centrum Gdyni… Idźmy, jedźmy, biegnijmy do lokalu razem z naszymi pociechami i patrząc im głęboko w oczy  odpowiedzmy sobie na pytanie: „czy ojcem narodu może być człowiek, który sam nie jest ojcem?”, „czy mężem stanu może być ktoś, kto nie jest mężem?”, „czy kimś wielkim może być ktoś mały?” i jeśli uzyskamy 3 odpowiedzi „nie” – zagłosujmy na „Tego Pana w wąsach”, jak mówi moja córka Nela. Wąsy też mają znaczenie, a drugi kandydat też ich nie ma ;-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Współczesna polska tożsamość

19/05/2010 at 19:34

Polecam ciekawe teksty na temat tożsamości polskiej w BLIZA – Gdyński Kwartalnik Artystyczny numer 1(2)2010

W środku numeru także wybitna moim zdaniem recenzja “AWERS I REWERS. DWIE WIZJE SPOŁECZNEJ HISTORII PRL” autorstwa Krzysztofa Kornackiego, dwóch najważniejszych polskich filmów ubiegłego roku: “Dom zły” i “Rewers”.

Oby latarnia morska (nazwa “Bliza” z języka kaszubskiego oznacza latarnię morską) stała i świeciła jak najdłużej :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Jak spędzić wolny czas z dziećmi na świeżym powietrzu?

15/05/2010 at 11:00

Jeden z ciekawych sposobów jak spędzić wolny czas z dziećmi na świeżym powietrzu to geocaching.

Nas do tego zachęcili przyjaciele, którzy mają syna nieco starszego od naszych dzieci, ale za to lubią to samo co my – spacery, poszukiwanie, odkrywanie, łamigłówki, przyrodę, wspólne rozmowy :-) Pierwszy raz wybraliśmy się z nimi na geocaching jesienią 2008 roku. I od razu to polubiliśmy, nasza córka Nela w szczególności – po odnalezieniu pierwszej skrzynki, czemu towarzyszyły emocje porównywalne do odnajdywania skarbu. Później tęskniła za tym, gdy przyszła zima. Teraz, wiosną, można już śmiało ruszać na poszukiwanie skarbu! A w wakacje zrobić z tego tradycję :-)

Geochacing towarzyszy niesamowita frajda. Trzeba być jednak nieco wytrwałym, czasem bardzo cierpliwym i wziąć wygodne buty. To super połączenie spaceru, wysiłku fizycznego z historią, geografią, biologią, wreszcie z … niespodzianką. Opisy niektórych szkrzynek ukrytych w ciekawych, często historycznych miejscach: pod ziemią, w konarach czy korzeniach drzew, rozpoznawanie gatunków roślin, czytanie mapki ze wskazówkami, orientacja w terenie, chodzenie na azymut, wreszcie obsługa samego GPS – to wszystko sprawia, że zwykły z pozoru spacer zamienia się w wyprawę i odrobinę edukacji dla dziecka. W dodatku skrzynek można szukać w swoich najbliższych okolicach, dosłownie tuż za miastem.

Gorąco zachęcam wszystkich do tej formy aktywności – zabierzcie raz dziecko ze sobą, a zobaczycie, że stanie się to ulubionym zajęciem Waszych pociech. Wystarczy zarejestrować się w serwisie internetowym Geocaching Opencaching Polska, znaleźć obiekt swoich poszukiwań, naładować GPS, spakować kanapki i ruszyć w drogę. Najlepiej ze znajomymi, w większym gronie. Grzybiarze mogą to połączyć ze zbieraniem grzybów ;-)

My w jeden z majowych weekendów tego roku odwiedziliśmy Rezerwat Przyrody Parowy Janinowskie, gdzie znaleźliśmy aż trzy skrzynki. Jak zwykle było ciekawie, intensywnie i pięknie :-) 10-cio kilometrowy spacer w niesamowitym lasie bukowym, odwiedzanie miejsc związanych z Bitwą pod Łodzią – no i nasi przyjaciele: Rafał, Ivka i Adrian – czysta przyjemność w słoneczny dzień. I choć nie jestem heavy userem ani maniakiem tej aktywności – jeszcze raz gorąco polecam geocaching jako ciekawy sposób na to aby spędzić wolny czas z dziećmi na świeżym powietrzu. Poniżej wybrane zdjęcia z tej małej majowej wyprawy.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Proste przyjemności

01/05/2010 at 22:49

Nic tak nie ucieszyło mnie od blisko miesiąca jak dzisiejszy spacer z dziećmi po 25 dniach rozłąki i chwila spędzona z nimi na trawie, pod gołym niebem.

To takie proste przyjemności. Bezcenne.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Do czego może służyć Skype?

24/04/2010 at 09:48

Skype ma tyle lat, co moja córka Nela. 7 lat to wystarczający czas, by podbić rynek w przypadku firmy, 7 lat to wystarczający wiek, by korzystać z tego genialnego wynalazku w przypadku dziecka…

Ale kiedy twórcy Skype: dwóch szwedzkich programistów Niklas Zennström i Janus Friis wraz z grupą estońskich programistów z Talinna wymyślało ten komunikator – nie zdawali sobie chyba sprawy jak szerokie znajdzie on zastosowanie… A człowiek jest pomysłowy, w szczególności Polak ;-) Ostatnio dowiedziałem się, że mój kolega spowiada się księdzu przez Skype… Drugi znajomy, którego dziecko po rozwodzie mieszka kilka tysięcy kilometrów wraz z matką – czyta przez Skype córce bajki do snu. Czytałem też o uczeniu się języków obcych z nauczycielem, właśnie poprzez Skype. Hitem, o którym tylko słyszałem – jest transmitowanie meczu piłkarskiego przez polskich kibiców zrozpaczonych faktem, że transmisja była w zakodowanym kanale telewizyjnym, w ramach wideokonferencji zorganizowanej przez jedynego szczęśliwca, który siedział z laptopem z włączona kamerą nakierowaną na ekran telewizora… I pewnie jeszcze setki osób wykorzystuje Skype do rożnych celów, o którym nie śniło się ani poetom ani filozofom.

Ja jednak, przebywając często zagranicą, uwielbiam “łączyć się z domem” co wieczór i po prostu: patrzeć na rodzinę, której mi cholernie brakuje, widzieć ich, choć dzieli nas równo tysiąc kilometrów, czyli milion metrów, czyli sto milionów centymetrów… Dzięki Skype mój syn Antoni, czy córka Nela, czy wreszcie żona Ania są kilka centymetrów przed moimi oczami, słyszę ich, a czasem wygłupiam udając, że ich całuję – zbliżając usta do kamery ;-) Nic nie zastąpi tej normalnej obecności, bliskości rodziny na kilka centymetrów, ale gdyby nie Skype – mógłbym tylko słuchać ich przez telefon. A tak pokazuję córce co robię, ona pokazuje mi, co narysowała, wygłupiam się z synem, który czasem wręcz chce wejść przez ekran do mojego pokoju… Thanks God is Skype

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Rok z życia człowieka

08/04/2010 at 19:14

Zaczynałem pisać tego bloga, kiedy rodził mi się syn – dokładnie rok temu. Właściwie te narodziny Antka mnie natchnęły do tego, by wszystko spisywać – wszystko to, co ważne w moim życiu, rodzinie.

I już minął rok – rok pełen wydarzeń, które biegły, pędziły wręcz, a to był cały rok z życia człowieka – w moim przypadku jeden z 37 takich lat. W przypadku mojego syna – pierwszy i najważniejszy rok, w którym się poznaliśmy nawzajem, pokochaliśmy, on zaczął chodzić, rozrabiać, gaworzyć. I choć nie umie jeszcze zdmuchnąć świeczki urodzinowej – umie już bardzo dużo. A kiedy patrzę na ciężką, wręcz siermiężną pracę i ogromny wysiłek mojej żony, która przeznacza wszystkie swoje siły na wychowywanie dzieci – wiem, jestem pewien, że właśnie tego potrzebują – zarówno nasz roczny syn jak i siedmioletnia córka. Ja to właśnie dostałem od moich rodziców i to mnie stworzyło. Dlatego w to wierzę.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Уха

09/01/2010 at 16:12

My first уха is almost ready :-)


GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Kiedy i w jaki sposób zacząć uczyć dziecko obsługi komputera?

08/11/2009 at 20:41

Prawo Moore’a przestaje już obowiązywać, ale może czas najwyższy zacząć stosować je na gruncie edukacji informatycznej. Jak zatem brzmiałoby takie prawo? Powiedzmy, że tak: “Co 24 miesiące podwaja się umiejętność korzystania z komputera przez ludzi”.

Oczywiście nikt tego jeszcze nie udowodnił i pewnie wybiegłem mocno do przodu, ale kiedy obserwuję jak moje starsze dziecko lub inne dzieci w jej wieku (6 lat) robią postępy w tak zwanej “Informatyce” – śmiem twierdzić, że coś jest na rzeczy. Sam z komputerem zetknąłem się mając 12 lat. To był 1985 rok i do dziś została mi ta fascynacja technologią. Chodziłem na pozalekcyjne zajęcia koła komputerowego w pracowni przy łódzkim planetarium. Wtedy ZX Spectrum, ZX Spectrum+ i Elwro 800 Junior udostępnione w pracowni, którą opiekował się profesor Kozłowski – rozgrzewały nas do czerwoności. Nauka języka BASIC, a właściwie jego dialektu Sinclair BASIC była połączona z nauką matematyki i wtedy to było dla nas dość oczywiste. Dziś, kiedy komputer osobisty (ta nazwa po upowszechnieniu się internetu też traci już sens moim zdaniem) niesie ogromne możliwości – odpowiedź na pytanie kiedy i w jaki sposób zacząć uczyć dziecko obsługi komputera, jest chyba oczywista: jak najszybciej. No dobrze, ale w jaki sposób uczyć?

Pierwszy kontakt
Do niedawna prowadziłem zajęcia dla dzieci w wieku przedszkolnym (5-7 lat) w świetlicy środowiskowej w Węgrzynowicach i te doświadczenia w pracy z dziećmi pozwoliły mi rozpocząć naukę z córką (kiedy miała 5 lat). Tak, jak i tamtejsze dzieci: uczyłem ją podstawowej obsługi systemu operacyjnego, podstaw budowy komputera, zrozumienia co to za urządzenie i z jakimi innymi urządzeniami współpracuje, obsługi klawiatury (w przypadku dzieci uczących się dopiero czytać i pisać jest to nie lada wyzwanie!). Lepiej idzie rzecz jasna nauka rysowania, w dowolnym, byle prostym programie graficznym, np. Paint. Z doświadczeń tych wynika, że nie należy przesadzić w żadną ze stron: nie powinno się pozwolić dzieciom wyłącznie grać, ani też nie ma co przesadzać z programowaniem. Najlepszy jest kompromis: jeśli gry to edukacyjne (przyjemne z pożytecznym) i/lub gra jako nagroda za wykonanie zadania. Zresztą ten etap to oswajanie dziecka z komputerem. Również z internetem, o którym dzieci, nie wiem skąd – ale wiedzą :-)

Pierwszy przedmiot w szkole
Kiedy jednak moja córka rozpoczęła naukę w szkolnej zerówce i pojawił się jej ulubiony przedmiot “Informatyka” – zrozumiałem, że czas na naukę czegoś bardziej zaawansowanego. Na początek postanowiłem, żeby w domu uczyła się równolegle obsługi alternatywnych dla Windows systemów operacyjnych: Mac OS X i Linux w środowisku graficznym. Co do nauki programowania – długo się zastanawiałem od czego zacząć i czy na pewno od pracy przy komputerze. Jest bowiem cała “szkoła” nauki informatyki bez użycia komputera zwana “Computer Science Unplugged” W końcu jednak zaczęliśmy :-) Uczę sześcioletnią córkę programowania w Logo. Aby połączyć to z nauką języka angielskiego zdecydowałem się nie na polskie: Logomocję czy Komencjusza, ale na Berkeley Logo i darmowy (oparty na licencji GNU GPL) interpreter UCBLogo. Choć marzy mi się (niestety koszmarnie drogi) program Baltie i uważam, że nauka programowania obiektowego w takim graficznym środowisku przyjaznym dla dziecka – to najlepsze co można zrobić w kierunku nauczania dziecka zarówno tego rzemiosła jak i logicznego myślenia oraz algorytmiki.

A co robić z młodszymi dziećmi?
Naukę “obsługi komputera” można zacząć wcześniej niż w wieku przedszkolnym. Ja już oswajam swojego półrocznego syna – może nie z komputerem sensu stricte, ale komputerem-zabawką. Ten “sprzęt” wydaje różne dźwięki, ma klawiaturę w układzie QWERTY, wyświetlacz, a nawet myszkę, więc zabawa zabawą (równie dobrze mógłby to być samochód), ale mam nadzieję, że w przyszłości, za kilka lat podejdzie do komputera bez żadnych obaw, a jego obsługa będzie dla niego czymś oczywistym. Za dwa lata pewnie będzie wiedział dużo więcej niż wie na ten temat teraz moja córka ;-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Halloween is coming…

30/10/2009 at 20:16

Halloween dopiero jutro, ale kiedy dziś wróciłem do domu z pracy – moje dziecko już czekało na mnie aby pochwalić się jaką dynię przygotowało na tę okazję :-)

Dynia ważyła 7 kilogramów, nabyła ją moja żona drogą kupna i teraz Pani Dynia stoi na parapecie okna, gdzie przy zgaszonym świetle oglądamy ją niczym piątego domownika ;-)

Ja wiem, że to nie jest polski zwyczaj, że my inaczej obchodzimy Święto Zmarłych/Wszystkich Świętych, ale warto było chyba wydać te 10 zł, aby była jakaś odmiana w domu w tym dość ponurym okresie.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Inhalacja na kłopoty jesienno-zimowe

25/10/2009 at 15:08

W moim domu właśnie rozpoczął się sezon na kaszel. I tak jest od czterech lat między październikiem a kwietniem… Odkąd moja córka poszła do żłobka, a potem chodziła do przedszkola, sezon na kaszel trwa co roku. W szkole zresztą nic się nie zmienia, o czym przekonałem się dwa tygodnie temu…

Jedyny ratunek to inhalacja. Nawet zapobiegawczo – wystarczy zwyczajna sól fizjologiczna. A kiedy choroba zaczyna się na dobre i do akcji wkracza lekarz – niestety stosujemy już sterydy: pół ampułki Pulmicortu dwie i pół soli fizjologicznej.

Gorąco polecam inhalację jako sposób na zapobieganie i leczenie chorób górnych dróg oddechowych. Nie tylko u dzieci, bo inhalujemy się także z żoną. Inhalujemy też naszego syna, więc można inhalować także niemowlęta. Używamy inhalatora w kształcie pingwina firmy mebby o wdzięcznej nazwie Nebulbaby.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Szkice rodzinne

24/10/2009 at 21:17

Oglądać siebie na rysunkach wykonanych przez własne dziecko – to jak widzieć przepowiednię… Albo śnić. Nela ostatnio rysuje nas jako kompletną rodzinę, a na tych rysunkach jesteśmy wszyscy jak z innego świata, jak z bajki.

Mój syn, a jej brat już stoi, pomimo, że dopiero siedzi, ja mam nogi dłuższe o jakieś 50% niż w rzeczywistości, za to moja żona ma wybujałe fryzury.

To tylko kilka przykładów “Szkiców rodzinnych”, jak je nazywam. Jest ich dużo więcej, cały cykl :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Mój syn samodzielnie usiadł!

13/10/2009 at 20:20

Pół roku za pasem i Antek usiadł. Fajnie jest patrzeć na to wszystko po raz drugi, przypominać sobie co będzie dalej. Pierwszy ząb – już jest. Pełzanie, raczkowanie, próby chodzenia i w końcu pierwszy krok – wszystko to już będzie za moment.

Całkiem niedawno przechodziłem to z pierwszym dzieckiem, a więc teraz mam świadomość co to wszystko oznacza. Ten biologiczny proces obserwowany oczami osoby, której komórki powoli przestają się regenerować (niestety) – niesie dużo optymizmu. To fantastycznie móc patrzeć jak dzieci rosną, rozwijają się. To jak przeżywanie życia na nowo.

W 1997 roku byłem równo dwa razy młodszy od mojego ojca. I wtedy myślałem intensywnie, że przeżyłem dopiero połowę jego życia i ciągle jestem młody. Dziś już nasz stosunek wieku (liczba przeżytych przeze mnie lat / liczba przeżytych lat przez niego) wynosi nie 0,5 a 0,6… Za 10 lat wyniesie 0,65. I tak będzie rósł i rósł. To niesamowite. Różnica wieku między nami się nie zmienia, ale wskaźnik zmienia się na moją niekorzyść… Przeżywam więcej życia ojca, gonię go. Za to Antek ma jeszcze dużo do nadrobienia ;-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Dzień dobry szkoło!

02/09/2009 at 18:08

Moja córka rozpoczęła wczoraj swój pierwszy rok szkolny – póki co w zerówce, ale już w szkole, a nie w przedszkolu :-)

Wizyta na akademii inaugurującej wróciła mi wspomnienia sprzed lat. To fantastyczne znaleźć się w takiej sytuacji – zacząć naukę od zera, zacząć uczęszczać do szkoły… Bardzo jej tego zazdrościłem, jednocześnie żałując, że to już nie wróci (w moim przypadku). Ten dźwięk pianina, śpiew dzieci – trzeba tego posłuchać, aby przypomnieć sobie jak to było przed laty.

Polecam utwór “Dzień dobry szkoło!” nagrany przeze mnie w trakcie wczorajszej uroczystości. A tu poniżej można obejrzeć slideshow.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Budowanie więzi z dzieckiem poprzez masaż

06/08/2009 at 05:21

Od miesiąca do pielęgnacji ciała syna używamy rewelacyjnego kosmetyku “Masło do ciała Buriti Baby” mojej ulubionej marki kosmetycznej świata The Body Shop.

Pomijając istotny przecież fakt, że masło buriti zawiera olejek buriti – bogaty w beta karoten, prowitaminę A, E, F i kwasy tłuszczowe, idealne do pielęgnacji delikatnej młodej skóry i inne naturalne składniki zmiękczające, nawilżające i kojące (oliwa, soja, aloes, masło shea) – jest to wielka frajda masować dziecko po każdej kąpieli. Ponoć kobiety z Ghany, skąd pochodzi zawarte w tym produkcie masło shea, nacierają nim swoje nowo narodzone dzieci, co wzmacnia ich skórę, a także pomaga się zrelaksować. Uważają, że masaż pomaga noworodkom uświadamiać sobie otaczający świat oraz wzmacnia więzi pomiędzy rodzicami i dzieckiem.

Zachęcam gorąco do masażu dziecka tym masłem do ciała, ewentualnie innym. Praktykujemy to codziennie po wieczornej kąpieli, a Antek, rozgrzany, zadowolony, poddaje się temu zabiegowi cały szczęśliwy i uradowany. Ciekawostka: masło buriti pięknie pachnie – nad ranem czuć jeszcze jego zapach na skórze dziecka.

Aha, ze względu na to, że jest to produkt naturalny przechowujemy go w lodówce. Nie wiem czy tak jest dobrze, ale tak doradziła nam moja matka.

A poniżej zdjęcie, które przedstawia Antka podczas wieczornego masażu.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Niespokojny sen (o karmieniu)…

03/08/2009 at 12:28

W sobotę w nocy zostałem sam z synem – obudził się i zaczął przeraźliwie płakać. Nagrałem to na moim iPhone. Sami posłuchajcie. Z początku myślałem, że Antek jest głodny, ale nie chodziło o głód jak się okazało po powrocie Mamy do domu i próbie karmienia Antka piersią. Musiał się wystraszyć, albo miał niespokojny sen.

W każdym razie tak to przeżylem, że w nocy z soboty na niedzielę miałem sam niespokojny sen (o karmieniu)… Sen, w którym byłem sam z synem, syn był głodny i siłą woli, ogromną determinacją, zacząłem go karmić własną piersią, z której ku mojej ogromnej radości zaczęło płynąć mleko. Nakarmiłem go w końcu, a moja żona, która pojawiła się w domu, zwróciła mi uwagę, jak gdyby nigdy nic, jakgdyby moje karmienie piersią było naturalne, żebym nie robił tego wiecej tylko dlatego, że dziecko wyczuwa tylko jeden pokarm i przyzwyczaja się do niego, więc jak Antek przyzwyczai się do mojego mleka – nie będzie chciał mleka matki…

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Przyjaciele z Facebook czy z młodości?

29/07/2009 at 20:55

Od jakiegoś czasu zastanawiam się jaki ma sens dodawanie znajomych, przyjaciół do swoich kontaktów w portalach społecznościowych… No bo chyba nie realny?

Zbiegło się to z moim odświeżaniem starych (ale jarych) znajomości – kontaktowaniem się w realnym świecie (bez udziału portali społecznościowych) z ludźmi, o których mogę powiedzieć, że są (w najgorszym razie: byli) moimi przyjaciółmi.

Ten kontakt przynosi ulgę: że są, że są prawdziwi, że mogę na nich polegać.

Czy zatem znajomi na Facebook to tylko kontakty z książki adresowej czy prawdziwi przyjaciele? Jak to sprawdzić? Dziwne pytania, ale jednak przychodzą do głowy.

No dobrze: gdyby coś – jestem na Facebook

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Biwak nad Barbarką

28/07/2009 at 12:33

W miniony weekend byłem pierwszy raz w życiu na biwaku (pod namiotem) z moją sześcioletnią córką – Nelą.

Było super – uczyliśmy się rozbijać namiot, potem były zabawy (między innymi w bule), długi spacer do spalonego mostu nad Rzeką Czarną i harce przydomowe z dzieciarnią. A wszystko działo się w moim ukochanym miejscu – Młynie nad Barbarką. Gorąco polecam to miejsce jak i formę spędzania czasu wśród ciekawych, niebanalnych i przyjaźnie nastawionych do innych oraz świata – ludzi z rodziny Danielak :-)

Na odwiedzających tę piękną okolicę, spragnionych spokoju i chwili odpoczynku czeka wielka, przeogromna gościnność gospodarzy, kilka atrakcji i niespodzianek, jakie Tomek Danielak wymyśla niczym jazzmann improwizując na miejscu.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Antek podwoił swoją wagę!

15/07/2009 at 07:50

Mój syn wczoraj podwoił swoją wagę z dnia narodzin! Liczby mówią same za siebie: 2970 grammów x 2 = 5940 grammów :-)

Ciekawy byłem, czy stanie się to dokładnie w dniu, w którym skończy 3 miesiące, ale stało się ponad tydzień później. Nie przestaję go ważyć – od czasów laboratorium z fizyki na Politechnice żadne pomiary nie sprawiały mi tyle frajdy.

Tylko, że tutaj liczą się jeszcze centyle. Robiąc siatkę centylową mam obawy, że chyba mój syn nie jest rekordzistą w swojej kategorii wiekowej ;-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Moja córka chce być malarką…

14/07/2009 at 10:00

Nela chce być malarką – oświadczyła mi to już kilkakrotnie, niepytana wcale o to kim chce być (osobiście to pytanie jest traumą mojego dzieciństwa, więc staram się go nie zadawać swoim dzieciom).

Kupiłem jej więc testowo kawałek płótna, aby dać jej szansę namalowania pierwszego obrazu. Oto i on. Powstał w minioną sobotę, kiedy byłem w pracy.

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Rytuały rodzinne…

25/06/2009 at 00:05

Dzięki pojawieniu się małego dziecka wracają do domu i zaczynają się tworzyć w rodzinie rytuały. W dodatku człowiek cieszy się, że jest ta, zwykle nużąca, a teraz fascynująca powtarzalność, choć bywa też ona i męcząca. Szczególnie dla matki.

Usypianie

Spanie – odwieczne zadanie niemowlaka… Sen i bezpieczny rozwój dziecka – coś co rodzicom spędza z oczu sen… Przez pierwsze 2-3 miesiące dzień zamieniony z nocą, ale już pod koniec tego pierwszego kwartału wszystko się powoli wyrównuje, a z tym zegarem malucha pojawia się rytuał usypiania dziecka, chodzenia na palcach w mieszkaniu czy domu. Wszystko dla jego zrównoważonego rozwoju, bezpieczeństwa, spokojnego snu. Człowiek robi się niesamowicie wyczulony, wrażliwy na każdy oddech niemowlaka, westchnienie. Moja matka powtarza, że małe dziecko rośnie przez sen. A więc życzę Ci dobrych snow, synu!

Antek i smoczek mebby

Antek i smoczek mebby

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Karmienie

Dzięki karmieniu niemowlaka nagle człowiek zaczyna sprawdzać i przywiązywać wagę do tego ile to jest 100 mililitrów ;-) Odprowadzanie pokarmu, zamrażanie, odmrażanie, odmierzanie, podgrzewanie, przelewanie, chłodzenie, mycie butelki – kolejne rytuały. Wszystko na czas, bo dziecko nie lubi czekać. Kiedy patrzę na żonę, czasem nie wierzę własnym oczom… Ona wie, kiedy nakarmić dziecko dotykając swoich piersi, a to pokrywa się z porą jedzenia, jego głodem… Niesamowicie te zegary są ze sobą sprzężone. Karmienie, jedzenie jest chyba najważniejszym rytuałem odkąd mały człowiek przychodzi na świat.

Antek i "trzecia pierś" ;-)

Antek i “trzecia pierś” ;-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ważenie

Centyle, gramy, kilogramy… Codzienne ważenie. Kładzenie dziecka na wadze, niczym złoto, aby przekonać się, że codziennie jest więcej warte, nie ubywa, a wręcz przeciwinie – staje się coraz cięższe. Nic chyba nie uspokaja tak matki jak świadomość, że dziecko waży tyle, ile powinno ważyć w danym tygodniu życia. A więc ważymy dziecko – co wieczór, metodycznie zapisując wyniki w arkuszu excela. Mam już tyle danych za prawie 3 miesiące, że z przyjemnością tworzę wykresy i sprawdzam trend :-) Jak Antek będzie miał już kilka lat z żalem wyniosę wagę do schowka albo wydam znajomym…

Antek na wagę!

Antek na wagę!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przewijanie

Najczęstszy rytuał ;-) Zestaw powtarzalnych czynności, wyuoczne przez pierwsze noce ruchy: sięganie po pieluchę, chusteczkę, krem przeciw odparzeniom, zwijanie pieluchy/pampersa, zapinanie śpioszków… Powtarzalny algorytm, który po jakimś czasie można już wykonywać z zamkniętymi oczami, zresztą i tak robi się to także w nocy po ciemku…

Antek na przewijaku

Antek na przewijaku

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kąpanie

To, co jest zwieńczeniem dnia, co jest rytuałem wręcz magicznym – to kąpiel dziecka. U nas codziennie 19.00. Nagrzewanie chłodnej łazienki farelką, napełnianie wanienki wodą, mierzenie temperatury, wlewanie olejka do kąpieli – koniecznie łagodnego i przeznaczonego do tego Olio Bagno Corpo Capelli Delicato :-)

Antek w SPA ;-)

Antek w SPA ;-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kochanie

Na koniec najważniejszy rytuał obok jedzenia: całowanie, tulenie, kochanie. Synu, jak ja żałuję, że mogę to robić tylko kilka razy dziennie… Dobrze, że masz siostrę – ona to robi także za mnie, kiedy mnie nie ma. A matka trzyma Cię przy piersi przez dłuższą część dnia, więc mam nadzieję, że jest Ci dobrze i nawet kiedy mnie nie ma – jestem przy Tobie… Wiem, że Ci dobrze, bo prawie cały czas się uśmiechasz :-)

Radość życia

Radość życia

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

The Best of 1989-2009

13/06/2009 at 13:24

Mój tekst wspomnieniowy “The Best of 1989-2009″ zdobył II nagrodę w konkursie Gazety Wyborczej “Moje 20 lat wolności”.

Przeczytaj tekst The Best of 1989-2009

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

6.04.2009 – Dzień, w którym Ania po raz drugi została matką, a ja ojcem…

11/04/2009 at 18:40

6 kwietnia 2009 roku. Poniedziałek. Niby zwyczajny dzień. Ale nie dla mnie i dla mojej żony…

15.45-16.00
Zaczyna się z buta… Jak w każdym dużym szpitalu państwowym. Najpierw opierdziel, że weszliśmy na Izbę przyjęć nie dzwoniąc (oczywiście nie było napisu “proszę dzwonić” oraz drzwi były otwarte!), potem zawistne spojrzenia i pogarda w oczach pielęgniarek. Znoszę to ciężko, wstrzymuję złośc i zaciskam pięści, tylko dlatego, że to wyjątkowy dzień. Witamy w PRL! Pani z okienka o wszystko ma pretensje. Czuję się jak w ZUS lub Urzędzie Skarbowym. Ania znika w depozycie ubrań, a potem prowadza ją gdzieś dalej.

16.00-16.30
Każą mi przejść za drzwi i trafiam do poczekalni dla ojców. Spaceruję. Mam wrażenie, że nikogo tu nie ma, jakby dzieci rodziły się w pustce, w pustym szpitalu na peryferiach miasta… Cisza.

Klinika położnictwa CZMP w Łodzi

16.30-16.50
Przeraźliwie chce mi się siku. Jak małemu chłopcu, ale kibla nie widać… Czekam. Wychodzi pielęgniarka, która każe mi się ubrać w zielony strój. Muszę go kupić, ale oczywiście do maszyny trzeba wrzucić monety (3×5 zł), których nie mam. W panice zaczynam pytać wszystkich czy mają rozmienić dwie dychy… Zdesperowany wybiagm korytarzami do wind, opuszczam izbę przyjęć i udaje się do głównego hallu szpitala, aby rozmienić pieniądze. Znów pogarda, tym razem sprzedawczyń w sklepach, w których nikt nie ma (nie chce) rozmienić… W końcu rozmieniam 20 zł, kupując gumę do żucia.

16.50-17.00
Labirynt zielonych korytarzy… Nie wiadomo gdzie co jest, gdzie jest żona, którą zabrali (na salę?). Zero informacji. Lekki ból głowy. Chce mi się pić, ale nie piję, żeby się nie zesikać w ten piękny zielony fartuch i spodenki o pięć numerów za male (w tym kraju ciagle zakłąda się 170 cm wzrostu dla dorosłego mężczyzny)… Wszystko tu jest zielone. Można zwariować… Chodzę po tym labiryncie niczym lew. Denerwuję się. Wysyłam do Marcina, mojego wspólnika, z telefonu maila ze zdjęciem, które sobie robię, przyznając się, że jestem zdenerwowany. “Tak, da się zauważyć” – odpisuje po chwili.
Nerwy przed porodem

17.15
Chyba coś się dzieje. Pielęgniarki kręcą się i uwijają, ruszając tymi swoimi zgrabnymi tyłkami. Zmiana?

17.30
Piszę SMS’a do córki, żeby się nie martwiła. Córkę “przechowujemy” u znajomych. Spędzi tam w sumie dwa dni, bo ja muszę jutro jechać do Warszawy.

17.41
Wchodzę do Ani na salę porodową. Leży na łóżku podłączona do KTG, w oczekiwaniu na jej kolej. Ma gorączkę z wrażenia. Ja też. Ale jesteśmy wreszcie razem :-) Jestem przy niej. Trzymam ją za rękę.

18.01
Bolą mnie nogi. ciągle stoję lub chodzę. Tak, pamiętam to z pierwszego porodu. Kobieta leży, mężczyzna stoi. Ciekawe ile dziś kilometrów przejdę… Czeka mnie cudowny spacer.

18.15
Kobieta obok rodzi. Czekamy aż urodzi. – Pani Dominiko, prze bardziej? – pyta co chwila położna.

18.22
Proponują nam spacer. Chodzimy z Anią zielonymi korytarzami. Znow zielone korytarze… Odnajdujemy toaletę zakamuflowaną w pomieszczeniu o jakże poetyckiej nazwie nazwie “Brudownik” ;-) Wielka ulga. Ania też korzysta. Okazuje się, że jedna z dyżurujących położnych nazywa się Ewa Jatczak. Niezły zbieg okoliczności. Dobry znak.
Tablica z dyżurami

18.54
Zaczynamy! Wołają nas i Anię od razu znieczulają.

19.03
Nie pozwolili mi wejść… Stoję przy punkcie noworodkowym. Mają mi dać znać jak już będzie dzidziuś. Jestem wściekły. Biegnę jeszcze do lekarza prosząc, żeby mnie wpuścił. Odmawia i jeszcze na mnie krzyczy.

19.06
Zamknęli drzwi do sali operacyjnej/porodowej. Przystawiam ucho-nasłuchuję płaczu. To dla mnie będzie znak, że już, że już mam syna.
iSala operacyjna

19.15
Jest! Słyszę. Ale drzwi są zamknięte i nie wpuszczają mnie. Katorga. Mnie nie wolno dotknąć, a dotykają go obce baby. Słucham ich rozmów – Ale mnie osikał. – No facet, ale jesteś długi. Mam wrażenie, że robią sobie z nim zdjęcia… Ale po chwili gryzę się w wargi – to są jakieś medialne koszmary i uprzedzenia.

19.20
Wpuszczają mnie. Zakładam maskę na twarz i czepek na głowę podane przez pielęgniarkę. Antoś jest piękny, długi (58 cm) i chudy (2970 gramm’ów). Zupełnie jak ja w młodości… Ecce homo!
Ecce homo!

19.25
Dotykam go palcami, głaszczę po główce. Płacze, ale uspokaja sie po chwili, jakby już wiedział, że jestem.

19.30
Zabierają go na górę na oddział noworodków na szczepienia. Nie pozwalają mi z nim jechać. Zostaję przed salą operacyjną – czekam na Anię. Deja vu. Dzwonię do Neli – krzyczę do niej, że Antek już jest! Że ma brata, że wreszcie się urodził. – I co powiedział? – pyta moja córka… Jestem szczęśliwym tatą. “Complimenti Padre” – pisze do mnie w SMSie Bolek, brat Marcina, który także trzymał kciuki.

19.45
Wywożą Anię z sali operacyjnej. Przez chwilę jej towarzyszę, po czym jadę na górę, na piąte piętro do Antka. Jestem tak podniecony, że się jąkam pytając pielęgniarki, gdzie leży mój syn.

20.00
Spędzam z nim 3 minuty. Na tyle mi pozwalają pielęgniarki. Zapada noc. – Dobranoc mój synu. Robię mu zdjęcie w inkubatorze, gdzie się dogrzewa i zjeżdżam na dół do żony.

Antek w inkubatorze

20.00-23.58
Siedzę przy Ani na sali pooperacyjnej. Opowiadam jej jak wygląda Antek, pokazuję jej zdjęcia naszego syna. Masuję od czasu do czasu jej nogi, w których nie ma czucia po znieczuleniu. Wciąż mamy nadzieję, że jeśli do 23.00 odpuści jej znieczulenie i stanie na nogach (dosłownie) – przewiozą ją na górę do dziecka. Ale tak się nie dzieje. Ania jest wykończona, pielęgniarki dyżurne zapraszają mnie na 07.00 rano, kiedy to prawdopodobnie przewiozą Anię do dziecka. Jesteśmy niby w czwórkę, ale bez naszych dzieci… Wykorzystujemy to na trzymanie się za rękę i rozmowy: o naszej rodzinie, o tym czy będzie lepiej, o wszystkim. Powoli dogasa dzień pełen wrażeń. Dzień, w którym Ania po raz drugi została matką, a ja ojcem…

P.S. Tego “bloga” pisałem na iPhone, korzystając z narzędzia “Notatki”. Zdjęcia robiłem też na iPhone. Rozważałem jeszcze nagranie głosu syna na “QuickVoice”, ale byłem chyba juz zbyt podniecony, aby poza słowem i zdjęciami, zająć się jeszcze trzecim medium przekazu. Dzięki iPhone wszystko to, co widziałem – wysyłałem bliskim osobom. Uważam, że iPhone jest najlepszym narzędziem dla mężczyzny towarzyszącemu żonie pdoczas porodu – nie ma w tym przesady. Sprawdził się po prostu w warunkach bojowych. I właśnie dzięki niemu to czytacie oraz oglądacie :-)

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Jak zbudować rodzinę – tydzień przed narodzinami syna

30/03/2009 at 01:09

Myślę o tym, jak zbudować rodzinę – od podstaw, dobrze; tak, jakby zapomnieć, że miało się matkę, ojca, którzy popełnili pewne błędy wychowawcze i życiowe… Jakby zapomnieć też o swoich błędach: popełnionych w stosunku do żony, dziecka…

Ale ważne jest by chcieć to zbudować, postawić solidny fundament dla siebie i dziecka, dzieci dziecka i tak dalej. Strasznie mi zależy, by to się udało właśnie mnie, by moja rodzina była szczęśliwa długoterminowo, to znaczy wielopokoleniowo.

Teraz odczuwam to znacznie silniej niż kiedykolwiek wcześniej, od momentu, w którym dowiedziałem się (17.08.2008), że moja żona jest w ciąży i będę drugi raz ojcem…

GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...

Do dzieła!

29/03/2009 at 15:54

Witam na moim blogu i stronie domowej!

Postanowilem przywrócić do życia swoją dawną stronę funkcjonującą niegdyś (w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku) pod adresem: www.arek.insite.pl
Nie będzie to może przedsięwzięcie ambitne jeśli chodzi o wygląd – korzystam bowiem z gotowego narzędzia Word Press, aby mieć podstawę do stwierdzenia, że moja strona domowa znów funkcjonuje w sieci i inni ludzie mogą z niej korzystać. Nastawiam się zatem na content i zaczynam wypełniać serwis treściami.
Do dzieła!
GD Star Rating
loading...
GD Star Rating
loading...