Jadczak.net

Blog i strona domowa Arkadiusza Jadczaka

Podaj dalej

Bookmark and Share

Archiwum

Kalendarz moich wpisów

January 2012
M T W T F S S
« Oct    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Sprawdź, gdzie byłem

    Powered by FourSquare Recent Checkins

    Strona domowa

    • 3 652 dni. A czuję, jakby to stało się 3 652 lata temu… Czyli dokładnie w roku 1641 p.n.e… Kiedy to w Mezopotamii do użytku weszły konne rydwany, do Anatolii przybyli Hetyci, a w Sumerze powstały pierwsze znane słowniki… Gdzie zatem poślubiłem swoją narzeczoną w tym czasie? W jednym z pałaców Knossos, czy może na terenie królestwa Górnej Mezopotamii? A może gdzieś w dolinie Indusu, na przykład w osadzie Harappa? Albo w Dolnym Egipcie… Czy w ogóle mogłem ją poślubić bez zgody jej rodziców, bez zapłacenia za to odpowiedniej ceny, bez posiadania mocarstwa albo choćby dwustu rydwanów?

      Nie. Tak nie było. Porwałem swoją narzeczoną i uprowadziłem niczym Czeczen. Tyle, że do Pragi. Czeskiej Pragi, bo jak opowiedziałem później o tym fakcie kilku moim znajomym – myśleli, że wziąłem ślub na prawobrzeżnej Warszawie…

      Właściwie to nigdy się nie zastanawiałem poważniej dlaczego akurat Praga. Był chłodny, październikowy poranek, kiedy wjechaliśmy czerwonym Seicento (pożyczonym od mojej matki na “wycieczkę do Pragi”) do samego centrum tego pięknego miasta położonego nad Wełtawą. Praga po prostu zawsze nam się podobała jako miasto, wyjątkowo stare i wyjątkowo ciekawe. Dlatego tam też wynajęliśmy mieszkanie w starej kamienicy nieopodal Vaclavskie Namesti na całe 4 dni. I tam postanowiliśmy się pobrać. Ot – taki długi weekend.

      Wszystko było wcześniej umówione przez Internet, bo jak się okazało już wtedy, w 2001 roku, można było zorganizować ślub w polskiej ambasadzie zupełnie zdalnie. A zaczęło się od maila… Potem zaś skromna uroczystość została przygotowana bardzo sprawnie w ciągu dwóch tygodni przez kilku sympatycznych pracowników ambasady. Z szampanem i poczęstunkiem włącznie. Dlatego od razu po przybyciu do Pragi udaliśmy się „w miasto”, aby jak prawdziwi turyści-ateiści spacerować i zwiedzać zabytki do późnego wieczora. Nazajutrz 26 października braliśmy ślub, więc cały dzień spędziliśmy w plenerze na spacerach, choć było to również intensywne oczekiwanie na następny poranek – z odrobiną tremy.

      Przez cały pobyt towarzyszyła nam piękna jesienna pogoda, co spowodowało, że wspominamy go nie tylko jako zawarcie aktu małżeństwa, ale również jako sympatyczny wyjazd do pięknego miasta, połączony ze zwiedzaniem i odpoczynkiem. I wyczerpującą wędrówką po klubach jazzowych w ramach nocy poślubnej. Już nigdy więcej absynt nie będzie tak smaczny i pożywny…

      26 października 2001, w słoneczny i chłodny piątkowy poranek, wyszedłem z mieszkania i udałem się na okoliczny targ kwiatów, by kupić wiązankę ślubną. A sam ślub? Jak wyglądał? Niech opowiedzą zdjęcia.

      Poniżej 10 fotografii z tamtego piątku – odkurzonych z albumu rodzinnego dokładnie w 10-tą rocznicę ślubu.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Mój syn Antoni skończył 2,5 roku i ciągle mówi po swojemu… Używa tyle wyrazów ile liter ma polski alfabet. Czyli 26. Ciągle próbujemy z nim rozmawiać, ucząc się cierpliwości, ale widać musimy jeszcze trochę poczekać, nim w końcu zaczniemy się komunikować ze sobą za pomocą języka.

      Nie znam się na mówieniu, ale ciekawi mnie dlaczego w języku mojego syna nie pojawiły się do tej pory wyrazy na “F”, “H”, “I”, “J”, “L”, “Ł”, “O”, “R”, “S”, no i wszystkie końcowe litery od “U” począwszy. Zapisywałem tylko jego kolejne słowa w porządku alfabetycznym, więc dziś wiem jedynie których wyrazów używa, choć pierwsze z wypowiedzianych to były mama, tata i mamba. Zresztą może tu wcale nie chodzi o litery… Może te wszystkie wyrazy pojawiły się nieprzypadkowo?

      Pomimo tego ciągłego mówienia w swoim języku, zadziwia mnie jak dziecko sobie radzi w sytuacjach, kiedy jednak chce coś powiedzieć, skomunikować się z rodzicami czy otoczeniem, być zrozumianym.  Przykładowo, gdy chce zaprotestować, że jeszcze śpimy nad ranem, budzi nas stwierdzeniem: “Mama, tata, nie aaa!” co oznacza: “Mama, tata, nie śpijcie (już)!”. “Ej, brym” – pada zawsze po tym, jak Nela, jego siostra, jedzie do szkoły. “Tata, kom!” to wezwanie abym usiadł z nim przy komputerze. A “Dije” to po prostu zaproszenie na spacer, któremu towarzyszy wyciąganie butów z szafy.

      Poniżej zamieszczam słownik Antoniego :-)

      A

      a – jeść

      aaa – spać; spanie

      ał – otwierać, uwalniać (się)

      B

      be – bajka, film; oglądać

      ba – upadek, upaść, grać w piłkę

      bleee – śmieci, brud; brudne

      boli – boli; rana

      brym – auto, motocykl; jechać

      C

      cicie – picie; pić

      cici – pociąg, tramwaj

      D

      da – daj!, dać, masz!

      dije – gdzie; iść

      E

      eee – kupa, siku

      ej – siostra, brat, dziecko

      G

      gulgul – basen; pływać

      K

      k – gorące

      kom – komputer

      M

      mama – mama

      mamba – babcia

      me – krowa, koń

      mniam – guma do żucia

      N

      nie – nie

      P

      papa – do widzenia

      T

      tata – tata

      to – ktoś, ten

      toto – kto to, co to

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      2 Comments
    • Wszystkich ojców, którzy chcą się podzielić refleksjami z uroków i ciemnych stron tacierzyństwa – zapraszam do dyskusji na Forum tygodnika “Wprost” pod artykułem  “Ojciec chciałby karmić piersią” autorstwa Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej.

      Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze “Wprost” dostępnym w kioskach od wczoraj.  Zachęcam do lektury artykułu i wymiany poglądów. Liczę szczególnie na głosy pokazujące ciemne strony tacierzyństwa, bo o nich pisze się i mówi stosunkowo mało. Nie żebyśmy sobie ponarzekali, drodzy Panowie, tylko raczej utworzyli grupę wsparcia.

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Mamy pierwsze złoto w rodzinie! Chociaż była to bardziej spartakiada niż turniej tenisa ziemnego, o złotym medale dla drużyny, w której startowała moja córka (reprezentacja szkoły) przesądziła ostatnia dyscyplina: przerzucanie piłki nad siatką. Emocji było wiele – podobnie jak i dyscyplin: od sprintu, zwodów sprawnościowych, po hokej i piłkę nożną – oczywiście wszystko to działo się na korcie tenisowym Klubu Tenisowego Eurotenis.

      Kiedy w jednej z rozgrywek drużyna mojej córki odpadła w ćwierćfinale – byłem ciekawy czy wpłynie to na ich dalsze zachowanie. Ale gdzie tam. Dzieci bawią się w najlepsze i chłoną atmosferę zawodów do tego stopnia, że szybko zapominają o przegranej. Dlatego już za moment, gdy zaczęły się kolejne rozgrywki i można było walczyć o nowe punkty – jakiś nowy duch w nie wstąpił :-) W efekcie zdobyli puchar (od wczoraj stoi w gabinecie dyrektor szkoły) i każdy z drużyny mojej córki otrzymał złoty medal. W naszej rodzinie jest to pierwszy złoty medal, dlatego mieliśmy z tego powodu tyle radości w domu wczoraj popołudniu. Najbardziej jednak cieszyliśmy się, że Nela świetnie się bawiła. W ciepłym słońcu październikowym nie mogło być piękniejszego widoku jak radość tych dzieciaków biegających i starających się z całych sił, by wygrać.

      Mini fotoreportaż z zawodów zamieszczam poniżej:

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Kiedy miałem osiem lat (1981 r.) wystartowałem w swoich pierwszych zawodach pływackich reprezentując Szkolny Klub Sportowy “Delfin”. Z balkonu obserwował mnie ojciec, który robił zdjęcia i kibicował mi z całych sił, choć prawdę mówiąc to on mnie nauczył pływać, więc to on był moim prawdziwym trenerem, który przyszedł popatrzeć co zostało z jego nauki i czego jeszcze muszę się nauczyć. Jutro idę ze swoją ośmioletnią córką Anielą na jej pierwszy w życiu turniej tenisa ziemnego (Międzyszkolny Turniej Tenisa Ziemnego). Trenujemy od roku w szkółce przy Klubie Tenisowym Eurotenis. I choć Aniela będzie pod okiem fachowców – chcę być przy niej podczas zawodów, ponieważ wiem jak dużo znaczy obecność ojca – trzydzieści lat temu płynąłem głównie po to, by zrobić mu frajdę i pokazać, że umiem walczyć.

      Jeszcze tylko rano muszę kupić świeżą bułkę, za moment kładziemy ją wcześniej spać by wypoczęła i wstała wyspana – i jutro o 09.00 zacznie się wielka przygoda. Nie jestem szalonym ojcem, który chce zrobić z córki drugą Agnieszkę Radwańską, ale motywuję córkę do tego, by trenowała, sam dając jej od jakiegoś czasu przykład i opowiadając jak sport wpływa na różne umiejętności, które przydają się w życiu. Nauczyłem ją pływać w sierpniu, późno, ale skutecznie. I to sprawiło mi wielką frajdę. Teraz sam czerpię przyjemność z wysiłku który towarzyszy mojemu powrotowi do gry w koszykówkę i nauce gry w tenisa… tuż po treningu córki. Choć dziś sport jest dla mnie wyłącznie próbą przezwyciężania własnych słabości i odreagowania stresu zawodowego – doceniam w nim ten dialog z własnym ciałem, które poddaje się i wielokrotnie mówi “nie”, a jednak można je namówić do wysiłku, do jeszcze jednego skoku, mocnego uderzenia rakietą i szybkiego biegu…

      Mam zatem nadzieję, że jutro swoją obecnością dam swojej córce dodatkową energię – idę tam głównie po to. Wierzę, w jej możliwości, choć kocham ją za to kim jest, a nie za to co potrafi lub w najbliższym czasie będzie potrafiła osiągnąć. Jutrzejsza ewentualna porażka w końcu też nam otworzy drogę do przyszłych sukcesów :-)

      Poniżej zdjęcia ze wspomnianych zawodów i treningu mojej córki:

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Założę się, że każdy rodzic zetknął się przynajmniej raz z placem zabaw. Ale znam i takich którzy są wielkimi ekspertami i zdobyli już wiedzę, gdzie w ich mieście znajduje się najlepszy ogródek jordanowski, plac czy sala zabaw – ta ostatnia, przynajmniej u nas w Łodzi – zwana “figlorajem”. Ja ostatnio szukam z dziećmi miejsc, w których i sam zajmę się ćwiczeniami, bo na rozmowy z nieznajomymi nie ma co liczyć, a czytanie książki jest zaprzeczeniem uczestnictwa we wspólnej zabawie z dziećmi.

      Najczęścej odwiedzam z dziećmi ogródki w łódzkim Zoo, Parku Zdrowie, Parku na Młynku, w Parku 3 Maja, czy w Arturówku. Choć mam to szczęście, że działając w Zarządzie Wspólnoty Mieszkaniowej przed laty udało się przekonać większość mieszkańców, że lokalny ogródek na terenie naszej posesji pozwoli nam się bardziej zintegrować, a dzieciom ułatwi zabawę w najbliższym otoczeniu domu.

      Drabinki, huśtawki, piaskownice – moje dzieciaki mają na nich więcej przyjemności niż ja miałem w ich wieku pod koniec lat siedemdziesiątych. Po pierwsze teraz nietrudno znaleźć plac zabaw pod gołym niebem – jest ich naprawdę dużo w mieście, a i też taki obiekt staje się czymś normalnym na nowych osiedlach. Nie wspominając o jakości wszystkich urządzeń, sprzętów i zabawek. Pamiętam jak z matką jechałem czasem przez pół miasta tramwajem, aby dotrzeć na upragniony placyk, gdzie oprócz najczęściej niedziałających sprzętów czekały na mnie nieznajome dzieci, z którymi nieraz musiałem się przepychać w walce o miejsce na huśtawce. Dziś wszystko odbywa się bardziej kulturalnie, nawet niektórzy rodzice gaszą zapędy nie swoich podopiecznych, którzy w walce o wiaderko czy miejsce na drabince gotowi są zrobić wszystko, a na pewno wiele ;-)

      Nie pokuszę się o ocenę, który plac jest najlepszy, najbardziej interesujący, do którego ogródka jordanowskiego udać się z dzieckiem – bo są to mimo wszystko indywidualne upodobania, a dodatkowo to zależy od wieku dziecka. Nie wszędzie bowiem da się spędzić bezpiecznie czas z maluchem, a i na tych przeznaczonych dla najmłodszych starsze dzieci mogą się nudzić. Warto sprawdzić samemu udając się na wycieczkę po swoim mieście – wycieczkę “Szlakiem ogródków jordanowskich” :-)


      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Rodzina pod skrzydłami? Dokładnie pod takim hasłem w piękną niedzielę wrześniową (18.09.2011) odbył się piknik dla całych rodzin zorganizowany na terenie Muzeum Lotnictwa Jerzego Lewandowskiego i Portu Lotniczego Łódź.

      Frajdę miały przede wszystkim dzieci, dla których tego dnia wstęp do prawie wszystkich obiektów: samolotów, śmigłowców, a nawet wojskowych samochodów transportowych był nieograniczony i bezpłatny. Wizyta w olbrzymim śmigłowcu Mi-6, pasażerskim TU-134 A w barwach PLL LOT czy transportowym górnopłatowcu oraz wspaniały pokaz pilotów z Grupy Akrobacyjnej Żelazny były największymi atrakcjami pikniku. Tego dnia na łódzkim niebie latało dwóch członków grupy: Wojciech Krupa (6) i Wojciech Nowaczyk (7). Od pilotów można było dostać pamiątkowy plakat z autografami a nawet dedykacją. Kiedy pogratulowałem umiejętności jednemu z nich i przyznałem, że jestem pierwszy raz na tego typu imprezie i nie sądziłem wcześniej, że oglądanie pokazu akrobacji z Ziemi może wywołać tyle emocji – usłyszałem w odpowiedzi, że: – To nie jest trudne i przypomina jazdę na rowerze, tyle, że po niebie…

      Od czasu do czasu nad głowami sunęły białe szybowce, w tle cały czas odbywał się koncert oraz kilka imprez towarzyszących, ale najlepsza była z tego wszystkiego atmosfera – zupełnie rodzinna, piknikowa (część osób leżała nawet na kocach), tak, jakby to odbywało się w ogrodzie, u znajomych albo bliskich przyjaciół. Biegające i szalejące dzieci, psy, podekscytowani rodzice, którzy także z niecierpliwością ustawiali się w kolejce do zwiedzania, setki osób z aparatami fotograficznymi i wpatrzeni w niebo miłośnicy latania oraz zwykli gapie – przez cały czas było widać jakie emocje budzi u widzów latanie, podniebne ewolucje i sam fakt, że jest w Łodzi takie miejsce, w którym raz do roku można wpatrywać się w niebo i chłonąć atmosferę lotniska oraz tego pięknego sportu.

      Poniżej znajduje się krótki mini fotoreportaż – moje dzieci wspominają tę imprezę już ponad tydzień :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • 10 litrów ciepłej wody, chwila strachu czy to nie szaleństwo włożyć małą pociechę do wiaderka – ułożenie dziecka w komfortowej i uspakajającej pozycji płodowej i kąpiel dziecka nabiera rumieńców :-)

      Wanienka kąpielowa Mebby Cocoon a właściwie wiaderko Mebby Cocoon to relaks dla dziecka i dla rodziców. Dla dziecka, bo siedzi sobie wygodnie w pozycji, którą dobrze poznało przez 9 miesięcy w brzuchu mamy, a dla rodziców, bo można stać lub usiąść spokojnie obok i patrzeć na dziecko nie zajmując się utrzymywaniem go ponad wodą, zabezpieczaniem główki przed zamoczeniem, bez obawy, że nasza pociecha się zanurzy, obróci, wypadnie podczas kąpieli, etc.

      Co więcej zanurzone jest całe ciało dziecka, co zapobiega wychłodzeniu i doskonale wpływa na odprężenie dziecka podczas kąpieli. Moja znajoma korzystająca z Cocoon zauważyła również, że do wiaderka wkłada się dziecko najkorzystniej jak to możliwe – czyli zaczynając od stóp, co dobrze wpływa na wyczucie temperatury i stopniowe ogrzewanie się ciała dziecka wodą – od nóg w górę ciała. W przeciwieństwie do tradycyjnej wanienki, do której dziecko zazwyczaj wkłada się górną częścią ciała (plecy, tułów).

      Dla tych, którzy mają problem z oceną czy woda w wanience ma odpowiednią temperaturę przewidziano  termometr (w postaci przyklejonego do ścianki krążka), który reaguje na temperaturę wody poprzez zabarwienie zależne od temperatury. I tak gdy krążek przybiera barwę niebieską – oznacza to, że woda jest zbyt zimna (ok. 35 st. C). Kolor pomarańczowy oznacza, że woda jest dobra do kąpieli (ok. 38 st. C), a kolor czerwony - że woda jest zbyt gorąca (ok. 43 st. C).

      Na wyposażeniu jest też siedzisko, polecane do stosowania dla niemowląt oraz bardzo małych dzieci, ale ja kąpię najmłodszego syna (Aleksander, 5 miesięcy) bez siedziska, za to mój starszy syn (Antoni, 2 lata) kąpie się siedząc na “mini stołeczku”. Siedzisko można w każdej chwili wyciągnąć, ponownie włożyć, podobnie jak i korek dzięki któremu spuszczenie wody po kąpieli nie stanowi już problemu. Jeśli więc nie chcesz dłużej dźwigać, przenosić wanienki, aby wylać z niej wodę po kąpieli – ten szczegół ułatwi Ci życie :-) Ponieważ wanienka wykonana jest z lekkich materiałów i ma wyprofilowany brzeg – jej przenoszenie jest bezproblemowe, nawet gdy wiaderko jest jeszcze wypełnione wodą.

      Polecam wszystkim rodzicom maluchów tę innowację w kąpieli. Początkowo sam miałem opory, aby porzucić tradycyjną wanienkę na rzecz wiaderka, ale Cocoon sprawdza się świetnie, jest idealny na wakacje, wyjazdy, podróże z samochodem, kąpiele w małych i ciasnych łazienkach, a w szczególności wstawianie go do kabiny prysznicowej, gdzie zwykła wanienka dla dziecka nie sprawdza się już tak dobrze.

      Poniżej prezentuję zdjęcia z kąpieli Aleksandra, który pokochał Cocoon :-)

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
    • Nie wybieram się na urlop, ale właśnie zacząłem rodzinne wakacje. Wczesnym rankiem odprowadziłem córkę na zbiórkę, skąd wyjechała nad morze na pierwsze w swym życiu kolonie. A chwilę później spakowaliśmy się i we czwórkę (ja, moja żona i dwoje naszych synów) przeprowadziliśmy się do podłódzkich Sokolnik – miasta-lasu. Na dwa miesiące, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Zacząłem więc życie w lesie, a moja córka Nela swoje pierwsze kolonie.

      Wiele się zmieniło od czasu, gdy jako mały chłopak wyjeżdżałem pierwszy raz na kolonie. To było lato 1981 roku, szary Jelcz 043 (tzw. “Ogórek”), nieznane twarze synów i córek łódzkiej klasy robotniczej, pomidory i jabłka w torbie jako prowiant na drogę. Pamiętam, że trzęsło, fotele były niewygodne (kąt 90 stopni), a niemiłosierny upał spowodował, że dojechałem nad morze cały mokry. Nigdy tego nie zapomnę. Kolonii też, bo była to niezła szkoła życia…

      Dziś moja córka Nela wsiadła do nowoczesnego autokaru z klimatyzacją, zasłonkami, regulowanymi fotelami i przemiłymi opiekunami. Na start Pani wychowawczyni zebrała od wszystkich dzieci kieszonkowe, dzięki czemu rodzice mają gwarancję, że wszystkie pieniądze nie zostaną wydane pierwszego, maksimum drugiego dnia. Moi rodzice trzydzieści lat temu takiej pewności nie mieli… Ale nie oszukujmy się – nie mieli też pieniędzy ;-) Nela wyjechała z czwórką swoich koleżanek z klasy, więc już przynajmniej zna cztery osoby i może w piątkę przetrwają razem wszystkie “kolonijne atrakcje”. Dlatego cieszyłem się razem z nią i jestem pewny, że jej się spodoba.

      Co prawda nie na wszystkich zdjęciach jest uśmiechnięta, ale dawno nie widziałem jej tak podekscytowanej i zadowolonej. W końcu zaczęła prawidzwe wakacje. Ja też, bo właśnie siedzę wśród drzew na werandzie drewnianego domu w środku lasu i pisząc ten post słucham dogasającego śpiewu ptaków. Dawno tak nie odpocząłem jak dziś. Wakacje czas zacząć!

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      2 Comments
    • O trudnym macierzyństwie, problemach matek wychowujących (często samotnie) dzieci pisze się dużo. O trudnym ojcostwie – dużo mniej.

      Dlaczego jednak nie powiedzieć choć trochę o tym, z czym borykają się ojcowie? Wywalić prosto z mostu, z czym się kojarzy ojcostwo, ale nie ubarwiać historii jak w kolorowych pismach… Nie żeby narzekać, tylko podzielić się uwagami z innymi ojcami. Szczególnie w momencie “zmęczenia materiału”, bo trudno się wtedy dzielić tym z żoną, skoro matki już z założenia mają więcej obowiązków wychowawczych, szczególnie w okresie niemowlęctwa. Poza tym facet szybciej zrozumie faceta.

      Do utraty tchu

      Jestem ojcem. Zmęczonym ojcem trojga dzieci, który zbyt późno zaczął być ojcem i może w złym momencie swojego życia zawodowego. Ale zawsze jest zły moment. Albo zawsze dobry. Zależy jak na to patrzeć. Ja w każdym razie uważam, że zostałem ojcem zbyt późno, nie miałem i nie mam już takiej energii, jaką miałem 15-10 lat temu. Więc kiedy wracam do domu, do dzieci, totalnie zmęczony i wytarmoszony przez stres(y) – często nie mam siły się z nimi bawić, czuję się jak bokser, który zszedł z ringu a przed nim kolejna walka… Trudno się wtedy podnieść z desek i rzucić z radością do kąpieli, karmienia, usypiania czy innej czynności, które są niezależne od nas – dzieci albo tego wymagają, albo tym żyją, czekają na powrót ojca do domu jak na wielkie wydarzenie. Dla nich to początek – dla nas często koniec. Nie potrafię się zregenerować w domu, nawet zajmując się dziećmi. Po prostu ostatkiem sił staram się dotrwać do ostatniego punktu programu, czyli usypiania. I często też wraz z dziećmi zasypiam, tak mocno, że żona nie może mnie dobudzić i nad ranem otwieram oczy zdziwiony, że minęła noc, a ja leżę w ubraniu… Czas robi się względny. Wydaje mi się, że leżałem godzinę – spałem zaś całą noc.

      Różnica między trzy a dwa to nie jeden…

      Inaczej było z jednym dzieckiem, inaczej jest z trójką. Liczba ma kolosalne znaczenie. Choć niektórzy mówią, że dwójka czy trójka – nie ma to już takiego znaczenia. Ma. I to bardzo duże. Różnica jest odczuwalna na każdym kroku – czynności nie są już dublowane jak przy dwójce dzieci – są podniesione do potęgi trzeciej… Nie wiem jak to jest, ale przyrost obowiązków wraz z trzecim dzieckiem następuje geometrycznie. Zaczyna po prostu brakować czasu, rąk, cierpliwości. Zarówno mnie jak i mojej żonie chwilami chce się wyć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że małe dzieci nie mają empatii, która pozwoliłaby rodzicom na chwilę wytchnienia. Nie można też przed nimi się schować. Bo trzeba być przy nich. Jako ojciec trojga dzieci odkryłem, że nie ma w domu takiego miejsca, aby w nim choć na chwilę się schować, odpocząć, na spokojnie pomyśleć, czy chociażby zamknąć się tam, aby … wyć…

      Płeć

      Bycie ojcem córki, a bycie ojcem syna – to zupełnie dwie różne dyscypliny… Przy córce, przynajmniej mojej – mogłem robić wszystko, a dom był wypełniony spokojem i ciszą. Gdy pojawił się mój pierwszy syn – cały dom stanął na głowie. Nieliczne chwile ciszy zdarzają się tak rzadko, że o tym luksusie marzę praktycznie non-stop, a w szczególności wychodząc z domu. Nie jestem typem milczka, odludka, niemowy, ale nigdy w życiu nie pragnąłem tak bardzo zwykłej, 10-cio minutowej ciszy w ciągu dnia… To pewnie jest też cecha osobnicza – niektórzy być może potrzebują głosów, rejwachu, hałasu, w którym czują się komfortowo. Dla mnie ojcostwo i wychowywanie chłopca już chyba do końca życia będzie się kojarzyło z nieustannym hałasem, chaosem i chłopięcym wrzaskiem – tak silnym momentami, że w swoim mózgu można poczuć kłucie. Pewnie i przyjdą takie momenty, że będę tęsknił za odgłosami dzieci w domu – teraz jednak tęsknię za ciszą. Kojącą, uspokajającą, cichą.

      Powtarzalność

      Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy miałem jedno dziecko, a każda czynność, nawet ta powtarzalna jak karmienie, przewijanie, kąpanie, spacer, usypianie – sprawiała frajdę. Przy trzecim dziecku włącza mi się jakiś magiczny licznik i pyta retorycznie: “ile można?”. Wszystko chce mi się skracać, robić szybciej, albo z tego zrezygnować. Dlaczego? Bo w grę wchodzi właśnie ta cholerna powtarzalność, terminowość, nagłość, która po całym dniu pracy wydaje się jeszcze bardziej wymagająca od obowiązków zawodowych. Praca to po prostu przyjemność w porównaniu do wychowywani dzieci. Dlatego teraz zaczynam rozumieć ten niesamowity pęd ku pracy kobiet kończących urlop macierzyński czy wychowawczy. Jeśli mnie, jako ojca dobija ta powtarzalność – co ma powiedzieć moja żona? Ciekawe czy to samo odczuwają ojcowie trojaczków? Czy jest różnica między robieniem czegoś trzy razy od razu, czy robieniem tego trzeci raz pod rząd, ale jednak w długich odstępach (kilkuletnich)?

      Coda

      Właściwie to moje największe bolączki i cieszę się, że są to tylko takie problemy, bo przecież nie mogę narzekać na zdrowie i kondycję swoich dzieci, ich rozwój, w ogóle ich – bo dają mimo wszystko poczucie sensu, dają radość, choć często nie starcza sił na jej celebrowanie. Moja refleksja to proste uznanie, że bycie ojcem to jeden z wielu testów męskości, wytrzymałości, próba, którą jeśli się przejdzie – czeka nas satysfakcja. A może nie tylko ona? Bycie ojcem to wszakże dar od życia i również dawanie czegoś, siebie – innym: dzieciom, żonie. Powtarzam więc sobie z uporem, że muszę zatem niczym ten bokser powalony przez obowiązki i trudy dnia podnieść się z desek i stanąć jak gdyby nigdy nic do dalszej walki z przeciwnościami. Nie wiem czy i Wasza walka drodzy ojcowie to waga ciężka, lekka czy piórkowa. Moja na pewno łatwa nie jest – mówię to tylko, żeby się zachęcić do dalszych trudów – bo według mnie ojcostwo jest trudne. Po prostu przekonałem się o tym na własnej skórze.

      Na koniec trzy sceny z ojcostwa – każda z innym moim dzieckiem w roli głównej. Przy Neli jeszcze się uśmiechałem, Antoniego męczę fizycznie, by poszedł wcześniej spać, a ukojenie znajduję jedynie przy Aleksandrze :-)

       

      GD Star Rating
      loading...
      GD Star Rating
      loading...
      No Comments
     
    Get Adobe Flash playerPlugin by wpburn.com wordpress themes